Powrót na str. główną



PRZYKŁADY PRÓB UWOLNIENIA OD CENZURY APARATU [XII 2007 r. do II 2008 r.] Żadnej odpowiedzi lub innej reakcji nie było.

List do Olejniczaka wysłany 2007-12-19 przez http://www.wojciecholejniczak.pl/test//Napisz-do-mnie/

Piszę do Pana jako członek koła SLD Gdańsk-Wrzeszcz do Przewodniczącego Zarządu Partii. W sytuacji, gdy szeregowi członkowie pozbawiani są informacji o działalności partii, możliwości wyrażania swojej opinii i innych praw zastrzeżonych w p.8 Statutu SLD, domagam się od Zarządu (zgodnie z p.8.2.i Statutu) podjęcia skutecznych działań naprawczych. W pierwszej kolejności:
1. Ujawnić (np. na stronie internetowej RK SLD) wyniki ankiety w sprawie zatwierdzenia "Konstytucji SLD", tzn. podać: ilość odpowiedzi, analizujące sprawozdanie z treści odpowiedzi ze szczególnym uwzględnieniem opinii krytycznych (treść przynajmniej niektórych należy opublikować w całości, lub w istotnych fragmentach),
2. Przygotować i ogłosić (np. jw.) analizę wykonania przez Zarząd Partii zobowiązań wynikających z p. 8 Statutu i poddać je jawnej (na warunkach jak wyżej) dyskusji, do udziału w której prawo będą mieli wszyscy bez wyjątku członkowie. Dla zapewnienia tego warunku należy na wstępie podać i poddać pod dyskusję procedurę postępowania z napływającymi wypowiedziami,
3. Urealnić sprawozdania z posiedzeń Rady Krajowej. Np. aktualnie publikowane na stronie internetowej RK sprawozdania różnią się w istotnych szczegółach od tego, co udaje mi się uzyskać ustnie od moich przedstawicieli w Radzie. Ci np. twierdzą, że posiedzeniach Rady zgłaszane są wnioski i opinie krytyczne wobec Zarządu, co w sprawozdaniach nie występuje, jest utajniane. Nb. ze wspomnianych relacji wynika, że wobec braku regulaminu, przewodniczący zebrania prowadząc dyskusję samowolnie pomija czy nawet uniemożliwia omówienie niewygodnych dla Zarządu kwestii.
Podkreślam, że te trzy postulaty dotyczą jedynie niewielkiej części problemu braku zachowania zasad demokracji w SLD - sprawy będącej prawdziwym powodem słabości naszej organizacji, masowych odejść najbardziej wartościowych członków i bierności pozostałych. Podjęcie wspomnianych proponowanych działań będzie wstępem do naprawy.

Od: "Stach"
Do:
Temat: jawność w SLD
Data: 16 stycznia 2008 23:14
treść e-mail wysłanych do posła Ryszarda Kalisza i - po odpowiednim zmodyfikowaniu treści - do posłanek Jaruga-Nowackiej i Joanny Senyszyn
Proponuję - i proszę o poparcie tej inicjatywy - ustalenie celu i zasad działania portali internetowych posiadanych przez SLD. Przede wszystkim chodzi tu o witrynę, której formalnym właścicielem jest Rada Krajowa, jednak podobnie winny postąpić rady wojewódzkie i podobne. Należy opracować i podać do wiadomości czytelników regulamin zawierający objaśnienie celów, którym mają służyć strony internetowe, sposobów ich realizacji, zasad postępowania redakcji z otrzymywanymi materiałami, oraz procedur kontroli i zarządzania wykonywanymi przez właściciela t. j. przez Radę Krajową (i odpowiednio rady wojewódzkie). Regulamin musi być zatwierdzony przez Radę Krajową i poddany ogólnej dyskusji odbywającej się pocztą sieciową (e-mail) w sposób jawny, co oznacza, że wszystkie wypowiedzi należy bezwzględnie pokazać w Internecie. Pominąć należy (z podaniem odpowiedniego wyjaśnienia) jedynie te części nadesłanych tekstów, które albo nie są związane z tematem dyskusji, zawierają słowa niecenzuralne, lub poruszają sprawy osobiste - szczególnie jeśli widoczny jest w tym zamiar szkalowania.
Zwracam się z tym do Pana nawiązując do (niestety ogólnikowej, przedstawionej w sposób nieobowiązujący) deklaracji wyrażonej przez Pana na spotkaniu dyskusyjnym w Gdańsku, gdy potwierdził Pan słuszność przekonania o braku jawności działania władz partyjnych i wyraził Pan wolę działania w celu poprawy sytuacji. Jak rozumiem, obydwaj zgadzamy się z tym, że ważne dla partii dyskusje dotyczące spraw wewnętrznych odbywają się w sposób niejawny, w kuluarach i gabinetach, z wyłącznym udziałem niektórych osób z zarządu partii oraz nielicznego grona innych (na dodatek powiązanych raczej wspólnotą interesów niż ideowo), co jest jawnie sprzeczne z art. 8 Statutu partii i z zasadą demokracji wewnątrzpartyjnej.
Pozwolę sobie przypomnieć, że aczkolwiek Statut w art. 17 prawo wydawania wskazówek obowiązujących organy wykonawcze przyznaje kongresowi, konwencjom i Radzie Krajowej, to wybieralność składu tych władz wyraża myśl, że działają one w imieniu ogółu członków, którzy dopiero wszyscy razem stanowią istotę partii. W ten sposób realizowany jest, co prawda jedynie w miarę możliwości technicznych, ideał demokracji polegający na podporządkowywaniu się woli większości przy zachowaniu prawa każdego do agitowania dla uzyskania większościowego poparcia dla swojego poglądu (jeśli jest on zgodny z zasadami wyrażonymi we wstępie do Statutu). Otóż patologia, o której mówię, sprawia, że partia nasza jest tworem na wzór ugrupowań skrajnie prawicowych, w których liczy się "wódz" i garstka jego przybocznych, a reszta jest dodatkiem - koniecznym wyłącznie ze względów praktycznych. Najwyraźniejszym przejawem tego jest zjawisko rozłamów: gdy wewnątrz koterii kreującej "wodza" następuje sprzeczność interesów, nikt nawet nie próbuje odwołać się do całości, czy do Rady Krajowej. Sprawa zostaje rozstrzygnięta wewnątrz nieformalnego ugrupowania. Pokonana w tej rozgrywce część zakłada nową partię wynajdując jakieś rzekome imponderabilia ideowe, zwycięzcy dyrygując zza kulis Radą Krajową uzyskują uchwałę potwierdzającą stan powstały w gabinetowej rozgrywce, a zwykłym członkom niezainteresowanym zabiegami "działaczy" pozostaje bierna akceptacja kolejnego "wodza" i satysfakcja z tego, że "działaczom" nie udało się całkiem rozwalić partii, że pozwala się nam nadal być częścią względnie jeszcze licznej organizacji umożliwiającej osobisty kontakt z ludźmi o niepodszytych względami koniunkturalnymi przekonaniach lewicowych.
Naprawienie tej sytuacji jest zadaniem trudnym. Sprawia to z jednej strony u jednych wytworzenie się mentalności typowej dla tzw. aparatczyków o fasadowej ideowości, nastawionych na skrajny pragmatyzm i rozgrywki personalne (np. wieczne awantury o ustalanie list kandydatów), u pozostałych nawykowa bierność przypominającą fatalizm (zawsze tak było, więc widocznie tak musi być) lub decyzję o rezygnacji z członkostwa. W tej sytuacji pierwszym krokiem, jaki należy uczynić, jest wytworzenie mechanizmu umożliwiającego - i więcej - wymuszającego wzajemną wymianę myśli i informacji. W chwili obecnej proces ten odbywa się jedynie w kołach, na zebraniach organizacji miejskich i powiatowych, a w skali ograniczonej silnym wpływem mentalności "aparatczykowskiej" - w klubach dyskusyjnych itp.. Największe możliwości doprowadzenia do tego, by ten dyskurs obejmował całą partię, stwarzają istniejące już portale internetowe, których formalnymi właścicielami są rady wojewódzkie SLD i - przede wszystkim - portal Rady Krajowej. Należy jednak zmusić ludzi faktycznie władających tymi mediami (a jest to utajnione: np. portal Rady Krajowej redaguje podobno jakiś Miałek czy Niałek, z tego co zdołałem się dowiedzieć wynika, że jest on jednak tylko figurantem, wykonawcą poleceń) do jawności działania, podporządkowania się Radzie Krajowej i do popierania tej wymiany informacji. Stąd moja prośba.
Przyznam, że zwracam się do Pana z dużym sceptycyzmem opartym na doświadczeniu, jakie nabyłem apelując w sprawie demokratyzacji SLD do różnych, bardziej i mniej znanych osób czy gremiów. Prawdę mówiąc liczę na to, że albo wskazane przeze mnie, lub podobne działanie uzna Pan za korzystne w jakiejś intrydze, albo że oprócz naturalnej nam wszystkim małostkowości jest Pan w jakimś stopniu skłonny do działań bezinteresownych.

