Powrót na str. główną




DLACZEGO JESTEM CHRZEŚCIJANINEM - KATOLIKIEM [V 2013 r.]

Twierdzę o sobie, iż wierzę w istnienie Boga zgodnie z tym, czego naucza Kościół zjednoczony przez prymat następcy św. Piotra, którym jest biskup Rzymu - papież. Łatwo to zdanie jest wypowiedzieć, natomiast zastanowienie się nad nim, nad znaczeniem słowa "wierzę", nad innymi zawartymi tam słowami i nad tym, jakie konsekwencje z niego wynikające winienem podejmować, narzucają szereg pytań, zmuszają do przemyśleń. Szczególnie ważną wydaje się potrzeba wyjaśnienia dlaczego tak jest, jak twierdzę?

Tak postawione pytanie można rozumieć dwojako: albo iż chodzi o przyczynę, która spowodowała, że tak począł się kształtować mój światopogląd, albo o racje rozumowe, które obecnie utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Jeśli chodzi o ten pierwszy sens, odpowiedź jest prosta. Początek mojej religijności jest naturalną konsekwencją urodzenia się i wychowania w rodzinie katolickiej. Rozumowe uzasadnienie na tym etapie w ogóle nie wchodziło w grę, gdyż biologicznie uwarunkowanie skłania dziecko do bezkrytycznego przyjmowania wszystkiego, co przekazują rodzice. Dopiero w miarę dorastania i uświadamiania sobie złożoności wspomnianego na wstępie zdania, pojawiają się wątpliwości, konieczność wyjaśnienia sobie dlaczego? oraz szukania dowodów potwierdzających lub narzucających konieczność rewizji. Jest to oczywiście proces wieloetapowy. Również nie mam wątpliwości co do tego, że w szukaniu odpowiedzi na pytanie, "dlaczego wierzę tak, jak o tym twierdzę?" nie ma potrzeby opisywania całego procesu ewolucji poglądów, którego przecież dokładnie nie pamiętam. Winienem sobie po prostu wyjaśnić to, co w tej sprawie sądzę obecnie.

Otóż za fundament całego rozumowania uważam nierozstrzygalną na gruncie nauki kwestię o to, czy materia (czyli "coś" w odróżnieniu od niewyobrażalnego "nic") istnieje (przyjmuję, że intuicyjnie pojmowany sens tego słowa jest wystarczający wobec braku sensownej jego definicji) przypadkowo, czy jest w tym jakiś cel? Tu nie mam wątpliwości, że ewolucja świata materialnego powodująca powstanie istot odczuwających piękno, miłość, potrzebę pytania o sens swego istnienia, oraz wytwarzająca w swoim materialnym umyśle inne jeszcze trudniejsze do opisania "produkty", krótko mówiąc istot posiadających świadomość i zdolnych do przeżyć mistycznych, jest zaprogramowana. Zarazem jest dla mnie zrozumiałe, że podobnie, wyobraźnia innego człowieka może traktować materię jako istniejącą bez przyczyny, a w ciągłym procesie przemian takich jak np. Wielkie BUM! czarne dziury, światy równoległe, lub jeszcze innym sposobem. W każdym bądź razie dowodu na słuszność swojego wyobrażenia ani ja, ani on nie posiadamy. Każdy z nas może jedynie w zgromadzonej przez ludzkość wiedzy dopatrywać się elementów bardziej lub mniej zgodnych z przyjętym poglądem.

