Powrót na str. główną



KRYTYCZNE SPOJRZENIE NA SLD [7 XII 2014 r.]

"Uwagi po wyborach ..." z XI 20124 zaowocowły wymianą korespondencji. Ponieważ jednak dyskutantki (okazuje się, że panów sprawa nie zainteresowała) nie tyle komentowały, lecz głównie pisały o tym, co dotyczy partii w ogóle, treści listów potraktowałem jako osobny temat
SG

Danuta Seyda 27 Nov 2014 13:45:09
Drogi Kolego, Stachu cenne są Twoje uwagi, ale dla mnie zbyt ogólnikowe i ideowe. Praktyka partyjna SLD rozmija się z teorią i nic dziwnego.Praktyka jest najważniejsza w polityce. Według mnie nic się nie zmieni. Od listopadowej konwencji gdańskiej SLD mamy co mamy. Ci którzy zdobyli przywództwo zrealizowali swoją wizję udziału SLD w wyborach. Efekty są znane. Rządzi beton partyjny. Nie ma to nic wspólnego z metryką ale raczej z mentalnością. Szkoda. Cztery lata zostały stracone. Ja powróciłam do SLD, ale takie SLD mnie nie potrzebuje. Struktura jest skostniała. Jeżeli ten wynik wyborczy w pomorskim województwie nie będzie ostatecznym ostrzeżeniem i Ci Panowie, którzy wywierają największy wpływ nie odejdą sami, to przyjdzie im " sztandar wyprowadzić".

Stach Głąbiński 29 Nov 2014 14:52:15
Nie mogę zgodzić się z widocznym w Pani liście przekonaniem o przeciwstawności teorii i praktyki oraz z równie dającym się zauważyć fatalizmem czyli przekonaniem, że nic się nie da zrobić dla poprawienia złego stanu zarówno SLD jak i całej lewicy.
Gdy chodzi o pierwszy z dwu wymienionych przedmiotów niezgody, przypomnę znane powiedzenie: "nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria". Teoria i praktyka nie przeszkadzają sobie, lecz uzupełniają się. Teoria oderwana od praktycznego jej stosowanie jest bezpłodnym filozofowaniem, od którego odżegnywał się Marks, który oburzał się, gdy mówiono o nim jako o filozofie. Z kolei praktyka pozbawiona podstaw ideowych jest tym, co pogardliwie nazywamy politykierstwem, widocznym u naszych aparatczyków, którzy w zapamiętaniu myślą jedynie o uzyskaniu dla siebie i swoich wspólników możliwie licznych głosów wyborczych. Sprawa jest tym bardziej oczywista, że w naszej wymianie korespondencji chodzi o ideologię w znaczeniu zawężonym do treści statutu partii. Wyobrażenie, że możliwe jest efektywne działanie partii bez ścisłego przestrzegania zasad zapisanych w statucie zaprzecza zarówno zdrowemu rozsądkowi, jak i doświadczeniom znanym z historii. Np. wymaganie podporządkowaniu zarządu (w tym oczywiście też lidera) ogółowi członków nie jest wymysłem utopisty, lecz powstało jako wniosek z tragicznych często doświadczeń zebranych w ciągu co najmniej ostatnich 300 lat i nadal jest stosowane z powodzeniem przez wszystkie efektywnie działające organizacje. Wszystkie gremia, które nie przestrzegają tej zasady, doznają uszczerbku proporcjonalnego do skali, w jakiej dokonują odstępstwa.
Szczególnie przy tym ważna jest - ograniczana w SLD niezwykle ostrą cenzurą informacji - jawność dyskusji, bez której nie daje się ani nadzorować pracę zarządu ani uzyskać aktywności czy zaangażowania członków, którzy zamieniają się w bierne, pozbawione inwencji manekiny, lub po prostu odchodzą. Przecież jedną z przyczyn upadku Rewolucji Francuskiej było tępienie wszelkiej krytyki poczynań Robespierre'a, podobnie było ze Stalinem, zaś z przeciwnej strony, wiadomo powszechnie, że przedsiębiorstwa i zespoły naukowe najlepsze mają wyniki, gdy menadżer toleruje uwagi i wnioski podległych sobie osób. Z kolei zaś nie znamy udanego, konstruktywnego a wymagającego udziału większej ilości osób przedsięwzięcia, które przygotowywane i wykonywane było bez nieograniczonego porozumiewania się kierownictwa ze współpracownikami, co jest równoznaczne z jawnością. Gdyby te zasady były przestrzegane w SLD, nie mógłby Miller w latach 2000 do 2004 kompromitować partię swymi flirtami z liberałami i klerykałami czy udziałem w awanturze irackiej, a rozmiary blamażu wywołanego aferą Rywina, czy korupcją sld-owskich prominentów były by znacząco mniejsze. Nb. ostatnio nasz lider po raz kolejny, nie licząc się ze zdaniem partii, naraził partię opinii publicznej współdziałając z Kaczyńskim w burzeniu ładu konstytucyjnego.
Apeluję więc do wszystkich: nie dajcie sobie wmówić, że statut i zasady etyczne są tylko dla ozdoby i głośno sprzeciwiajcie się tak kreowanej działalności! Przestrzeganie ich i w życiu osobistym i w polityce jest konieczne nie tylko ze względów moralnych, lecz także po to, by przedsiębrana działalność dała efekty konstruktywne. A jeżeli przemyślimy sprawę, okaże się, że i wypomniane na wstępie przekonanie o nieskuteczności działań naprawczych jest niesłuszne.

Danuta Seyda 29 Nov 2014 15:10:23
Bardzo dziękuję za odpowiedź, z którą się całkowicie zgadzam, co nie jest w kolizji z moimi gorzkimi uwagami. Nie mam nic przeciwko ujawnianiu mojego nazwiska [dotyczy opublikowania korespondencji - wyjaśnienie SG]. Nie wstydzę się swoich poglądów. Wróciłam 4 lata temu do SLD właśnie z nadzieją na większą otwartość i zmiany.

Genowefa Janczewska - Korczagin 30 Nov 2014 10:17:55
Przecież dla zwykłego obywatela w lewicy nie ma miejsca. Liczy się władza i kasa! Problem religijny to wybór obywatela! Ale praca dla młodych to nikt z lewicy nie chce tego problemu ani analizować ani podejmować się dyskutowania. Nasi władcy mają zabezpieczenie....ja przecież nie jestem członkiem lewicy. Ale nie ma wyboru pracy, młodzi uciekają bo są najczęściej zatrudniani na mieśiąc a potem na kilka miesięcy a potem następny....a potem kolejny następny....nasza lewica ma problem nie tylko z rozumem ale efektem bezrozumia jest brak umiejętności budowania strategii osiągania sukcesów. pozdrawaiam. A strategia budowania sukcesów to nie jest ani marketing ani zarządzanie....