24 lutego 2008, po upływie 38 dni następne listy do Kalisza i (odpowiednio zmodyfikowane) do obu pań:
Ponad miesiąc temu, opierając się na wyrażonym w czasie spotkania (14 stycznia 2008r. temat "KONSTYTUCYJNA KONCEPCJA PAŃSTWA A POLITYKA", Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku) zapewnieniu o pozytywnym nastawieniu do publicznej dyskusji, wysłałem do Pana e-mail rozszerzający podjęty po prelekcji wątek. Do dziś nie widzę z Pana strony żadnej reakcji zarówno na uwagi wypowiedziane przeze mnie publicznie na sali jak i na wspomniany, z przyczyn techniczny ograniczony do prywatności, list. Uważam, że potwierdza to moje przekonanie, iż deklarowane w czasie spotkania zapewnienia były tylko frazesami mającymi wywołać przychylne nastawienie słuchaczy.
Podkreślam (co wydaje się oczywistym), że nie interesuje mnie odpowiedź udzielona prywatnie (której zresztą też nie było), w korespondencji skierowanej do mnie, poruszam bowiem sprawę dotyczącą całej partii, a te - zgodnie z p. 8 Statutu - należy rozpatrywać jawnie. Fakt, że zwróciłem się do Pana w liście prywatnym, został wymuszony przez władze partii uniemożliwiające członkom upublicznienie uwag.
Na zakończenie, ponieważ spotkałem się niejednokrotnie ze strony partyjnych "aparatczyków" z dziwną (być może udawaną) nieznajomością różnorodności form odpowiedzi skierowanych w dyskusji odbywającej się w szerokim gronie (pouczające przykłady można znaleźć w rubrykach czasopism zatytułowanych "Listy do redakcji", "Czytelnicy piszą, redakcja odpowiada" itp.) wyjaśniam, że oczekiwana odpowiedź mogłaby mieć formę np. stwierdzenia okazyjnie wstawionego do większej całości dowolnego tematu. W skrajnym wypadku coś w rodzaju: "Poza właściwym tematem wspomnę, że otrzymałem list wyrażający opinię Głąbińskiego (do zaakceptowania jest również pominięcie nazwiska), na który, ponieważ jest bez sensu, odpowiedzieć nie mam zamiaru".
I kolejna uwaga: formułując powyższą propozycję zdania przyjąłem, że nie ma Pan zwyczaju lekceważenia listów i innych form wypowiedzi skierowanych do Pana i wobec tego mój e-mail jest jedynym apelem, który Pan w okresie swojej działalności partyjnej otrzymał od szeregowego członka. We wszystkich bowiem znanych mi licznych Pana wypowiedziach nie natrafiłem na ślad nie tylko istnienia takiej korespondencji, ale nawet zainteresowania opinią kogokolwiek poza gronem aparatu władzy (ze względów oczywistych pomijam czysto werbalne uprzejmości skierowane do zabierających głos w dyskusji np. w czasie naszego spotkania w klubie dyskusyjnym). Śladu takiego nie widzę również np. na stronie internetowej KRSLD, do łamów której - sądzę - dostęp mógłby Pan dla swojej opinii wymóc wykorzystując swoje stanowisko w partii.
Stach Głąbiński.

Powrót na str. główną



Internetowa strona SLD - uwagi krytyczne [15 XII 2003 r.]

Od: "Stach Glabinski"
Do: "Redakcja Forum Klubowego"
Temat: Internetowa strona SLD
Data: 15 grudnia 2003 14:47

Z opóźnieniem otrzymałem (bezpłatnie - jest to wygodne, ale krępujące!) 12-ty, sierpniowy nr Forum Klubowego i zapoznałem się w nim z notatką Jacka Sochana pt. "Rewolucja w zaganianym świecie". Zainteresowała mnie szczególnie wzmianka o stronie internetowej Zarządu Krajowego SLD, której zalety wymienione przez Jacka są - moim zdaniem - zdominowane przez: 1. brak kontaktu z członkami partii (z czytelnikami),
2. brak pomocy w uzyskiwaniu przez członków danych potrzebnych w dyskusjach i agitacji (fakty i ich interpretacje oraz objaśnienie okoliczności, w tym szczególnie dane liczbowe dotyczące gospodarki i finansów państwa teraźniejsze i w latach poprzedzających,
3. brak omówienia tzw. "tematów gorących",
4. brak zsyntetyzowanej i podanej poglądowo informacji o działaniach władz i elit partyjnych (cytowanie dokumentów dostosowanych do formalnych wymogów prawnych daje efekt minimalny).
5. brak forum dyskusyjnego i biuletynu.
Zamiast szczegółowego omówienia swoich zarzutów załączam plik ze skopiowanymi e-mailami wysłanymi przeze mnie w tej sprawie w ciągu kilku ostatnich lat.

Powrót na str. główną



Odpowiedzialność za gospodarkę [VI 2002 r.]