Przyjęcie celowości narzuca istnienie jej źródła, które nazwać można Inteligencją Kosmiczną, Brahmanem, Allachem, a ja wraz z innymi chrześcijanami nazywam Bogiem. W każdym bądź razie wydaje się, że niezależnie od imienia, koniecznym jest przyjęcie, iż mamy do czynienia z czymś, co wielokrotnie (teologia chrześcijańska twierdzi, że nieskończenie) jest doskonalszym bytem niż wspomniana wyżej materia, a szczególnie przewyższa możliwości człowieka pod każdym względem. Z tego drugiego warunku wynika wniosek, że wszystko, co dotyczy Boga, nie da się opisać i zrozumieć z zachowaniem reguł naszej ludzkiej logiki ograniczonej możliwościami mózgu. Analogię możemy wskazać rozpatrując psa, który swoją logiką nie jest w stanie ogarnąć postępowania człowieka. Pies może pojąć związek przyczynowy między naciśnięciem guzika i pojawieniem się światła, lecz nie jest w stanie pojąć stanowiącego istotę zjawiska wytworzenia prądu w elektrowni i przesłania go przewodami. A przecież założona w doktrynie chrześcijańskiej różnica między Bogiem a człowiekiem jest większa niż między możliwościami systemu nerwowego człowieka i nie psa, lecz nawet dżdżownicy!

Pozostając na etapie ustalania podstaw swojego światopoglądu, odrzucam więc jako niemożliwe wyobrażenie Boga, który stwarzając świat i w nim człowieka kieruje się czym innym niż objawiona w Biblii miłość. Widoczna przy pogłębionej refleksji zgodność z przedstawionymi w pismach proroków Starego Testamentu, a tym bardziej w Ewangelii miłością, uznaniem wolności, tolerancją wobec błędów, jest moim zdaniem uderzająca, a tragizm niektórych wątków czy opisy wręcz przerażająco okrutnych sądów i czynów po prostu stawiają przed oczy czytelnikowi, jak niezmienne były i są odruchy ludzkie. Przekleństwa rzucane przez proroków, twardy sąd o kapłanach i faryzeuszach karzą nam spojrzeć ostro na nas samych i na Kościół, którego częścią jesteśmy, rozważyć naszą tożsamość z poprzedzającymi nas, jakże podobnymi do nas w swej ułomności, czcicielami Boga i tym bardziej uświadomić sobie trudną do pojęcia, jakże inną od naszych wyobrażeń, miłość Boga do człowieka. Czy to, co przedstawiam tu jako oczywistość zawartą w Pismach można dostrzec bez jednoczesnego, obfitującego w chwile zwątpienia i refleksji, rozwoju przeżywania wiary, modlitwy i komunii? Nie wiem. U mnie to postępowało, postępuje i nadal - mam nadzieję - będzie stawać się stopniowo, równolegle, we wzajemnej zależności.

Tyle mogę powiedzieć o kwestiach, które stanowią podstawę światopoglądu. Zarazem przypominam, że - na podobieństwo aksjomatów w matematyce - nie są to twierdzenia falsyfikowalne czyli możliwe zarówno do udowodnienia jak i do zaprzeczenia na gruncie posiadanej przez ludzkość wiedzy. Jeżeli ktoś twierdzi, że istnienie materii ma jakąś przyczynę, za podstawę ma tylko swoje odczucie, a podobnie i ten, który jest przekonany o tym, iż świat istnieje bez celu, przypadkowo. Z kolei, wśród tych, którzy widzą w przyrodzie celowość, jedni, polegając jedynie na swej wyobraźni nie dopatrują się w Źródle owej celowości jakiegokolwiek podobieństwa do odczuwającego człowieka (np. zatopiony w Nirwanie Brahman), drudzy zaś, tak jak ja nie mogą sobie wyobrazić Boga nie będącego doskonałym wzorem miłości, dobra, mądrości i sprawiedliwości, które to wyobrażenie największą zgodność wykazuje z doktryną chrześcijańską, szczególnie rzymsko-katolicką.