Powrót na str. główną



UWAGI PO WYBORACH SAMORZĄDOWYCH 2014-11-16 [24 XI 2014 r.]

Doznana przez główne ugrupowania lewicowe kolejna klęska w wyborach do samorządów wzbudza nadzieję na otrzeźwienie z otępienia, które opanowało naszą formację ideową. Niewielka to, trzeba przyznać, szansa. Najmniej spodziewam się po partyjkach, kółkach i samotnych "mędrcach" stroniących od skonstruowanego przez sldowski aparat tworu mającego zwiększyć jego mizerne szanse, nazwanego SLD LEWICA RAZEM. O ile bowiem znam mentalność tych, dystansujących się od tej względnie jeszcze licznej i liczącej się w polityce partii, bieżące niepowodzenie utwierdzi każdą z osobna taką grupkę czy osobę w przekonaniu o bezwzględnej słuszności własnych dogmatów zamykających możliwość jakiejkolwiek twórczej refleksji. Równie kiepsko przedstawia się - jak to wynika ze skąpych, nb. docierających do członków wyłącznie kanałami niezależnymi od władz partyjnych (radio, tv i prasa), wiadomości - szansa na otrzeźwienie wspomnianego aparatu. Największe więc nadzieje pokładam w tzw. dołach partyjnych SLD, w kołach terenowych, które posiadają potencjał zdolny wymusić na kierownictwie, by ono zaczęło postępować tak, jak wymaga tego Statut.

Muszę jednak przyznać, że to, co obserwuję w środowisku członków SLD nie budzi optymizmu. Np. w kole, którego jestem uczestnikiem, na spotkaniu kilka dni po wyborach sporo mówiliśmy. Widoczne było niezadowolenie z władz partyjnych, głównie jednak niestety zabierający głos zajmowali się znanymi od dawna skandalami, które miały miejsce na terenie organizacji miejskiej i wojewódzkiej, a zarzuty w stosunku do Zarządu Krajowego formułowano ogólnikowo. Odnoszę wrażenie, że po raz kolejny możliwe jest przyzwolenie na "zmianę" ograniczoną do zastąpienia jednych aparatczyków innymi. Moja propozycja, by wymóc na Zarządzie Krajowym sformułowanie konkretnych wskazań, wg których realizowane będą statutowe prawa członków do uczestniczenia w ogólnopartyjnej dyskusji i w podejmowaniu decyzji nikogo nie zainteresowała. Ostatecznie nikt nie zgłosił propozycji jakiejś uchwały, Odniosłem jedynie wrażenie, że w ogólnym narzekaniu na stosunki w partii i ogólnikowych wzmiankach o konieczności działań naprawczych, uznanie znalazła jedynie propozycja dokonania na terenie Gdańska czegoś w rodzaju weryfikacji sldowców.

Polegałoby to na indywidualnych rozmowach przeprowadzonych przez zespół, wybranych jako najbardziej zaangażowani, aktywistów. W wyniku takich rozważań jedni mieliby zrezygnować z przynależności do organizacji, a pozostali stali by się bardziej skuteczni w oddziaływaniu na społeczeństwo, w tworzeniu atmosfery zaufania do SLD. Nie wiadomo jednak np. jakie formy aktywności dotąd niepraktykowane przez owych "pozostałych" miały by spowodować zmianę. Przypuszczalnie chodzi tu o działalność charytatywną, prace społeczne i wnioski dotyczące zarządzania miastem, czyli dublowanie tego, czym z założenia zajmują się organizacje pozarządowe, NGO-sy. Niezależnie jednak od tego, jaką formę nadać sposobowi naprawy partii zarysowanemu mgliście w toku dyskusji obecnych na zebraniu, w moim przekonaniu okaże się on nieskuteczny.

Wszelkie tego rodzaju uzdrowieńcze akcje były już odprawiane. Przypomnę np. weryfikację wykonaną przez Millera, po skandalach korupcyjnych w 2003 bodaj roku, a ostatnio zbieranie podpisów pod propozycją uchwały sejmowej, bezpośrednie wybory przewodniczącego i zwłaszcza Kongres Jedności Lewicy. Od momentu, gdy po niebywałym sukcesie wyborczym 2001 roku stało się widocznym, że SLD więdnie, w regularnych odstępach czasu, co kilka miesięcy, aktualny przewodniczący partii wymyślali i intensywnie nagłaśniali jakiś kolejny cudowny środek na odzyskanie dawnej świetności. Przypomina to gusła odprawiane nad śmiertelnie chorym człowiekiem. Potrzebna jest bowiem nie jakaś czy to akcja, czy charyzmatyczny przywódca, czyli coś, co w sposób nadprzyrodzony "tchnie nowego ducha" w partię, lecz zmiana sposobu jej funkcjonowania. Konkretnie chodzi o to, by członkowie - od najwyższych w hierarchii do najniższych - w miarę swoich możliwości mentalnych postępowali zgodnie z wymaganiami Statutu i zasadami socjaldemokracji.

Nie jest jednak niestety łatwe wytłumaczenie Polakom, że rzeczywiste stosowanie zasad ideowych jest podstawą racjonalnego, a więc także skutecznego, działania. Mentalność bowiem naszych rodaków nie dostosowała się jeszcze całkowicie do systemu demokracji, a ostatnie sukcesy w uzyskiwaniu aplauzu tłumu odniesione przez Jana Pawła II, księdza Rydzyka i braci Kaczyńskich skutecznie pobudzają wyobraźnię do bezmyślnej wiary w rolę przywództwa (dobrze ten fenomen opisuje teoria memów).