Wypowiedź premiera zatytułowana "100 dni rządu" należy uznać za bardzo ważne wydarzenie w publicystyce krajowej. Jestem jednak przekonany, że L. Miller - nie tylko zresztą w tym dokumencie, ale i w innych swoich wystąpieniach - zbyt mało uwagi zwraca na kwestię odpowiedzialności osobistej zarządzających majątkiem państwowym, ograniczając się do ogólnikowego stwierdzenia, że "Odchodzą ludzie nieudolni i niekompetentni, z pamiętnego zaciągu AWS. Osoby, których zarobki rosły odwrotnie proporcjonalnie do efektów zarządzanych przez nich firm. Dyrektorzy i prezesi, którzy z własnymi żonami podpisywali kontrakty na ochronę własnych dzieci, płacąc za to pieniędzmi podatników."

Przypuszczalnie chodzi tu o to, że - obiektywnie rzecz biorąc - kwestie rozliczeniowe są sprawą drugorzędną w stosunku do podstawowych spraw poruszonych w "100 dniach rządu". Otóż miara obiektywna nie obowiązuje, gdy chodzi o opinię publiczną. Tego czynnika tak ważnego dla rządzących, a będącego sumą subiektywnych odczuć milionów obywateli dotyczy - jak sądzę - w tej szczególnie sprawie miara inna. I nie chodzi tu o pożądanie "igrzysk" (chociaż to niestety też!). Sprawa przedstawia się bardziej zawile. Przypuszczam, że wyraźnie widoczne oczekiwanie rozliczeń jest spowodowane kilkoma czynnikami, które w przypadkowej kolejności wyliczę:

1. Od szeregu lat publicystyka prawicowa (w bardzo szerokim pojęciu) stara się utwierdzić nas w przekonaniu, że jeśli ktoś został skrzywdzony, to - niezależnie od wszelkich okoliczności - istnieje moralny obowiązek wskazania, napiętnowania i wreszcie ukarania osoby odpowiedzialnej. Szczególnie jest to widoczne w przypadku regularnie wznawianego postępowania w sprawie pacyfikacji kopalni "Wujek" - wielokrotnie w prasie i w wypowiedziach hierarchii kościelnej formułowano tezę, iż brak wskazania winnych jest "skandalem". Regułą w tych enuncjacjach jest przy tym przekonanie autorów o własnej w tej kwestii wiedzy i kompetencji.
Otóż sądzę, że to uporczywie lansowane założenie w jakiejś mierze zostało zaakceptowane przez ogół. Wynika stąd jako konsekwencja uczucie zawodu następujące po zmianie rządu, gdy po ogólnikowych stwierdzeniach, że poprzednia ekipa dopuszczała do nadużyć, nie tylko brak jest wieści o stawianiu konkretnych ludzi przed sądem, lecz nawet w - niepodlegających przecież formalno-prawnej procedurze - enuncjacjach prasowych, czy wystąpieniach w rodzaju wspomnianej wypowiedzi premiera, nie przedstawia się nazwisk i faktów. Obawiam się, że brak ten odczuwany jest przez wielu jako dowód nieprawdziwości wspomnianej surowej a zarazem ogólnikowej oceny.

W tym momencie przejdę do 2-go punktu rozważań:

2. W pewnej mierze (przynajmniej w moim odczuciu) wspomniany brak uzupełniła prasa prawicowa podnosząc larum z powodu "czystki personalnej wykonanej przez lewicę po uzyskaniu władzy". Wynika bowiem z tych wiadomości, że jednak jakieś konsekwencje dla odpowiedzialnych za błędy zarządzania są. Niestety, widzę brak konkretów umożliwiających ugruntowanie przekonania o rzetelności w tym rozliczeniu. Np. Nowek - jedyne, które pojawiło się w publikatorach, nazwisko usuniętego urzędnika - został zarazem przedstawiony jako fachowiec usunięty na rzecz jakiegoś - przypuszczalnie o słabym przygotowaniu profesjonalnym - "ulubieńca aktualnej władzy". Dla czytelników tygodnika "NIE", który postać p. Nowka przedstawił w sposób przekonujący (nie mylić z określeniami: rzetelny, bezstronny itd.) sprawa tej zamiany przedstawia się jako oczywista, jednakże warto pamiętać o tym, że aczkolwiek pismo p. Urbana ma licznych czytelników, to znakomita większość wyborców nie korzysta z przedstawianych na tych łamach wiadomości. I tu kolej na b. ważną refleksję:
Gdy jakiś czas temu uczestniczyłem w spotkaniu dyskusyjnym Klubu Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku (założyciel i opiekun prof. Pastusiak) z wojewodą pomorskim - p. Kurylczykiem. Otóż prelegent objaśniając trudności, jakie napotyka ze strony prawicowych osobistości, wspomniał o żądaniu pewnego dziennikarza, by uzasadnił wymienioną którąś ze swych decyzji personalnej. Reakcją wojewody było oburzenie: "mam prawo dobierać sobie współpracowników według swego uznania i nie będę się tłumaczył". Odpowiedź w zasadzie zrozumiała: jestem przekonany, że pytający prawicowy dziennikarz wcale nie miał zamiaru przedstawić czytelnikom poglądu wojewody w sposób bezstronny, ale miał nadzieję, że z odpowiedzi uda mu się wyłuskać fragmenty, które odpowiednio skomentowane dadzą efekt niekorzystny dla nowej władzy. Niestety, odniosłem wrażenie, że wyrażona wola "nie tłumaczenia się" dotyczy nie tylko wspomnianej konkretnej sytuacji, lecz stanowi dewizę postępowania w ogóle. Zarazem obawiam się, że takie nastawienie cechuje większość uczestniczących w zarządzaniu krajem. A to może mieć następstwa fatalne!

W demokracji rząd nie jest właścicielem lecz zarządcą obowiązanym zdawać sprawę swemu zleceniodawcy, którym jest ogół obywateli. Konstytucja, instytucja parlamentu itd. tworzą formalne warunki zapewniające spełnienie tego postulatu. Jeżeli jednak rząd chce mieć zaufanie ogółu, musi zadbać o to, by nie tylko spełnić wymagania formalne, oraz mieć "czyste sumienie" w poczuciu, że również faktycznie traktuje wyborców jako swych suwerenów. Konieczne jest przede wszystkim wytworzenie u nich - w tym szczególnie względzie - subiektywnego pozytywnego nastawienia. Rząd, by mieć zaufanie obywateli winien starać się, by uzyskać u nich podświadome, spontaniczne odczucie, że traktuje ich poważnie, że każde swe działanie podporządkowuje jednemu celowi - zadowolić swego zbiorowego zleceniodawcę.

I tu właśnie należy szukać przyczyn niepowodzeń demokracji - nikłego udziału w wyborach, braku poczucia wspólnoty z władzami (popularna dychotomia: "oni" - władza i "my" - reszta) itp. Należy ustawicznie rozpoznawać tematy, które wzbudzają zaniepokojenie ogółu i nie czekając na ponaglenia zabiegać u obywateli o wysłuchanie swoich racji, a te przedstawiać cierpliwie sprawdzając, czy satysfakcjonują adresatów.