Intuicyjnie więc uzyskałem więc dwa podstawowe stwierdzenia dające ukształtowany obraz kochającego Boga. Dalsze szczegóły swojego światopoglądu uzupełniam na podstawie ścisłego badania, logicznie wnioskując z powoływaniem się na zdarzenia i dokumenty. Pamiętajmy jednak przy tym, że to, co nazywamy udokumentowaną, naukową wiedzą, jest obarczone niepewnością. Najbardziej podstawowe twierdzenia legitymują się jedynie wysokim, zbliżonym do pewności prawdopodobieństwem. Nikt rozsądny nie twierdzi, że którekolwiek ze sprawdzonych niezliczoną ilość razy prawo zachowania energii, nieprzekraczalności prędkości światła, ciążenia powszechnego lub inne, w kolejnym doświadczeniu nie okażą się błędnym.

Pierwszym rezultatem takiego badania czy wnioskowania jest, że Bóg kochając swoje stworzenie dąży do zjednoczenia z nim we wzajemnej miłości, która ze strony człowieka jest uwarunkowana wolnym, świadomym wyborem i przede wszystkim jakimś minimum wiedzy o przedmiocie miłości. Musi istnieć jakiś próg poznania, poniżej którego jakiekolwiek związanie jest niemożliwe. Nie można kochać kogoś, czy czegoś, o kim (o czym) nie wiemy nic. Sądzę więc, że istnieje minimum wiedzy o Bogu warunkujące ten związek, który wg mojego, przedstawionego wyżej wyobrażenia stanowi sens istnienia świata. Zarazem miłość Boga narzuca potrzebę miłości Jego wszystkich dzieł, w tym szczególnie miłowania innych ludzi. Trzeci wniosek jest ten, że odnoszeniu się człowieka do Stwórcy należy nadać wyrażającą ten stosunek formę, co razem uzasadnia potrzebę istnienia związku religijnego.

Jak wynika z powyższego rozumowania, religia jest potrzebna nie Bogu, lecz człowiekowi, a jej konkretny kształt może być zależny od indywidualnych uzdolnień, uformowanych przez wydarzenia przyzwyczajeń i od nabytej mądrości. Ponieważ zaś przedstawienie ze wszystkimi szczegółami dowodzenia, iż moim właściwym środowiskiem wiary jest Kościół rzymsko-katolicki wymagałoby obszernego i nużącego objaśniania, poprzestanę na kilku epizodach dotyczących tego tematu.

Przede wszystkim jednak powstaje pytanie, czy wspomniana jako pasująca do moich założeń, oparta na Biblii doktryna chrześcijańska nie przeczy rzeczywistości, oraz czy jest wewnętrzne spójna, czy poszczególne jej epizody nie przeczą sobie? Przecież pobieżna lektura nasuwa takie wątpliwości, gdy zestawiamy opis stworzenia świata z księgi Genezis z danymi kosmologii, lub przykazanie miłości ze słowami Jezusa "kto nie ma w nienawiści ojca i matki, nie jest mnie godzien".

Otóż, gdy chodzi o przedstawione redukcjonistyczne traktowanie zagadnienia polegające na rozpatrywaniu poszczególnych zdań i objaśnianiu ich znaczenia, odwołam się do ogromnej ilości tekstów dotyczących egzegezy biblijnej przedstawionej rzetelnie, zgodnie z wszelkimi wymaganiami obowiązującymi w świecie nauki. Przede wszystkim jednak przemawia do mnie ogląd holistyczny. Gdy czytam Stary i Nowy Testament uzupełniając tą lekturę wiedzą dostarczoną przez historię powszechną, uderza cechująca całość jednolitość i spójność wydarzeń konsekwentnie biegnących w coraz wyraźniej widocznym kierunku. Oczywisty zarazem staje się tragizm splotu pierwiastka boskiego z niezmiennie upadającą i błądzącą naturą ludzką. Uderza zarazem ukryta w gąszczu szczegółów niezwykła logika. Czytelnik nabiera przekonania, że to właśnie tak musiało się stać, by człowiek mając rzeczywistą wolność wyboru mógł dążyć do doskonałości.