Dało się to zauważyć na wspomnianym zebraniu. M. in. mam tu na myśli reakcję na twierdzenie, że przewodniczący partii winien podporządkować swoje decyzje woli większości. Otóż, ku mojemu zdumieniu, okazuje się, że wiele osób jest przekonanych, iż spełnienie tego wymagania prowadzi do anarchii. Nie są oni zdolni wyobrazić sobie praktycznego istnienia stanu pośredniego między jedynowładztwem a kompletnym bezrządem. Nie zdają sobie zarazem sprawy z tego, że praktycznie samowładztwo, czy raczej - w warunkach formalnej demokracji - wodzostwo, realizowane jest jako dyktatura koterii, wewnątrz której odbywa się nieustająca walka o pozycje możliwie najlepsze, dające najwięcej korzyści. Tak właśnie funkcjonuje aparat zarządzający SLD. Jedynym sposobem zapobiegania tego rodzaju patologii jest postulowane przez Statut poddawanie kwestii spornych jawnej, otwartej dla wszystkich członków dyskusji zakończonej rozstrzygającym glosowaniem.

Z tym przesądem współistnieje przekonanie o konieczności tworzenia mitu o konieczności utrzymania wizerunku partii jako absolutnie jednomyślnej. Od szeregu lat, za każdym razem gdy krytykuję błędy popełniane przez aparat partyjny, o ile z reguły moim zarzutom przyznawano słuszność, czynne poparcie otrzymywałem bardzo rzadko. Nieraz towarzyszyło temu absurdalne, przypominające dogmat o nieomylności papieża, wyjaśnienie, że po prostu, członek partii ma obowiązek, by wszystko, co przedsiębierze przewodniczący, traktować jako bezwzględnie słuszne, oczywiście jednak jedynie do momentu, gdy w wyniku jakiegoś przetasowania w aparacie nastąpi na tym stanowisku zmiana osoby. Częściej jednak spotykałem się z przekonaniem, że jakakolwiek konfrontacja różnych zdań, nawet jeżeli odbywa się w ramach określonych przez Statut, kompromituje partię, że zaufanie społeczeństwa może uzyskać tylko partia absolutnie jednomyślna ze swym "wodzem". Charakterystyczne jest przy tym, że głoszących ten pogląd nie gorszy postępowanie naszych przewodniczących, spośród których Miller, Olejniczak i Napieralski w momencie zagrożenia kariery kolejno oczerniali partię w prawicowych czasopismach.

Tymczasem widoczne jest, że wyłączając skrajnie prawicowo-kościelny elektorat, opinia publiczna ocenia polityków i ich partie w sposób odmienny od wyżej przedstawionego. Zarówno nikłe uczestnictwo w wyborach, badania ankietowe wykazujące, że 80 % naszego społeczeństwa uważa WSZYSTKICH polityków za niewiarygodnych i inne fakty dowodzą, że głównym problemem władzy jest jej wyobcowanie, co oczywiście dotyczy również organizujących tą władzę partii. Jest to zresztą zrozumiałe w sytuacji, gdy wszyscy politycy jednakowo deklarują swoją wolę sprawiedliwego poprawienia warunków życia. W tych warunkach małe szanse na istotny sukces ma partia, która wysila się na wymyślanie obietnic i haseł zdolnych przelicytować konkurencję, ale nie zdoła przekonać elektoratu o swojej wiarygodności. Szczególnie dotyczy to ugrupowań lewicowych, gdyż, co wynika ze świadectwa dziejów, prawica bazuje na uleganiu autorytetom i skłonności do fundamentalizmu religijnego, patriotycznego czy ekonomicznego, a te wymagają nie tyle zaufania ile uległości. Stąd, jeżeli - jak to widać z sondaży - wszystkie partie oceniane są jako niewiarygodne, bardziej to w wyborach szkodzi lewicy, co właśnie obserwujemy w Polsce. Lewica musi najpierw zadbać o to, by jej postępowanie świadczyło o odpowiedzialnym traktowaniu wszelkich podjętych zobowiązań, a dopiero po odzyskaniu zaufania ludzie zaczną zwracać uwagę na jej obietnice i hasła.

SLD nie może więc liczyć na to, że wyborców nie zrazi praktykowane przez aparat partyjny łamanie zasad, że nie nabiorą przekonania o jego (aparatu) zakłamaniu. To, że prasa nie piętnuje sprzeniewierzeń popełnianych jednakowo w partiach przez nią popieranych, jak i w zwalczanych, nie sprawi, iż ludzie staną się ślepi i głusi oraz, że sami, bez pomocy zawikłanych w układy dziennikarzy, nie zauważą fałszu widocznego zarówno na oficjalnej stronie internetowej, jak też w wystąpieniach aparatczyków, gdzie cenzura przejawia się brakiem krytyki i opinii członków niezwiązanych z aktualnie panującą koterią. Wodzostwo i partyjniactwo, obce i rażące szczególnie na lewicy, powodują, że ludzie stracili do nas zaufanie. Odzyskania wpływu na społeczeństwo jest warunkiem jakiejkolwiek owocnej działalności. Aby zaś ono nastąpiło muszą ludzie zasady socjalizmu i demokracji widzieć u nas nie przez hasła, lecz w tym, jak są te zasady realizowane wewnątrz partii.

Stach Głąbiński, koło SLD Gdańsk-Wrzeszcz

Powrót na str. główną

Dyskusję wywołaną rozesłaniem przez e-mail tego tekstu przedstawiam jako osobny temat "Krytyczne spojrzenie na SLD".



TEZY DO DYSKUSJI PRZED KONGRESEM SLD
[26 IV 2012 r.]

Przygotowanie Kongresu zaczęło się w momencie ogłoszenia wyników wyborów z 2011-10-10 do Sejmu i Senatu, gdy odezwały się głosy o potrzebie zmian w SLD. Zmiany rzeczywiście są konieczne, lecz fakty wskazują na to, że skończy się na pozorach. Widoczne jest bowiem, że wszystkie realnie działające środki wymiany informacji wewnątrzpartyjnej tzn. witryna internetowa ogólnokrajowa i witryny wojewódzkie, oraz rozsyłane drogą e-mail biuletyny czy listy [1] są cenzurowane w ten sposób, by z jednej strony tworzyć pozór istnienia dyskusji [2], z drugiej zaś nie dopuścić do ujawnienia opinii powstających niezależnie od opanowanego przez aparat centrum [3]. W rezultacie żaden niezależny od aparatu pogląd nie ma szans na krytyczne przedyskutowanie go i na niezależne osądzenie jego wartości w czasie przygotowań, a prawdopodobieństwo tego, że w trakcie sesji kongresowej poza realizacją obfitego programu znajdzie się czas na zgłoszenie niezależnego zdania i przeprowadzenie złożonego procesu akceptacji, jest znikome [4]. Sytuacja jest dramatyczna, gdyż aparat partyjny uparcie, wszelkimi sposobami reklamuje fikcję powszechnych wyborów przewodniczącego [5] mających zastąpić wspomniane zmiany.