Otóż w tej chwili - w wyniku zarówno własnej uprzedniej krytyki jak i oskarżeń prawicy - takim tematem są sprawy obsady stanowisk w administracji państwowej. I nie wystarczy świadomość swojej racji, możność uczciwego stwierdzenia, że spełniono wszystkie warunki formalne i rzeczowe. Potrzebne jest, by ludzie odczuli, że władza zabiega o ich akceptację, że gotowa jest zrobić wszystko, by zadowolić swojego zbiorowego suwerena. Wyklucza to postawę wyrażoną powiedzeniem: psy szczekają, ale karawana jedzie dalej. Nie można lekceważyć najbardziej nawet stronniczej krytyki, a w konkretnym omawianym przypadku widzę potrzebę opracowania obszernego szczegółowego sprawozdania z realizacji obsady stanowisk w administracji na przestrzeni od 1989 roku do chwili obecnej. Sporządzenie takiego dokumentu wymaga znacznych kosztów, ale dla oczyszczenia atmosfery z nieufności, dla poprawy relacji między władzą i resztą obywateli miałoby znaczenie ogromne.

Powrót na str. główną



Uwagi o "Rozmowach o Polsce" [21 X 2001 r.]

Od: Glabinski Do: Włodzimierz Amerski; Jarek Szczukowski; prof. Joanna Senyszyn; Jerzy Zakrzewski; Klub Parlamentarny SLD; Franciszek Potulski; Redakcja Biuletynu Żabi Kruk Temat: uwagi o "Rozmowach o Polsce" Data: 21 października 2001 17:10

W witrynie www.sejm.gov.pl, na jednej ze stron Klubu Parlamentarnego SLD znalazłem i skopiowałem "Rozmowy o Polsce. Spotkania z SLD" wydane w postaci pliku "Rozmowy.rtf". Są to pełne teksty wystąpień uczestników zorganizowanych w 1999r. przez władze SLD konferencji poświęconych wybranym zagadnieniom politycznym, społecznym i kulturalnym. Nie przeczytałem jeszcze całości, gdyż dzieło jest sporych rozmiarów (856kB w postaci tekstu niesformatowanego), niemniej pragnę zachęcić wszystkich do zapoznania się z jego podaną przystępnie treścią. Zarazem, nie czując się na siłach, by zrelacjonować całość wrażeń wyniesionych z interesującej lektury, chciałbym przekazać kilka swoich uwag.

1.
O ile wspomniana wyżej lektura dostarczyła mi wiele wiadomości potrzebnych do wyrobienia sobie prawidłowego sądu o problemach i trudnościach nękających nasz kraj, o tyle w dalszym ciągu odczuwam niedosyt informacji o tej tematyce. Brak ten w mniejszym stopniu dotyczy oceny sytuacji bieżącej ujętej choćby w materiałach programowych dostępnych w witrynie www.sld.org.pl (chociaż chętnie uzupełniłbym te wiadomości lekturą czegoś w rodzaju "Raportu o stanie państwa"!). Uważam jednak, że odpowiedzialny obywatel, członek partii powinien posiadać - zarówno do użytku własnego jak i do dyskusji z przeciwnikami politycznymi - jasny obraz doświadczeń, na których opiera się ocena teraźniejszości. Otóż za mało znam szczegółów, by samodzielnie skonstruować taką wizję ostatnich lat i z tego względu bardzo silnie odczuwam brak publikacji opisujących osiągnięcia i błędy SDRP w latach 1993-97 i SLD w okresie działania w opozycji. Często także staję bezradny, gdy biorę udział w spotkaniu towarzyskim, w trakcie którego jest okazja do rozmowy na temat "osiągnięć" rządów AWS i UW. W prasie ostatnio mieliśmy sporo wypowiedzi na ten temat, jednak z reguły publicyści poprzestają na stwierdzeniach syntetyzujących zakładając, że fakty są powszechnie znane, co nie jest prawdą: przeciętny Polak nie różni się się tu od p. Buzka (któremu np. wyleciała z pamięci jego polityka obsadzania stanowisk ludźmi bez kompetencji) i dopiero objaśnienie szczegółowe z podaniem dat, nazwisk itp. sprawia, że wielbicielowi PO czy Radia Maryja zaczyna coś świtać w głowie. Niestety wyszukiwanie tych konkretów w starej prasie, albo w zawodnej pamięci jest bardzo trudne dla osoby nie zajmującej się zawodowo publicystyką polityczną. Stąd właśnie wynika potrzeba udostępnienia członkom krytycznego, możliwie szczegółowego opisu ostatnich ośmiu lat.

2.
W p. 6 "Aneksu" do rozdziału 4 "Kultura i przyszłość" Krzysztof Teodor Toeplitz krytykując indolencję SLD w sferze upowszechniania swych idei i osiągnięć pisze: "... poza kilkoma zaledwie tytułami prasowymi o orientacji lewicowej nie posiada swoich wydawnictw, stacji radiowych, nie mówiąc o ośrodkach telewizyjnych. Zauważa się brak dbałości o to, aby dopracować się choćby jednego wydawnictwa mogącego zajmować się produkcją książkową na zasadach niekomercyjnych, lecz np. spółdzielczych." Do tej jakże słusznej uwagi należy dodać, że o ile utworzenie i podtrzymywanie działania wydawnictwa jest przedsięwzięciem trudnym ze względu na koszty, to tanim sposobem można rozwinąć działalność edytorską w Internecie wykorzystując do tego celu np. witrynę "www.sld.org.pl". Uważam, że stanowczo SLD za mało stosuje najnowsze i najtańsze techniki informacyjne. Na tym polu jesteśmy wyraźnie zdystansowani przez wielu (np. przez Kościół katolicki).