Powrót na str. główną



Czy Kościół jest królestwem ziemskim, czy jest "nie z tego świata"? [I 2003 r.]

W 49-tym numerze rocznika 2002 "Tygodnika Powszechnego" Michał Okoński przedstawił rzecz zatytułowaną "Wszyscy mruczą, nikt nie wrzaśnie". Zgodnie z objaśniającym podtytułem, jest to refleksja nad poruszonym w listopadowym "Znaku" zagadnieniem "Władzy i grzechu w Kościele". Niezależnie od spokojnego, wyważonego tonu, artykuł zawiera alarmistyczne stwierdzenie, że w Kościele dzieje się zło, co do którego nie widać żadnych starań, by zostało naprawione. Tą przekonująco przedstawioną tezę uzupełnia autor dość mgliście wyjaśnioną próbą zdefiniowania przyczyny i - być może? - wskazania sposobu naprawy.

W tej części z treścią artykułu zgodzić się nie mogę. Czytam bowiem, że źródłem zła jest „struktura”, a więc sposób w jaki zorganizowano administrowanie Kościołem, oraz przepisy określające uprawnienia i obowiązki jego członków itp. Stąd zdają się wynikać wnioski co do środków zaradczych ograniczone do zmian prawa kanonicznego i podobnych. Np. podany w artykule przykład niewłaściwej sytuacji prowokuje złośliwą uwagę, że pewnie trzeba wprowadzić przepis zabraniający biskupowi posiadania więcej niż jednego samochodu. Nie tędy droga!

Chcąc odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się zło w Kościele? należy odłożyć na bok zagadnienia dotyczące porządku ziemskiego, a więc to co dotyczy administracji, przepisów, władzy, a uświadomić sobie fakt, że Kościół został założony przez Boga, który polecił apostołom - a w ich osobie Kościołowi - konkretne zadanie: nauczanie wszystkich ludzi tego co On nam przekazał[1]. Jeśli więc ewangelia nie kłamie, jeśli Kościół rzeczywiście jest realizacją królestwa nie będącego "z tego świata", wniosek jest jeden: źródłem zła w Kościele może być tylko: po pierwsze - zaniedbanie w głoszeniu pełnej, bez przemilczeń prawdy objawionej, po drugie - przekroczenie tego, by w Kościele i w jego imieniu głosić wyłącznie to, co nie wykracza poza wspomniane polecenie Chrystusa.[2]

Jest przy tym oczywiste, że odpowiedzialność za wypełnianie obowiązków nie jest w Kościele równomiernie rozłożona na wszystkich jego członków: biskupi są odpowiedzialni za podległych sobie wiernych, których przecież mają pouczać, a szczególne zadanie "paś owce i baranki" dotyczy następcy św. Piotra. Tak więc jeżeli powstaje zaniedbanie, to mimo, iż na niższych stopniach hierarchii kościelnej (do laikatu włącznie) zakres odstępstwa może być rażąco większy, źródło zła należy widzieć przede wszystkim na górze zwłaszcza, gdy miał miejsce brak reakcji pasterskiej na widoczne błędy i ich praktyczne skutki.

Jak należy - moim zdaniem - ocenić sytuację w Kościele przy tak przyjętym punkcie widzenia? Otóż w pierwszym rzędzie należy wspomnieć - co stanowi chlubę Kościoła - wierne przechowanie tekstu Pisma Świętego a w szczególności Nowego Testamentu. Gorzej przedstawia się głoszenie tych nauk. Np. zwłaszcza przez szereg stuleci obowiązywał kanoniczny zakaz rozpowszechniania oryginalnego tekstu, a czytanie a nawet posiadanie biblii przez osoby świeckie było objęte ekskomuniką i wynikającymi z niej karami o charakterze doczesnym. Na szczęście to już jest przeszłość, a przez cały czas podstawowy wątek ewangelii - miłość, miłosierdzie - był z należytą mocą nauczany i - na miarę niedoskonałości natury ludzkiej - praktykowany. Jednakże, gdy chodzi o pozostałe składniki Pisma, widoczna jest daleko posunięta wybiórczość, zastosowanie własnego osądu, co jest ważne, a co mniej istotne. I w tym momencie muszę przejść do negatywów.