Podstawowym problemem SLD jest lekceważenie Statutu przez aparat władzy partyjnej. Przewodniczący SLD przypisuje sobie nadmiar kompetencji, co wiąże się zarazem z łamaniem postanowień ósmego artykułu dotyczącego praw członków. Nie tylko władze nie podejmują żadnych, wymaganych przez Statut działań mających na celu ułatwienie członkom wykorzystania należnego im udziału w polityce, lecz dyskusja w skali ogólnopartyjnej jest uniemożliwiana wskazanymi wyżej sposobami, nie dopuszcza się do przedstawiania opinii i pytań nieodpowiadających interesom koterii, której kreaturą jest aktualny przewodniczący. Stan ten został wprowadzony w momencie powstania SLD przez Millera będącego wówczas przewodniczącym i jest nadal utrzymywany, a jedyne, zresztą naiwne i cząstkowe, oznaki woli naprawienia sytuacji można było zauważyć w czasie, gdy czołowe funkcje w aparacie pełnili Dyduch i Janik (np. szczegółowa relacja z dyskusji na konwencji, spotkania osobiste dygnitarzy z członkami itp.).

Szczególnym, dokumentującym opisaną nienormalną sytuację wydarzeniem było działanie podjęte przez Millera w momencie, gdy utracił pozycję lidera i został jako szeregowy członek pozbawiony możliwości przedstawienia swoich racji na forum ogólnopartyjnym. Nie krępując się tym, że spotkało go to, co wynika z nieprawidłowości wprowadzonych przez niego samego, mając zablokowany dostęp do gwarantowanej przez Statut dyskusji, udał się do prawicowej gazety, która chętnie udostępniła swoje łamy dla oczerniania SLD. Mamy tu zarazem przykład różnicy w traktowaniu lewicowego etosu przez aparatczyka i przez członków ideowych. Liczni, którzy doznali zawodu z powodu braku demokracji w SLD po prostu zwrócili swoje legitymacje, inni, jak to czynię ja w tej chwili, sposobami przewidzianymi w Statucie dopominają się o praworządność postępowania władz partii, pozostali - niestety - milcząco tolerują panoszące się zło w mylnym przekonaniu, że lepsza jest taka okulawiona lewica niż naruszające fałszywie pojmowaną solidarność krytyczne ocenianie przewodnictwa. Tylko aparatczyk nie cofa się przed jawną zdradą dokonaną w imię osobistej korzyści i tracąc pozycję uprzywilejowaną albo kompromituje własną partię w prawicowych mediach (Miller w 2004 r., a Olejniczak i Napieralski w czasie walki o "tron" w 2008 r.), albo znajduje sobie korzystną pozycję w obcym ugrupowaniu (Arłukowicz 2011 r.), lub usiłują stworzyć nową partię gwarantującą im udział w polityce (Borowski w 2004 r., Miller 2005 r.).

Nawiązanie do spraw przeszłych miało na celu jedynie udokumentowanie twierdzenia o niezachowaniu w naszej partii gwarantowanych przez Statut procedur demokratycznych. Wracam więc do tematu, którym jest przygotowanie kongresu: jeżeli ma on spełnić swoje zadanie, jeśli chcemy, by zapoczątkował proces uzyskiwania stanu odpowiadającego określeniu "socjaldemokracja", należy uświadomić sobie, że podstawowym warunkiem naprawy jest istnienie pełnej, nieskrępowanej wymiany informacji między wszystkimi ogniwami i członkami partii. W dążeniu do osiągnięcia tego celu osoba przewodniczącego nie odgrywa większej roli. Może nim być np. Miller, który jest doświadczonym i sprawnym zarządzającym, ważne jest jedynie, by funkcję swoją spełniał nie łamiąc wymagań Statutu. Jest przy tym oczywiste, że zastąpienie jednego aparatczyka innym takim samym, nic nie zmieni, że reklamowane wybory lidera same z siebie nic nie naprawią.

By spełnić ten warunek jest oczywiście wskazanym, by przyszły przewodniczący, ktokolwiek nim będzie, wyraźnie odżegnał się od dotychczasowej praktyki utrudniania swobody ogólnopartyjnej dyskusji, oraz by zobowiązał się zgodnie z art. 8 p. 2. i Statutu udzielać pomocy członkom pragnącym wyrazić swoją opinię, uzyskiwać informacje itp., jednak przede wszystkim należy stworzyć warunki zmuszające aparat wykonawczy partii do przestrzegania wymagań statutowych. Ze swej strony uważam, że istotną poprawę w tym względzie można osiągnąć przez: 1) ustanowienie regulaminu obowiązującego zgromadzenia partyjne (w pierwszej kolejności kongresy, konwencje i Radę Krajową), 2) opracowanie regulaminu SLD-owskich witryn internetowych, 3) reaktywować platformy programowe i wzmocnić ich uprawnienia jako organów opiniotwórczych. Wymienione trzy postulaty wymagają szczegółowego omówienia, które w skrócie podaję niżej, pomijając jednak sprawę platform programowych wymagającą obszernego tekstu i szczegółowych wiadomości, do których wbrew Statutowi nie są dostępne ogółowi członków.

Kongresy, konwencje i sesje Rady Krajowej nie spełniają swojej roli głównie z powodu braku należytego przygotowania uczestników reprezentujących masy członkowskie, oraz z winy niewłaściwego przygotowania i prowadzenia obrad. Przedstawiciele zbyt często nie mają możności wcześniejszego zapoznania się z tematyką posiedzenia, krytycznego omówienia porządku i wstępnego przedyskutowania poruszanych spraw z pozostałymi delegatami i w ogniwach terenowych. Twierdzenie, że proces podejmowania decyzji jest tak prosty, iż wystarczy, jeżeli problem do rozstrzygnięcia, czy zastrzeżenie jednego z delegatów zostaną zgłoszone krótko przed głosowaniem, jest błędne; gdy sprawa dotyczy kwestii istotnych dla partii, by uczestnicy obrad byli w stanie głosować z pełnym zrozumieniem konieczne jest wcześniejsze zapoznanie się z tematem i przedyskutowanie go w kołach członkowskich. Dyskusja na sali obrad i samo głosowanie powinny być jedynie końcowym aktem ostatecznego podsumowania. W obecnych zaś warunkach jedynie członkowie aparatu, dysponując swobodą przygotowania się do obrad w zamkniętym gronie, mają wbrew statutowi decydujący wpływ na wynik. Szanse delegatów są dodatkowo zmniejszane przez sposób prowadzenia obrad, przez nadmiar męczących słuchaczy i zajmujących czas przemówień, ustawienie porządku zebrania odsuwające niewygodne tematy na późniejsze godziny, gdy uczestnicy są zmęczeni, faworyzowanie przez prowadzącego obrady opinii ocenianych jako "właściwe" itp.