3.
W dalszym ciągu cytowanego wyżej we fragmencie artykułu KTT pisze:
"... brak istotniejszego zainteresowania treściami dyskutowanymi w periodykach typu Dziś, Lewa noga, Bez dogmatu i innymi - wszystko to razem obniża poziom intelektualny opcji lewicowej, sprowadzając jej myślenie do wymiarów ściśle pragmatycznych." Jest to druga strona poruszonego w p. 2 zagadnienia. Tak samo groźną jak wspomniane wyżej zaniedbanie polityki informacyjnej władz i elity SLD jest inercja ogółu członków, którzy - jak się wydaje - nie są zainteresowani ani programem, ani szczegółami wprowadzania jego postulatów w czyn, ani kontrolowaniem poczynań wybranych przez nich reprezentantów itp.. Świadczą o tym np. na terenie Gdańska nikłe czytelnictwo biuletynu "Żabi Kruk", czy minimalna frekwencja na spotkaniach z posłami i radnymi. Innym przejawem wspomnianej inercji myślowej jest brak wymagania od wybranych reprezentantów na zjazd, czy do władz, by informowali tych, których są przedstawicielami, o swoich dokonaniach w trakcie sprawowania mandatu.
W miejsce tego dostrzegam stosunkowo znaczne zainteresowanie sprawami personalnymi dotyczącymi władzy, przy tym sposób naświetlania omawianych kwestii sugeruje, że w środowisku gdańskiego SLD prowadzą swe gry koterie - bodaj czy nie w skali takiej, jak to mogliśmy obserwować np. w AWS. Stanowczo zbyt często, gdy wreszcie zdarzy się dyskusja nad tym, co dzieje się w partii, ogranicza się ona do rozważań nad tym, kto kogo popiera, albo komu usiłuje zaszkodzić. Zagraża nam ciasny pragmatyzm przejawiający się np. tym, że również zbyt często przez dyskusję o problemach kraju czy miasta poszczególni uczestnicy rozumieją biadolenie nad swoimi niskimi zarobkami, czy dziurą w chodniku "przed moim domem". Tego rodzaju ograniczenie horyzontu zainteresowań jest groźne i należy podejmować środki dla zaradzenia mu.

4.
Wspomniany plik "Rozmowy.rtf", jak to widać już z tzw. "rozszerzenia nazwy" jest udostępniany w formie bogatej (rtf = rich tekst format = bogaty format tekstu) niedostępnej dla posiadacza starego taniego komputera. Uważam, że przy redagowaniu dokumentów przeznaczonych dla użytku publicznego należy uwzględnić fakt, że jesteśmy krajem biednym i przygotować również wersję tekstu niesformatowanego, możliwą do odczytania w każdym edytorze. Należy to wykonywać nawet kosztem pominięcia dodatków graficznych (chodzi mi o przypadek ogólny. Biorąc szczegółowo, w omawianym pliku żadnej grafiki nie ma).
Tego rodzaju niefrasobliwość, brak zastanowienia się nad finansowymi czy sprzętowymi ograniczeniami potencjalnych odbiorców przejawia się również w tym, że witryna SLD nie posiada informacji o adresie internetowym (szanująca się instytucja posiada ich z reguły większą ilość, ale niech by było choć jedno konto!), a jedyną drogę do odbioru opinii i uwag od odwiedzających daje przez okienko "kontakt". Otóż, jak miałem to możność stwierdzić, okienko to, dla posiadacza słabego przyłącza do Internetu, jest praktycznie nieosiągalne.
Tak się sprawa przedstawia na poziomie centralnych władz SLD. Gdy chodzi o organizację wojewódzką i miejską w Gdańsku, jest jeszcze gorzej. W rezultacie, chcąc wyrazić swoją opinię, gdy nie mam możności skierować swój - np. ten konkretnie - list pod właściwym adresem, wysyłam go do kogo się da w nadziei, że może przez pośrednictwo dotrze tam, dokąd powinien.

Powrót na str. główną



Lekceważenie komunikacji internetowej w SLD [30 IX 2000 r.]

Od: Glabinski
Do: Włodzimierz Amerski; Franciszek Potulski; Jerzy Zakrzewski
Temat: wykorzystanie Internetu
Data: 30 września 2000 14:00