Wspomniana wybiórczość w nauczaniu ewangelii szczególnie dotyczy problemu "faryzeizmu"[3], który praktycznie nie występuje ani w homiletyce, ani w piśmiennictwie katolickim mimo, iż w ewangelii - jeśli chodzi o ilość poświęconego mu miejsca - następuje on zaraz po wspomnianym miłosierdziu, a w dodatku objęty jest wyraźnym nakazem "strzeżcie się kwasu faryzeuszów". Brak ten daje się zauważyć szczególnie w porównaniu ze słabiej, jak sądzę, w ewangelii eksponowanym problemem bóstwa Chrystusa będącym ulubionym tematem homiletyków, teologów, wykładowców seminaryjnych i publicystów. Oczywiście rozważanie tajemnicy osoby Jezusa z Nazaretu jest bardzo pożyteczne, ale tak radykalne odwrócenie proporcji w stosunku do tego, co nam przekazał On sam, niepokoi - tym bardziej, że faryzeusze, oraz wymieniani wspólnie z nimi uczeni w piśmie, kapłani i starsi ludu wykazują wiele cech charakterystycznych dla współczesnych gorliwych chrześcijan. Wspomniany kontrast pominięcia jednego i eksponowania innego jest jeszcze wyraźniejszy, gdy weźmiemy pod uwagę problem dziewictwa Maryi, w nauczaniu Jezusa w ogóle pominięty, a w opisach ewangelistów ledwie zaznaczony.

Podobnych, choć mniej rażących przykładów wybiórczego traktowania wątków ewangelii, pomijania fragmentów zmuszających do niewygodnego rachunku sumienia, „zapominania" w szczególnych momentach o tym, że przeżywana sytuacja ma wyraźne odniesienie w nauczaniu Chrystusa (szczególnie dotyczy to wskazania „nie sądźcie" i innych wątków z kazania na górze) widać w Kościele znacznie więcej.

Jak wspomniałem, drugą przyczyną powstawania zła w Kościele może być wprowadzanie doń działań wynikających może z najlepszych zamiarów, ale nie będących wypełnianiem wspomnianego polecenia Jezusa, co w historii Starego Testamentu ma odpowiednik w umieszczaniu w Przybytku posągów pogańskich bożków. Jako znane z historii przykłady bardzo licznych tego rodzaju aktów można wymienić choćby „Dictatus papae" Grzegorza VII, dekret papieski uwalniający od grzechu ew. zabójcę królowej Anglii Elżbiety I, czy orzeczenie przez Piusa IX zaboru Państwa Kościelnego jako sprzecznego z wolą Boga. Można wymienić jeszcze wiele podobnie wychodzących poza w. w. polecenie Chrystusa działań papieskich, a lista podobnych dokonań pomniejszych dostojników hierarchii kościelnej jest niewyobrażalnie długa. Wspólną cechą tych wszystkich aktów jest z jednej strony brak oparcia w Objawieniu, z drugiej zaś - silne przekonanie autora, że „ponieważ jestem papieżem (biskupem, kapłanem, gorliwym wyznawcą), to gdy posiadam silne przekonanie o słuszności jakiegoś sądu, sąd ten jest zgodny z wolą Boga".