Że metody te i ich skuteczność nie są wymysłem, widzę na zebraniach mojego koła, gdy nasz przedstawiciel, który uczestniczył w sesji Rady Krajowej, relacjonuje swoje wrażenia. Z reguły na początku, przy niewielkim zainteresowaniu obecnych zostają objaśnione przemówienia, a następnie objaśniający przechodzi do tematów bardziej interesujących słuchaczy zaczynając to słowami: "ale udało mi się porozmawiać osobiście z ... (tu następuje nazwisko prominentnej osoby), który mi powiedział, że ...". Pomijając kwestię, iż wśród tych uzyskanych kuluarowo wiadomości wiele miejsca zajmują sprawy personalne typu, kto kogo popiera, a komu stara się szkodzić, tylko tą drogą dowiadujemy się o sprawach istotnych dla partii. I w ten sposób otrzymujemy kolejny dowód na to, że oficjalne obrady stanowią jedynie przedstawienie dla naiwnych, a udzielanie istotnych informacji i podejmowanie decyzji odbywają się w nieformalnych spotkaniach gabinetowych i korytarzowych.

Z kolei kwestia ujęcia regulaminem działania stron internetowych stanowi jeden ze składników organizowania przepływu informacji w partii, czyli polityki informacyjnej, która w całości stanowi zbyt obszerny i trudny temat, by go naświetlić na marginesie omawiania przygotowań do kongresu, zasługuje natomiast na ujecie w osobnym artykule. Tak więc ograniczając się ze względów praktycznych, na wstępie należy stwierdzić, że najważniejsza w tym temacie witryna wg nazwy będąca własnością partii, czyli nas wszystkich, w rzeczywistości jest prywatną własnością pana Naczasa, który (być może, co nie zmienia istoty wskazanej fikcji, ktoś zakulisowo nim kieruje) jednoosobowo decyduje o treści, partii pozostawiając jedynie regulowanie wymaganych opłat. W każdym bądź razie zawiadywanie stroną nie podlega kontroli Rady Krajowej, pytania o zasady redagowania pozostają bez odpowiedzi, a próby przekazania uwag krytycznych, lub propozycji zmian "właściciel" traktuje jako osobistą obrazę i szkodzenie partii przez jej - jak to sam określił - "ironizowanie" (??).

Jak widać, opracowanie dla witryny krajowej regulaminu, który zarazem mógłby stanowić wzorzec dla podobnych dokumentów określających obsługiwanie witryn lokalnych, jest koniecznością. Należy przy tym przede wszystkim określić zadania, jakie witryna SLD-owska ma do spełnienia. W tej chwili strona powitalna witryny krajowej jest czymś w rodzaju skrzyżowania z jednej strony reklamy zachęcającej grafiką i popularnymi hasłami niewyrobionego intelektualnie internautę do zainteresowania się partią, z drugiej zaś zbioru wskazań, co wg kierownictwa winni myśleć i mówić członkowie. Widoczne jest, że wg naszego kierownictwa czytelnik ma odnieść wrażenie, że SLD jest organizacją całkowicie jednomyślną, pozbawioną wewnętrznych konfliktów, o bezbłędnie ustawionym i realizowanym przez zarządzający aparat programie, a dyskusje sygnalizowane w rubryce "Informacje lokalne" nie wnoszą do tego żadnych nowych treści, są - jak można wnioskować - czymś w rodzaju znanych "dyskusji" nad tezami tow. Stalina, lub myślami Jana Pawła II. Nie muszę więc chyba dowodzić, że w tych warunkach partia przedstawia się jako zbiór osobników bezmyślnie poddających się woli przewodniczącego.

[1] Nie wymieniam tu Forum Internetowego czynnego przy witrynie SLD, które od kilku miesięcy nie jest cenzurowane. Ponieważ opinie przedstawiane na tym forum nie są uwzględniane przez aparat władzy partyjnej, w dyskusjach tam odbywających się bierze udział znikoma ilość osób. Przecież wiadomo z góry, że pisanie postów nie będzie miało żadnego wpływu na decyzje i wydarzenia. [powrót]

[2] Przykładem działania mającego stworzyć pozór ogólnej dyskusji był rozesłany do wszystkich członków posiadających adres e-amil list przygotowany na zlecenie ZK przez Iwińskiego i Wenderlicha nazwany projektem Deklaracji ideowo - programowej Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Projekt ten, rozesłany dwukrotnie (23 XI 2011 i w lutym b. r.) zawiera wezwanie do dyskusji ("Liczymy, że organizacje partyjne, nasi członkowie, działacze i sympatycy wypowiedzą się w tej sprawie") uzupełnione propozycją tematów. Już brak informacji o adresie, na który należy kierować postulowane wypowiedzi i sama treść dokumentu są powodem zastrzeżeń omówionych w artykule pt. "Uwagi do projektu deklaracji ideowo-programowej". Dowodem jednak tego, że chodzi tu o działanie pozorowane jest fakt, że cała impreza zakończyła się na sporządzeniu i rozesłaniu owego zaproszenia do wymiany opinii. Nie otrzymaliśmy bowiem żadnej informacji o przebiegu owej dyskusji: nie sposób dowiedzieć się, na jaki adres wysyłać odpowiedzi? kto odpowiada za ich odbieranie? ile ich nadeszło? ani jak zebrany w wyniku wymiany korespondencji materiał zostanie wykorzystany? Na moją, skierowaną do wszystkich osób jakkolwiek związanych z tą sprawą, prośbę o wyjaśnienie wspomnianych kwestii (wysł. 26 lutego b. r.) odpowiedział (i to w prywatnej korespondencji mimo, że sprawa dotyczy przecież wszystkich zaproszonych do dyskusji!) jedynie Iwiński, który po prostu stwierdził, że nic nie wie! [powrót]