W środowisku SLD obserwuję wyraźne lekceważenie Internetu. Np. spośród znanych mi periodyków tej orientacji ("Trybuna", "Dziś", "Myśl socjaldemokratyczna", "Nie") tylko ten ostatni tygodnik korzysta z poczty internetowej. Pozostałe nie posiadają, a przynajmniej nie podają w stopce redakcyjnej adresu e-mail, co nb. w chwili obecnej kwalifikuje te czasopisma do muzeum osobliwości[1]. Podobnie zdumiewa mnie fakt, że ze znanych mi posłów na sejm z gdańskiego SLD jedynie pan Franciszek Potulski wykorzystuje Internet jako narzędzie do komunikowania się z wyborcami, pozostali zaś, mam wrażenie, że nawet nie zaglądają do swoich skrzynek, które utrzymuje dla nich administracja sejmowa.
    Nieco lepiej sprawa przedstawia się w przypadku prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który - w moim pojęciu - do wspomnianego na wstępie "środowiska SLD" należy. Mamy więc witrynę www.kwasniewski.pl z przyzwoitym zasobem informacji[2], jednak bez skrzynki e-mail (!??). Dodatkowo adres witryny jest bez mała utajniony: zapamiętałem go sobie z jakiegoś billboard'u (tak chyba należy pisać ten neologizm?), który dość szybko zniknął, nie ma go natomiast w innych materiałach promujących kandydaturę pana Aleksandra na prezydenta (ulotki, druk pt. "Deklaracja Aleksandra Kwaśniewskiego", czy książka pt. "Dom wszystkich Polaków") i gdyby nie wspomniane przypadkowe zainteresowanie niewielkim napisem na ogromnej tablicy, nic bym o witrynie nie wiedział.
    Obawiam się, że wspomniane lekceważenie Internetu wynika z błędnego przeświadczenia, iż jest on jedynie domeną biznesu, amatorów podniecających zdjęć i hobbystów komputerowych. W rzeczywistości zwiększa się ilość osób wykorzystujących sieć jako źródło najszerzej pojętej informacji. Na swoim przykładzie przekonuję się, że kto raz spróbuje posługiwać się komputerem, ten pozostanie na zawsze entuzjastą wykorzystania tego urządzenia jako czytnika, maszyny do pisania i środka przekazywania informacji[3]. Wystarczy zresztą przejrzeć treść witryn uczelni, instytucji, bibliotek sieciowych, stowarzyszeń itp.[4], by przekonać się, że nasz sceptycyzm względem Internetu jest niechlubnym wyjątkiem. Stan ten należy zmienić przez:
    1) szersze wykorzystanie Internetu do komunikacji z członkami,
    2) przez rozpropagowanie wśród członków posługiwanie się siecią.
ad (1) uważam, że nasza partia winna wykorzystać Internet głównie do przekazywania informacji od kierownictwa do członków. W przeciwnym kierunku postulaty, uwagi itp. winni członkowie raczej zgłaszać na zebraniu koła i dopiero po zaaprobowaniu przez gremium nastąpi przesłanie odpowiedniej uchwały do wyższej instancji. Ograniczenie to wynika m. in. po prostu z faktu, że (zwłaszcza na poziomie kierownictwa krajowego) niewielka ilość osób nie jest w stanie przetrawić korespondencji napływającej od - przecież bardzo licznych - dołów. Wspomniany przepływ informacji w kierunku "z góry na dół", może się odbywać częściowo pocztą elektroniczną wysyłaną do prenumeratorów biuletynu wirtualnego (koniecznie należy takowy założyć!), oraz przez wiadomości ogłaszane na stronie internetowej.
Należy przy tym podawać:
    a) informacje o ważniejszych czynnościach władz partyjnych,
    b) omówienie z p-ktu widzenia kierownictwa partii ważniejszych wydarzeń,
    c) informację o podstawowych faktach dotyczących zagadnień absorbujących aktualnie opinię publiczną (tzw. "tematy gorące"),
    d) inne informacje typowe dla upowszechniania wiedzy o przedmiocie witryny i reklamowania go.
Dokładniej, o co mi chodzi w powyższym punktowaniu wyjaśniam na przykładach:
    ad (a) - od kilku miesięcy daremnie na zebraniach swojego koła dobijam się o wiadomości o przebiegu i uchwałach grudniowego Zjazdu partii. Ostatecznie po pół roku oczekiwania otrzymałem egzemplarz uchwalonego przez Zjazd statutu, natomiast co z programem i zwłaszcza, jak przebiegała dyskusja nad tymi dwoma tematami nic nie wiem, podobnie jak ogromna większość pozostałych członków partii. A przecież, gdyby umieścić w Internecie skrót sprawozdania, lub - w ostateczności - odpowiednią wskazówkę bibliograficzną, sprawa byłaby załatwiona natychmiast i bez wspomnianych braków. Podobnie przedstawia się sytuacja z wiadomościami o przygotowywaniu się kierownictwa do działań koniecznych w wypadku uzyskania większości sejmowej po przyszłorocznych wyborach. Bardzo ubogą informację dotyczącą tego tematu podał na jednym z zebrań koła przewodniczący na podstawie notatek wykonanych na zebraniu w okręgu, gdzie ktoś, też na podstawie jakiś swoich notatek itd. - można sobie wyobrazić nie tylko opóźnienie, ale i zniekształcenia wynikające z takiego przekazu!
    ad (b) - w dwu pierwszych tygodniach istnienia obecnego rządu został przez wymianę wszystkich wojewodów zainicjowany proces obsadzania stanowisk "swoimi" ludźmi bez oglądania się na kwalifikacje. To zgubne dla kraju działanie odbywa się w dalszym ciągu. Informacje na ten temat, które przeciętny obywatel uzyskuje z prasy są niewystarczające. Paradoksalnie, najbardziej rzeczowe dane otrzymujemy z "NIE", które opisuje wybrane przykłady wymieniając względnie szczegółowo takie istotne dane jak kwalifikacje osób: usuniętej ze stanowiska i nowomianowanej, powiązania, opinie środowiska i inne okoliczności. Niestety, tygodnik Urbana jest z założenia pismem satyrycznym, relacje są więc odpowiednio ubarwione i zredagowane, co zmniejsza ich przejrzystość, a doniesienia nie pretendują do kompletności. Z kolei inne pisma, jak np. "Polityka", czy "Dziś" na ogół opisując zjawisko traktują je jako znane czytelnikowi i szczegółowe dane w treści artykułu dorzucane są jedynie w formie haseł, czy nazwisk, które mają na celu odświeżenie w pamięci odbiorcy wiadomości na ten temat. Ponadto poszczególne wydarzenia w prasie są oczywiście przedstawiane jako oderwane epizody, gdy w rzeczywistości wspomniany proces stanowi jedną całość o kolosalnym znaczeniu dla państwa. Otóż moim zdaniem obowiązkiem SLD wobec własnych członków i całego społeczeństwa jest udostępnienie usystematyzowanej, rzeczowej wiedzy na ten temat. Wykorzystanie do tego Internetu jest tym bardziej celowe, że umożliwia ono ciągłe aktualizowanie danych, w szczególności danych bibliograficznych (ważniejszych artykułów w czasopismach). Oczywiście, należy zdawać sobie sprawę, że przedstawienie pełnego i profesjonalnie opracowanego ujęcia tematu, jest w naszych warunkach (bez pełnego dostępu do dokumentacji administracji państwowej i bez środków na opłacenie pracowników oddelegowanych do tej czynności) niemożliwe, niemniej zebranie i udostępnienie materiałów umożliwiających zdobycie przyzwoitego minimum zasobu wiadomości, pozwalającego powszechnemu odbiorcy na sensowny udział w dyskusjach, jest realne. Podobnie odczuwam brak informacji dotyczących np. prywatyzacji przedsiębiorstw, reformy edukacji itp. Zarazem jednak, trzeba stwierdzić, że dla wielu tematów (np. proces zjednoczenia z UE) wystarczy jedynie wskazanie literatury, czy adresów witryn, gdzie można zdobyć potrzebne wiadomości.
    ad (c) - w obecnym czasie, przy trwającej od lat nieustannej kampanii propagandowej mającej na celu zniszczenie polskiej lewicy, chodzi tu o dane dotyczące zarzutów przeciwko niej skierowanym. I tak np. od pięciu lat wikłany wielokrotnie w dysputę na temat wykształcenia prezydenta Kwaśniewskiego, mimo wielokrotnych usiłowań zdobycia potrzebnych informacji, dopiero przed kilku dniami dowiedziałem się przypadkowo i z niepewnego źródła, że stwierdzenie posiadania wyższego wykształcenia prezydent wydał nie w toku agitacji, lecz przy rutynowym wypełnianiu formularza obowiązującego każdego z kandydatów. Z kolei, kto i skąd wydobył, że jakoby prezydent twierdził, iż posiada tytuł magistra, do dziś dnia dowiedzieć się nie mogę, ale nie mam też danych, że cała sprawa polega na zmyśleniu. Inny przykład to przebrzmiała już obecnie sprawa odpowiedzi na pytanie o antysemityzm w Polsce zadane podczas wizyty w Izraelu. Znowu dopiero po kilkudniowych staraniach udało mi się uzyskać tekst wypowiedzi prezydenta (z Naszego Dziennika, sic!) jednak bez kontekstu (np nie znam w dalszym ciągu treści pytania, na które odpowiadał i nie wiem, czy treść kwestii była oderwana od wcześniej poruszanych spraw, czy w jakiejś mierze miała tu miejsce kontynuacja uprzednio poruszonego wątku). Sądzę, że te dwa przykłady wyjaśniają należycie, o co mi chodzi.
    Tradycyjnie rolę przekazywania wiadomości wg (a), (b) i (c) spełniał biuletyn, jednak wykorzystanie w tym wypadku sieci komputerowej jest tańsze i sprawniejsze pod każdym względem z wyjątkiem tego, że tekst z witryny może skopiować każdy, rozprowadzenie zaś gazetki można próbować ograniczyć tak, by nie docierała do obcych.
    ad (d) - nie wymaga wyjaśnień.
    ad (2) - oczywistą jest rzeczą, że podejmowanie działań, które przyniosą korzyść tylko niektórym członkom, jest bez sensu. Nie wiem, jak wielu członków LSD może korzystać z komputera, a liczba tych, którzy posiadając tę możliwość w pełni ją wykorzystują, jest zapewne znacznie mniejsza. Jednak pewnym jest, że przy burzliwym upowszechnianiu się wykorzystania zdobyczy elektronicznej techniki informatycznej, jeśli nie w tej chwili, to w najbliższej przyszłości również wśród członków i sympatyków SLD przekazywanie wiadomości przy użyciu komputera stanie się normą niezależnie od naszych działań i planów. Należy więc wyjść na przeciw naturalnemu biegowi rzeczy tym bardziej, że przedsiębrane działania nie wykluczają ani nie upośledzają dotychczasowych form przekazu. Należy więc przy każdej okazji podawać do wiadomości adresy witryn i skrzynek poczty elektronicznej zarówno partii, jak posłów i ew. innych, propagując korzystanie ze wskazanych kontaktów. Dalej - zachęcać członków posiadających komputer do udostępniania go innym czy to bezpośrednio, czy chociaż przez ustne relacjonowanie odczytanych informacji i wysyłanie listów zredagowanych przez zaprzyjaźnionych członków (którzy nie posiadają modemu lub w ogóle nie mają komputera). Wreszcie dążyć do tego, by każde koło posiadało komputer i, jeśli nie dysponuje lokalem, gdzie możliwe jest dojście dla kilku osób, umieściło go w mieszkaniu np. sekretarza.
    Tu od razu wyjaśniam, że nabycie zestawu komputerowego do wykorzystania jako czytnik i maszyna do pisania (pamięć operacyjna 4 MB, dysk twardy 40MB, zegar 24 MHz, monitor monochromatyczny i oprogramowanie Windows 3.1 + Word for Windows 6.0) na giełdzie komputerowej w Gdańsku kosztuje obecnie 350 zł, a zdarza się uzyskanie takiego sprzętu za darmo od przedsiębiorstw modernizujących wyposażenie. Operator takiego komputera oczywiście nie ma możności połączyć się z Internetem bezpośrednio. Nie stanowi to jednak - przynajmniej dla mieszkańców większych aglomeracji miejskich - problemu, gdyż można wybrane teksty ściągnąć z Internetu i zapisać na dyskietce w "kawiarence Internetowej", a następnie odczytać je u siebie w domu na swoim prymitywnym sprzęcie (podaję to na podstawie własnego doświadczenia). Dalsze przekazanie wiadomości, czy to przez zreferowanie ogółowi członków na zebraniu, czy udostępnienie komputera, lub skopiowanie na dyskietki właścicieli prywatnych komputerów jest kwestią organizacji i inicjatywy członków koła.
    Wyjaśnienia:
[1] W przypadku "Dziś" brak własnej skrzynki poczty elektronicznej jest faktem potwierdzonym w rozmowie telefonicznej, w której jakaś pani z redakcji dodatkowo opisała trudności sprawiające, że ten ceniony przeze mnie miesięcznik nie korzysta z tak wygodnej formy kontaktu z czytelnikami. Chodzi mianowicie - jak zrozumiałem - o niesprawność łącza telekomunikacyjnego doprowadzonego do lokalu redakcji. Jest to tłumaczenie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że pocztę doskonale można nadawać i odbierać z mieszkania czy z najbliższej cyberkafejki (ten drugi sposób sam praktykowałem do momentu, gdy udało mi się uciułać pieniądze na kupno komputera z modemem i "Windows 98"), co zresztą opisałem wyżej w p-kcie "ad (2)". [powrót]
[2] poza wspomnianym a niezrozumiałym brakiem adresu e-mail (brak ten sugeruje lekceważenie wyborców i ich opinii) spostrzegam następujące niedostatki witryny:
    - brak informacji dotyczących wciąż ponawianych zarzutów "o magistra" i "mieszkania dla młodych", co nieco dokładniej wyjaśniałem w p-kcie "ad (c)" wyżej,
    - w komentarzu do "incydentu w Kaliszu" brak istotnych szczegółów - np o tym, iż wydarzenie miało miejsce 3 lata temu,
    - brak treści książki "Dom wszystkich Polska". Książka ta rozprowadzona została darmowo, więc chyba nie chodziło tu o obawę o utratę zysku z prawa autorskiego? Zresztą nawet, jeżeli Autor przewiduje następne wydania do sprzedaży, nie ma pewności, iż ew. czytelnicy poprzestaną na skopiowaniu nie pragnąc posiadania egzemplarza "in folio". Bardzo wielu, (szczególnie dotyczy to bibliofilów) opublikowanie książki w Internecie odbiera jako zachętę do kupienia jej! Natomiast udostępnienie jej w postaci pliku komputerowego wpłynęłoby z pewnością dodatnio na upowszechnienie myśli zawartych w tej publikacji, o co przecież - zwłaszcza w tej chwili - chodzi.
[powrót]
[3] - np. o ile nie da się czytać powieści z monitora leżąc w łóżku, siedząc w wannie, czy na klopie, a szum wentylatora w komputerze nieco męczy, to możność zmiany wielkości liter, jasności ekranu, wykonywania notatek podczas czytania, możność w osobnym oknie korzystania z przypisów itp. itd. sprawiają, że stanowczo wolę lekturę z ekranu niż z papieru.[powrót]
[4] godne uwagi są doświadczenia witryn Kościoła katolickiego "Mateusz", "KAI", "Jezuici". Natomiast jako fatalnie nieudany wydaje mi się pomysł "Polityki" publikowania w całości i chyba bez selekcji wszystkich przysłanych e-mailem wypocin domorosłych publicystów. [powrót]