Uderza zarazem fakt, że praktycznie biorąc, (szczególnie dotyczy to aktów papieskich) wszystkie te orzeczenia, zrozumiałe lub nawet oczywiste dla współczesnych, po upływie pewnego czasu okazały się pomyłką, co jednak nigdy, w żadnym przypadku nie spowodowało oficjalnego stwierdzenia ich nieaktualności. Jest to poniekąd zrozumiałe, gdyż albo trzeba by było stwierdzić, że Bóg się pomylił, albo ryzykuje się zainicjowanie dyskusji na temat, jakie są ograniczenia uprawnień orzekania w sprawach wiary i moralności papieża. Ostatecznie np. w archiwach watykańskich nagromadziło się dziesiątki czy setki a może nawet tysiące tego typu aktów, które zdezaktualizowały się (ściślej: okazały się bezsensownymi). I tak np. katolicy zamieszkali w USA winni pod grzechem odmawiać podporządkowania się władzom swego kraju, gdyż bulla papieska przyznająca Hiszpanii Amerykę nie została anulowana. Wydaje się, że mamy do czynienia z czymś podobnym do przekleństwa, które dotknęło budowniczych biblijnej wieży Babel: po prostu Bóg odbiera rozum najmądrzejszemu nawet człowiekowi w chwili gdy ten, powołany do służby Kościołowi, zdradza to powołanie i nie rezygnując z powierzonego mu stanowiska, zamiast poprzestać na wypełnianiu wspomnianego polecenia Jezusa, zaczyna realizować jakieś swoje koncepcje.

Otóż ta radosna twórczość trwa do chwili obecnej, gdyż kolejne generacje hierarchów nie zdobywają się na wyciągnięcie wniosków z 2000-letniej historii tych pomyłek. I tu należy stwierdzić, że Jan Paweł II jest na tym polu szczególnie aktywny. Właśnie działalność tego wybitnego naszego rodaka i kapłana stanowi przykład opisanego na wstępie niedopełnienia zaleceń Jezusa, polegającego na tym, że z jednej strony, w trakcie przekazywania z niezwykłą gorliwością i skutecznością treści ewangelii papież pomija zagadnienie faryzeizmu, z drugiej zaś do posługi papieskiej wprowadza wątki obce. Wyjaśniając konkretnie, omówię jeden z tych – jak to określiłem „obcych wątków” - tzw. społeczną naukę Kościoła (SNK), która – jak to postaram się wykazać – nie da się przedstawić jako nauczanie Jezusa, a zarazem jest totalnym nieporozumieniem.

Pierwsza wątpliwość, którą liczę, że ktoś postara się rozwiać, to: czy nauka społeczna Kościoła istnieje? osobiście nie jestem o tym przekonany, gdyż aczkolwiek wiele się o niej mówi, to gdy chodzi o konkrety - generalna klapa. Sprawa przypomina "prawo naturalne", które aczkolwiek ponoć istnieje, to rozstrzyganie kazusów zależy wyłącznie od fantazji przypisującego sobie w tym względzie kompetencję. I np., gdy kilka lat temu ówczesny premier Buzek oświadczył, że jego rząd wykorzystuje wskazania nsk, ani w prasie katolickiej, ani na innych forach nie spotkałem się z - choćby próbą - dyskusji nt. konkretyzacji tego stwierdzenia, nie mówiąc już o omówieniu kwestii powiązania tej enuncjacji z późniejszą klapą gospodarczą. Nie słyszałem zarazem, by oprócz ogólnikowych zachwytów nad nsk podjęto próbę krytycznego omówienia przez ekonomistę lub socjologa powiązań czy odniesień, które biorąc na zdrowy rozum winny między wskazanymi dziedzinami wiedzy a nsk istnieć. Odnoszę więc wrażenie, że wspomniani specjaliści żadnego związku dopatrzyć się nie potrafią.

Z kolei, do uzyskania wiedzy o tym, co o nsk twierdzą znawcy zagadnienia w ujęciu obowiązującym wg hierarchów kościelnych, posłużyłem się książką Theodora Herr "Wprowadzenie do katolickiej nauki społecznej" (Przeł. Agnieszka Mosurek. Wyd. WAM 1999). W wyniku tej lektury powstała masa pytań i wątpliwości które można streścić w dwu uwagach.