[3] Jedyna tego rodzaju opinia, której rozpowszechnieniu aparat nie potrafił zapobiec, było to oskarżenie Napieralskiego o nadużycie finansowe. Reakcja w tym wypadku była natychmiastowa: inicjator został wyrokiem partyjnego sądu usunięty z partii, a organizację lokalną popierającą jego stanowisko rozwiązano. Wszystko to odbyło się nie tylko w niezrozumiałym pośpiechu kontrastującym z przewlekaniem (1 rok!) rozpatrzenia mojego, znacznie wcześniejszego oskarżenia Napieralskiego o łamanie Statutu, lecz także niejawnie: ani nie podano czy i na jakiej podstawie wykazano bezpodstawność zarzutów, ani czy na rozprawie sądowej oskarżonemu umożliwiono obronę, ani jak uzasadniono wyrok obalając argumenty oskarżonego. [powrót]

[4] Przykład utrącenia inicjatywy mającej ogólne poparcie, niewygodnej dla aparatu partyjnego, a pozbawionej możliwości wcześniejszego przedstawienia wszystkim ogniwom mieliśmy na poprzednim, IV Kongresie. Dolnośląska SLD zaproponowała tam zmianę w Statucie ograniczającą samowolę Zarządu Krajowego w ustalaniu list kandydatów w wyborach państwowych i samorządowych. Ponieważ stało się widocznym, że wniosek jest popierany przez większość delegatów na kongres, pod pretekstem, że tak istotna zmiana winna być przedyskutowana nie tylko w jednym województwie, prezydium kongresu przeforsowało decyzję odłożenia głosowania do najbliższej konwencji. Oczywiście sprawa natychmiast została utajniona. Nie tylko nie zorganizowano ogólnopartyjnej dyskusji nad propozycją istotnej zmiany w podstawowym dla partii dokumencie, lecz na stronie internetowej poświęconej Kongresowi nie ma wzmianki o podjętych uchwałach dotyczących zmian w Statucie, a we wszystkich enuncjacjach udostępnionych członkom wciąż, konsekwentnie przestrzega się przemilczania tej kwestii. Na konwencji zaś 9 października 2010 r. dokonano zmian w Statucie, jednak bez uwzględnienia wspomnianej propozycji. [powrót]

[5] Ponieważ dostęp do witryny krajowej i do rozsyłania poczty e-mail członkom jest możliwy tylko dla przewodniczącego i jego świty, zarówno zgłoszenie kandydatury ze 100 podpisami poparcia jak i zareklamowanie osoby niewygodnej dla grona uprzywilejowanych są bez poparcia aparatu nieosiągalne. Ten fakt, oraz zablokowanie dyskusji opisane w [2] sprawiają, że wybory dokonywane przez wszystkich członków w głosowaniu bezpośrednim są fikcją - osoba przewodniczącego zostaje wyznaczona przez koterię sprawującą faktyczną władzę w partii. [powrót]

Powrót na str. główną



UWAGI DO PROJEKTU DEKLARACJI IDEOWO-PROGRAMOWEJ [24 XI 2011 r.]

Otrzymałem "projekt deklaracji ideowo-programowej" sporządzony na zamówienie Zarządu Krajowego SLD przez posłów: Tadeusza Iwińskiego i Jerzego Wenderlicha, uzupełniony apelem o zgłoszenie uwag i opinii. Pomijając znaczną część treści omawianego dokumentu, tą w której podano po raz kolejny powtarzane do znudzenia hasła streszczające cele socjaldemokracji, otrzymaliśmy kwestionariusz z pytaniami, a udzielenie odpowiedzi ma:

"Dać naszym członkom i sympatykom stałe i rzeczywiste poczucie, że mają wpływ na politykę swojej partii i jej parlamentarnej reprezentacji. Na kształt programu, który przyjmie V Kongres, na inicjatywy Klubu Poselskiego SLD i hierarchię spraw, o które będziemy zabiegać."

Na zakończenie dodano jeszcze apel o to, by "puścić w niepamięć wszystkie swary i urazy" i zapewnienie, że "lewica potrzebuje was!". Apel i zapewnienie są przy tym skierowane do tych "którzy z różnych powodów znaleźli się w ostatnich latach poza Sojuszem".

Trudno mi traktować poważnie tą pisaninę, gdyż:

  1. od wielu lat członkowie SLD wielokrotnie pisali i wypowiadali się wskazując na samowolę i wymieniając błędy popełniane przez aparat wykonawczy partii, oraz dokładnie określali konieczne działania naprawcze bardziej zresztą sensowne od tych, które mogą wyniknąć z prób odpowiedzi na podyktowane nam przez obu panów pytania, których treść narzuca wygodne dla naszych aparatczyków ograniczenie pola dyskusji. Faktem jest, że usilne zabiegi spowodowały, że dostęp do wspomnianych pism i zwłaszcza wypowiedzi jest utrudniony, wiele a nich skutecznie zniszczono i usiłowano pogrzebać w niepamięci, jednak np. internetowa witryna gdańskiej organizacji SLD zawiera tego sporo (m. in. http://www.rmsld.gda.pl/?nasze-strony,35#1), a i na internetowym sld-owskim forum dyskusyjnym pan Naczas nie wszystkie posty tego rodzaju usunął. Moim zdaniem obaj autorzy są za głupi na to, by narzucać mi, do odpowiedzi na jakie pytania mam się ograniczyć w dyskusji. Zamiast silić się na opracowywanie kwestionariusza, należy najpierw przypomnieć, jakie członkowie partii podali byli uprzednio wskazówki, które są nadal aktualne. No i jeszcze jedno: w "projekcie" obaj autorzy nie wyjaśniają, co stanie się z nadesłanymi wypowiedziami. Jeśli zaś, tak jak czyniono dotąd, zostaną one zachowane wyłącznie do wiadomości grupki wybranych osób, jeśli partia w całości nie będzie miała wpływu na ich przemyślenie i wykorzystanie, to po prostu na zabawę w opiniowanie "projektu" szkoda czasu.
  2. zgodnie ze Statutem członkom przysługuje nie jakieś "stałe i rzeczywiste POCZUCIE, że mają wpływ na politykę swojej partii", lecz:
  3. "Art. 8. p. 2. Członek partii ma prawo:
    • brać udział w dyskusjach wewnątrzpartyjnych,
    • UCZESTNICZYĆ w tworzeniu programu oraz założeń polityki partii,
    • uzyskiwać informacje o działalności partii, jej kół oraz jej przedstawicieli w organach władzy publicznej,
    • UCZESTNICZYĆ, zgodnie z zasadami ustalonymi przez zainteresowaną jednostkę organizacyjną partii, w podejmowaniu decyzji odnoszących się do spraw o szczególnym znaczeniu, poprzez konsultacje, sondaże, prawybory i referenda oraz inne formy, w których przewidziano głosowania,"
    czyli mamy prawo do tego, by nie tylko odczuwać (mieć wrażenie, iluzję), lecz mieć rzeczywisty wpływ na decyzje, co wymaga jawności działania aparatu. Nie wystarczy, że jacyś panowie łaskawie odbiorą przekazane uwagi pozbawiając partię kontroli nad tym, które z nich i dlaczego uwzględniono, a które i dlaczego zostały odrzucone, oraz kto i wg jakich zasad dokonał tej selekcji. Tak bowiem działo się dotąd, a obaj autorzy nie próbują nawet wmówić nam, że ta praktyka zostanie zaniechana.
  4. znaczna część pytań dotyczy zagadnień wymagających znacznej wiedzy z zakresu ekonomii i polityki niedostępnej osobom, które - jak np. ja - nie są profesjonalistami w tych dziedzinach.
  5. trudno mi kończące tekst zdanie określić inaczej niż: GŁUPOTA albo BEZCZELNOŚĆ. Nie wiem o jakich "swarach i urazach" jest mowa w "projekcie". Ci, którzy odeszli z partii w okolicznościach pozwalających mi z dużym prawdopodobieństwem określić ich motywację, uczynili to nie dla jakiś "swarów i urazów", lecz z powodu braku informacji o istotnych dla działania partii decyzjach, dla spowodowanej utrudnieniami ze strony Zarządu Krajowego niemożności uczestniczenia w dyskusji nad tymi decyzjami i z powodu uniemożliwiania przez ZK oddziaływania na te decyzje. Przy tym sprawa dotyczy nie tylko tych, którzy zrezygnowali z członkostwa, lecz również wielu pozostających z nadzieją skłonienia aparatu partyjnego do postępowania zgodnie ze statutem. Im wszystkim potrzebne jest nie jakieś zapomnienie czegoś tam, lecz nadal domagają się od pełniących odpowiedzialne funkcje wypełniania swoich obowiązków nie wg czyichś interesów, lecz zgodnie z zasadami obowiązującymi członka partii socjaldemokratycznej.

Tak więc zamiast zajmować się odpowiedziami na pytania postawione w nazwanej "projektem" ankiecie, podam, jakie działania można przedsięwziąć, by zapoczątkować proces odbudowy SLD:

  1. Opracować - w trakcie dyskusji dostępnej dla wszystkich członków - regulamin redakcji partyjnej witryny internetowej, którą obecnie zarządza związany z przewodniczącym partii Naczas nie kontrolowany ani przez Radę Krajową ani - tym bardziej - przez całą partię.
  2. W podobny sposób przygotować regulamin posiedzeń Rady Krajowej ograniczający gadulstwo i samowolę osób zasiadających w prezydium i ich protegowanych. Program posiedzenia ma być przygotowany jawnie i z wyprzedzeniem umożliwiającym delegatom przygotowania się w porozumieniu z członkami, których oni reprezentują.
  3. Wymóc na Zarządzie Krajowym podporządkowanie się Uchwale Rady Krajowej SLD z dn. 16.12.2000 r. o trybie i zasadach funkcjonowania Platform Programowych. Ujawnić ogółowi członków, kto był inicjatorem utworzenia platform (moim zdaniem należy rozważyć powierzenie mu funkcji przewodniczącego partii), jakie założono cele i sposób działania platform, ustalić osoby odpowiedzialne za odcięcie partii od informacji o trudnościach, których stwarzanie platformy zarzucają Zarządowi Krajowemu.

Powrót na str. główną



KOCIOKWIK [31 X 2011 r.]

Takim słowem określam to, co dzieje się w aparacie partyjnym SLD. Podkreślam: w aparacie, który z całości partii wyobcował się i stanowiąc formalnie jej część, stał się ciałem obcym, przypisując sobie zarazem prawo do jej reprezentowania i - wbrew Statutowi, oraz z pogwałceniem zasad związanych z określeniem socjaldemokracja - do zarządzania nią, decydowania o tym, co członkom należy podać do wiadomości, które zdarzenia i problemy powinny pozostawać wobec nich zatajone, o tym, co powinni myśleć i jakie środki należy stosować, by ten zanik samodzielnej myśli był całkowity. I czynią to skutecznie, zwłaszcza od momentu, gdy 3/4 SLD-oców, czyli ci, którzy nie chcieli pogodzić się z narzucanym im bezmózgowiem, zrażonych arogancją i samowolą ekipy Millera zrezygnowało z członkostwa.

Swoje stanowisko przedstawiłem już w sposób wyczerpujący w dwu artykułach ("Szanse odrodzenia lewicy" i dod. "List do warszawskiego SLD"), które - jak zwykle bez rezultatu - przesłałem do wiadomości władz SLD i redakcji oraz zainteresowanych osób, jednak niepokojące oznaki utrwalania się istniejącej patologii skłaniają mnie do podjęcia kolejnej próby zwrócenia uwagi na popełniane wciąż błędy. Jako punkt zaczepienia umożliwiający dyskusję o konkretach przywołuję dwie opublikowane ostatnio wiadomości.

Otóż właśnie dowiedziałem się o tym, że grono osób skupionych wokół Zarządu Krajowego postanowiło powołać "Centrum Daszyńskiego" (przypuszczalnie im. I. D.?). Wiadomości tej darmo poszukiwać na witrynie internetowej naszej partii, której redakcja za ważniejsze uważa blogerskie pisanie pana Iwińskiego (o którym za chwilę); zawdzięczam ją Gazecie Wyborczej (Magdalena Kursa "Czy think tank pomoże w ratowaniu lewicy?" "Gazeta Wyborcza" 31.10.2011). Charakterystyczna jest przy tym wzmianka, iż "O potrzebie poważnego think tanku na lewicy mówiło się od dawna", która ilustruje dwie zasady stosowane przez aparat SLD-owski: po pierwsze - wszystkie istotne dla funkcjonowania partii należy omawiać wyłącznie w zaufanym gronie tak, by nienależący do tej grupki członkowie nie mieli możliwości uczestniczyć w dyskusji będącej zasadniczym składnikiem procesu powstawania i kształtowania się decyzji, po drugie - każde działanie, z którym wiąże się możliwość promowania aktywnej w nim osoby, jeżeli ten ktoś nie jest popierany przez aktualnie dominującą koterię, można relacjonować jedynie bezosobowo. Mamy więc od dawna czy to w treści witryny, czy w enuncjacjach dla prasy, że: podpisał porozumienie Przewodniczący, podjął decyzję, czy wygłosił j. w. podane z imieniem i nazwiskiem, natomiast wszystko inne to "postanowiono", "przedyskutowano", itd. czy jak to zacytowałem wyżej "mówiło się".