Powrót na str. główną



UWAGI DO PROJEKTU STATUTU SLD. [23 II 2001 r.]

Proponuję następujące zmiany w statucie [sformułowanie błędne, powinno być: w przedstawionym do dyskusji projekcie statutu] SLD:

1.
Artykuł 8 p. 2 Członek partii ma prawo:
c) uzyskiwać informacje o działalności partii, jej kół oraz jej przedstawicieli w organach władzy publicznej należy uzupełnić przez dodanie prawa do:
uzyskiwania informacji o działalności członków będących jego przedstawicielami we władzach partyjnych różnych szczebli

2.
Artykuł 9 należy uzupełnić dodając, że członek wybrany do władz partii, obowiązany jest informować o swej działalności tych członków, których z wyboru jest reprezentantem, oraz tłumaczyć się wobec nich z podejmowanych w ich imieniu decyzji - przynajmniej w przypadkach, gdy decyzja te są kwestionowane.

3.
Członek partii jest obowiązany poczuwać się do odpowiedzialności za wybranych przez niego przedstawicieli, uzyskiwać informacje o ich działalności i wymagać od nich potrzebnych wyjaśnień.

4.
W artykule 10 dodać zawieszenie w prawach członka przez Zarząd Koła osoby, która bez usprawiedliwienia w przeciągu 12 miesięcy nie udziela się w działaniach SLD (nieobecność na zebraniach, nie płacenie składek członkowskich i nie podejmowanie innych działań akceptowanych przez SLD).