Po pierwsze całą treść wypełniają wskazania ogólnikowe, które, jeśli poważnie potraktować użycie słowa „nauka”, są po prostu frazesami nie dającymi nic, co można nazwać wiedzą w praktycznym tego słowa znaczeniu. Jako jedyny konkret mamy gołosłowne stwierdzenie, iż w stosunkach pracodawca-pracownik zgodnym z nauką Chrystusa porządkiem jest tylko system korporacji połączony ze spółdzielczością pracowniczą na podobieństwo udziałów wprowadzonych na przełomie XIX/XX w zakładach Zeissa. Oczywiście o tym, jakie są szanse realizacji tego, jak się to ma do wskazań i doświadczeń socjologii i ekonomii - ani słowa. Również brak wyjaśnienia, dlaczego Chrystus akceptował istnienie niewolnictwa i innych, mniej nas rażących układów realnych w Jego czasach i mających odpowiedniki w obecnie istniejącym świecie?

Drugiego rodzaju wątpliwość powstaje stąd, że aczkolwiek Kościół niby realizuje naukę Chrystusa, to w całej książce są tylko dwa (na wstępie i w zakończeniu) ogólnikowe odwołania do ewangelii. Poza tym autor powołuje się wyłącznie na cytaty z dokumentów soborów, oraz z oświadczeń papieży i to wyłącznie takich, których powiązanie z przekazem ewangelicznym jest wątpliwe.

We wspomnianej książce znalazłem też wzmianki nt. wniosków wynikających z nsK dla niektórych znanych teorii społeczno-ekonomicznych. Konkretnie wyczytałem tam kilka słów o marksizmie i "kapitalizmie". Wartość owych odniesień jest kompromitująca. Np. słowo kapitalizm ująłem w cudzysłów, gdyż - dotyczy to nie tylko omawianej książki, lecz również innych wypowiedzi m. in. JPII – w ogóle nie objaśniono, jakie tezy, założenia teoretyczne itp. hasło to ma reprezentować? czy chodzi tu o zasadę wolnej konkurencji, jako sprzecznej z miłością bliźniego, czy o wyniesienie idei wolności ponad sprawiedliwość społeczną, swobodę prokonsumpcyjnej reklamy, ogólny liberalizm polityczny? Nie wiadomo - po prostu "kapitalizm", a co to jest takiego, wymyśl sobie sam.

W odróżnieniu od kapitalizmu marksizm potraktowano w książce nieco bardziej konkretnie, za to błędnie. Mianowicie sens wszystkich znanych mi wypowiedzi znawców nsk sprowadza się do twierdzenia o sprzeczności ewangelicznego nakazu miłości bliźniego z walką klasową. Bezsens tego stwierdzenia wynika z faktu, że marksizm walki klas nie postuluje, lecz stwierdza obiektywne jej istnienie (ściślej – chodzi o antagonizm klas, który, dopiero wobec stosowania przemocy przez broniącą swych przywilejów klasę uprzywilejowaną w dezaktualizującym się systemie, przeradza się w walkę). Jak wszystkie tezy naukowe stwierdzenie to może okazać się prawdziwe, lub błędne, lecz dowodzenie, że jest ono niemoralne, ma tyle sensu, co ongisiejsze głoszenie niemoralności teorii Darwina.

Tak więc, na razie, póki mnie ktoś nie wyprowadzi z błędu, widzę przedstawioną w końcowej części tekstu społeczną naukę kościoła jako przykład zgubnego wychodzenia działalności kościelnej poza zleconą misję, a w podsumowaniu całego wywodu - zagadnienie "Władzy i grzechu w Kościele" jako związane nie z systemem prawno-administracyjnym, lecz z wypełnianiem posłannictwa.