GW wspomina również o jakiejś radzie programowej, którą ponoć "utworzą naukowcy oraz politycy: m.in. Katarzyna Piekarska i Marek Balicki". Jednym słowem nasi prominenci partyjni stwierdzili istnienie trzech prawd: że istnieje potrzeba poprawienia jakiegoś bliżej nie sprecyzowanego niedowładu trapiącego SLD (ew. całą lewicę?), że dotychczas stosowane środki pobudzania intelektualnej aktywności w SLD (w całej lewicy?) okazały się nieskuteczne oraz, że istnieje potrzeba tworzenia co najmniej dwu zespołów specjalizujących się w myśleniu. Narzuca się przy tym pytanie o źródło wiedzy o tych prawdach: czy wiedza ta wyskoczyła jak Minerwa w dojrzałej postaci z głowy jakiegoś SLD-owskiego geniusza, czy normalnie jest produktem namysłu większej ilości osób powstałym jako wynik namysłu i żmudnego szukania właściwego wyrazu, czy formuły w trakcie dyskusji, poprawiania błędów itd. Nie jest bowiem prawdą, że podane stwierdzenia nie budzą wątpliwości.

A więc jeśli mowa o stwarzającym potrzebę działania "niedowładzie", to jedynym widocznym jego przejawem, który w znanych mi enuncjacjach wskazują SLD-owscy mędrcy ma być "klęska wyborcza" sprzed kilku tygodni. Co prawda, jak twierdzi Janusz Rolicki ("... po aferach korupcyjnych i błędach gospodarczych popełnionych przez ekipę Millera na początku minionej dekady, po dawnej potędze pozostały już jedynie wspomnienia". "Fakt" 31.10.2011. "Miller skrzykuje kumpli na stypę") i czego dowodziłem we wspomnianym wyżej artykule o szansach odrodzenia lewicy, w roku 2011 mieliśmy nie klęskę, lecz wahnięcie koniunktury, ale - niech będzie klęska. Dotyczy to jednak postaci zewnętrznej "niedowładu", gdy natomiast mowa o jego istocie, trudno wśród prominentnych SLD-owców znaleźć wypowiedź uzasadniającą potrzebę think tanków. A więc m. in. (patrz mój artykuł j. w.) Iwiński wskazuje na błędne typowanie kandydatów, Senyszyn na "narzucone 20 lat temu przez Michnika przeświadczenie", Gondek na niegodziwość PO oraz Palikota, Naczas zaś przepuszczając przez sito cenzury list Tomasza Puławskiego usankcjonował jego przekonanie, że o słabości SLD stanowi jego "grzeczność" co wszystko z brakiem wyrafinowanego myślenia związku raczej nie ma. Zdarzały się co prawda wypowiedzi zdradzające przekonanie, że zmiana sposobu typowania, chamskie awanturnictwo itp. nie pomogą, że jest potrzebna jakaś niesprecyzowana "zmiana oblicz partii" (Senyszyn). Niestety, nawet najbardziej zbliżający się do konkretu Kalisz ("SLD nie może być partią wodzowską") nawet nie usiłuje sprecyzować, na czym wypomniane przezeń "wodzostwo" polega. Chyba w takim razie nasi mędrcy doszli do przekonania, że nawet jeśli nie potrafimy określić, o co nam chodzi, to gdy eksperci będą intensywnie rozmyślać, to coś jednak z tego wyniknie?

Nie jest też jasne, jak pomysłodawcy doszli do przekonania, że te środki i sposoby działania, którymi partia już w tej chwili dysponuje, nie wystarczają? Przecież mimo, iż wielu odeszło, pozostaje jeszcze spory zasób wykształconych i doświadczonych w działalności społecznej i politycznej członków, którym aparat partyjny skutecznie utrudnia włączenie się do dyskusji nad wewnętrznymi stosunkami. Na jakiej podstawie nasi mędrcy orzekają, że jeśli zarządy zaczną jawnie rozpatrywać opinie i propozycje zgłaszane przez nas, rezultat tego nie uczyni zbędnymi jakiś nowych organów? Mamy też zespoły "Kuźnicy", "Forum klubowego", "Przeglądu socjalistycznego" i wiele innych, na opinie których Zarząd Krajowy wprost demonstracyjnie nie zwraca uwagi. Nasi aparatczycy winni porozumieć się z nimi, a dopiero jeśli okaże się, że nie daje to rezultatu wymyślać jakieś dziwolągi. A przede wszystkim, przed angażowaniem się w nowatorstwa, Zarząd Krajowy winien zacząć wreszcie (ze skandalicznym jedenastoletnim opóźnieniem!) wykonywać uchwałę Rady Krajowej z dn. 16.12.2000 r. o trybie i zasadach funkcjonowania Platform Programowych.

I po trzecie - nawet jeżeli przyjmiemy, że problem do rozwiązania jest wyartykułowany lub, że sprecyzowanie zagadnienia nie jest potrzebne szukającym rozwiązania, oraz że będące do dyspozycji partii możliwości rzeczywiście wymagają uzupełnienia, pozostaje pytanie, czy i jakie istnieje ryzyko, że zarówno zostaną zmarnowane konieczna do funkcjonowania obu proponowanych zespołów praca ludzi, których wysokie umiejętności mogą być efektywnie, z pożytkiem dla społeczeństwa wykorzystane na wiele innych sposobów jak i to, że konieczne zużycie choćby niewielkich zasobów materialnych pójdzie na marne? Z góry też zastrzegam, że odrzucam jako nieracjonalne rozumowanie w rodzaju: stwórzmy zespoły specjalistów, poprośmy ich, by coś wymyślili, to ponieważ są bardzo mądrzy, sami z siebie, bez naszego udziału rozpoznają gnębiące nas problemy i wymyślą sposób ich rozwiązania.

Powrót na str. główną