Uzasadnienie proponowanych zmian:

Wydaje się, że podstawową przyczyną niedostatków demokracji pośredniej (opartej na przedstawicielstwie) jest niedostateczny przepływ informacji między wyborcami i ich reprezentantami. W tym braku tkwi przyczyna nadużyć władzy z jednej i wynikająca ze zniechęcenia bierność ogółu (wyrażająca się m. in. niskim udziałem w wyborach) z drugiej. Dotyczy to zarówno demokracji w zarządzaniu państwem, jak i w partii. SLD, aby uniknąć stoczenia się na poziom, na którym mogłaby być porównywana przez wyborców z AWS-em, winna zwrócić większą uwagę na wytworzenie, między gremiami przedstawicielskimi i reprezentowanymi przez nie członkami, silnej więzi opartej na wymianie informacji i kontroli poczynań. Jest to podstawowy warunek dla zapobieżenia tworzeniu koterii i wykorzystywaniu stanowisk do celów prywatnych (co obecnie zatruwa atmosferę w kraju).

Właśnie w dotychczasowym moim doświadczeniu członkostwa SLD podstawowym odczuwanym brakiem jest niedostatek informacji o działaniu osób reprezentujących mnie z wyboru na różnych szczeblach zarządzania SLD. Np. do dziś dnia, nie mogę uzyskać wiadomości o udziale w Zjeździe miejskiej organizacji partyjnej osób, które wybierałem jako moich przedstawicieli. Tym bardziej nic mi nie wiadomo o osobach, które mnie reprezentowały (wybrane pośrednio, ale przecież w moim imieniu) na zjazdach wyższych szczebli. Zarazem obserwuję niepokojące zjawisko bierności ogółu członków, którzy godzą się z tym, że reprezentanci znajdują się praktycznie poza kontrolą swoich wyborców, a ci z kolei nie poczuwają się do odpowiedzialności za podjęte w ich imieniu decyzje. Wspomniana bierność cechuje zresztą całe nasze społeczeństwo, czego przejawem jest m. in. nikłe zainteresowanie wyborami - szczególnie samorządowymi.

Demokracja, mimo formalnie odbywających się wyborów, nie może funkcjonować należycie jeżeli zarówno wyborcy jak i wybierani nie będą mieli świadomości tego, że reprezentant nie jest charyzmatycznym przywódcą, który wie lepiej niż inni, co jest dobre, a co złe, lecz ma obowiązek działać zgodnie z intencjami tych, którzy jemu powierzyli mandat przedstawiciela. Jeszcze raz podkreślam, że podstawowym warunkiem funkcjonowania demokracji pośredniej (obojętne czy chodzi o tzw. demokrację wewnątrzpartyjną, czy inną) jest uznanie przez uczestników tego systemu zasady, iż przedstawiciel obowiązany jest w miarę możności realizować zamierzenia swoich wyborców, nawet jeśli to wymaga z jego strony rezygnacji z własnych preferencji. Obecny kryzys demokracji na świecie a zwłaszcza w Polsce powstał głównie stąd, że z jednej strony nie spełniają tego warunku wybrani funkcjonariusze systemu (w Polsce w szczególności dotyczy to prawicy), z drugiej zaś wyborcy stracili przekonanie o realności takiego wymagania. Ogół ludzi przyjmuje postawę bierną i nawet nie widać przykładów podjęcia usiłowań egzekwowania swych praw. Dowodzą tego zarówno nikła frekwencja na spotkaniach z ludnością organizowanych przez posłów i radnych, jak i zupełny brak zainteresowania działaniami reprezentantów na zjeździe widoczny np. w moim kole. W tym drugim przypadku charakterystycznym jest, że w momencie wyboru nie wymagano od kandydatów żadnych deklaracji, programu, czy wyjaśnienia w innej formie, co kandydat zamierza robić na zjeździe.

Te dwa zjawiska: lekceważenie wyborców przez delegatów, oraz bierność tych pierwszych mają szereg przyczyn, z których najważniejsze, chciałbym omówić:

Przekonanie przedstawiciela, iż został wybrany dlatego, że wyborcy uważają go za mądrzejszego od nich samych i mandat upoważnia go do wszelkich poczynań, które on sam uważa za słuszne bez zadawania sobie pytania "co o tym sądzą moi wyborcy?" powstaje i ugruntowuje się w wyniku:
a) braku ze strony wyborców wymagania od kandydata programu działań przedstawionego w momencie wyboru,
b) braku ze strony wyborców wymagania od wybranego przedstawiciela informacji o działaniach podjętych w ich imieniu.
c) błędnego wyobrażenia wyborców o przedstawicielstwie demokratycznym, pojmowanym często jako realizowanie szczegółowych postulatów poszczególnych członków grupy reprezentowanej. Przykładem takiego stanowiska jest domaganie się na spotkaniu z radnym naprawy dziury w chodniku przy domu zainteresowanego. (Prawidłowo postawionym problemem byłoby, czy radny troszczy się o to, by na obszarze jego działania odpowiednie służby dbały o stan chodników, z traktowaniem konkretnej dziury jedynie jako przykładu.)
d) dodatkowym czynnikiem powodującym osłabienie poczucia wzajemnej więzi między wyborcą a reprezentantem jest ustanawianie reprezentacji grupowej: gdy na przykład ustalimy, że koło liczące 80 członków winno na zjeździe mieć reprezentację 16-osobową, wybór delegatów można przeprowadzić dwoma sposobami. Można ustalić, że - jak to praktycznie w takiej sytuacji ma z reguły miejsce - każdy z członków głosuje wybierając 16 delegatów, lub można podzielić gremium na 5-osobowe grupy, z których każda wybiera jednego delegata. Otóż w tym pierwszym przykładzie zachowanie ścisłej więzi między wyborcą a delegatem jest praktycznie niemożliwe, a dodatkowo powstaje niebezpieczeństwo całkowitego wyeliminowania z reprezentacji przedstawicieli opcji mniejszościowej, co (ze względów nie dotyczących tematu nin. rozważań) jest jawnym naruszeniem zasad demokracji. W drugim przypadku uświadomienie, kto jest czyim delegatem, nie może budzić żadnych wątpliwości.

Te same czynniki, które wymieniłem jako a, b, c i d powodują zjawisko, które nazwałem biernością wyborców. Do nich dochodzą: brak umiejętności uczestniczenia w zgromadzeniu polegającej głównie na podporządkowaniu własnych odruchów i emocji woli gremium, oraz brak świadomości tego, że wyborca ponosi odpowiedzialność za delegata. Postawa wyborców winna z jednej strony utwierdzać reprezentanta w przekonaniu, że w swoich działaniach nie jest osamotniony, z drugiej stale na nowo uświadamiać mu, że wymaga się od niego działania w imię dobra wspólnego i że w każdej chwili jest obowiązany takie właśnie ukierunkowanie swego postępowania uzasadnić.

Tu trzeba dodać zastrzeżenie, że o ile wymagania względem delegatów wydają się łatwe do sformułowania, to pobudzenie aktywności wyborców jest zadaniem trudniejszym. Konieczne jest działanie w celu przezwyciężenia naturalnej bierności tak łatwo powstającej w grupach, gdzie każdy ma skłonność do oglądania się na innych. Stąd proponowany zapis w statucie oznaczony 3.

Propozycji oznaczonej 4. nie komentuję.

Powrót na str. główną