Przypisy:

[1] Sądzę, że przedstawiony niżej zestaw nakazów i zakazów dla Kościoła wynika z całościowego spojrzenia na ewangelię (przeciwstawiony "literze" "duch" Pisma Świętego). Można jednak wskazać zdania określające nakazy bezpośrednio:
Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. [Mt28:19-20]
To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! [Lk22:19]
To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. [J15:17]
będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi. [Dz1:8]Powrót

[2] Nie ma w ewangelii zdań wyrażających skierowane do Kościoła zakazy równie bezpośrednio, jak to jest w stosunku do nakazów, natomiast Jezus wyraźnie dystansował się od jakiejkolwiek ingerencji w sprawy "tego świata" (Królestwo moje nie jest z tego świata. [J18:36]), szczególnie zaś od wskazywania zasad postępowania władz świeckich takich jak sądzenie w sprawach cywilnych (któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? [Lk12:15]) skąd wynika, że tego samego oczekuje od swoich uczniów. Podobnie należy wnioskować z Jego wypowiedzi na temat podatku (Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.[Lk20:25]),oraz postawy w sądzie nad cudzołożnicą [J8:1-12]. Przede wszystkim jednak narzuca się wniosek, że jeśli Jezus ustanowił Kościół, by ludziom przekazywał Dobrą Nowinę, sprawował Eucharystię i był ośrodkiem czynnej miłości bliźniego, to wykonywanie w Kościele czegokolwiek poza tym, co nakazał Jezus, jest równoznaczne ze służeniem dwum panom (żaden sługa nie może dwom panom służyć.[Lk16:13]), lub z bezczeszczeniem świątyni (Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców.[Mk11:17]).>Powrót

[3] Przez wątek zawarty w ewangelii nazwany „faryzeizm” rozumiem te zagadnienia, które są omawiane jako dotyczące grupy wymienianej jako: faryzeusze, arcykapłani i faryzeusze, uczeni w Piśmie i faryzeusze, arcykapłani i uczeni w Piśmie, arcykapłani i starsi z ludu. Powrót

Powrót na str. główną



RACJONALIZM CZŁOWIEKA RELIGIJNEGO [X 2001 r.]

Lucjan Ferus w wydaniu miesięcznika internetowego "Wolność i Polemika" napisał: "... nie daje mi spokoju pytanie, jak powinno wyglądać to prawidłowe myślenie (i to na dodatek u inteligentnych ludzi), które w prosty sposób prowadzi człowieka do Kościoła?", a dalej stwierdził, że "Pisząc ten tekst zastanawiam się jednocześnie, jakie błędy popełniłem i czego nie wiem, iż wnioski jakie wypływają z mojego rozumowania, są takie a nie inne?! Czy coś przeoczyłem, albo nie wziąłem, pod uwagę?" i wreszcie konkluduje: "Może jednak i w tym aspekcie tych swoich rozważań się mylę, proszę więc wykazać w którym miejscu i dlaczego." To ostatnie zdanie skłoniło mnie do napisania listu skierowanego do redakcji WiP, a więc pośrednio do Autora, jako odpowiedź na zgłoszoną potrzebę wyjaśnień.

Na wstępie jednak zastrzegłem, że o ile - jak sądzę - widzę niektóre błędy rozumowania Lucjana, nie potrafię jednak podać "dowodu" rozstrzygającego po której stronie w odwiecznym sporze wiary i niewiary jest racja. Owszem, jestem przekonany, że na drodze rozumowania, czy badań naukowych kwestii rozstrzygnąć niepodobna, co pięknie opisał Leszek Kołakowski w pierwszym rozdziale swej broszurki "Jeżeli Boga nie ma" (piszę o pierwszym rozdziale, gdyż tylko ten przeczytałem. Dalej treść okazała się dla mnie zbyt trudna. Wielu fragmentów po prostu nie rozumiałem).

Podobnie nie potrafię wyjaśnić "jak powinno wyglądać to prawidłowe myślenie, które w prosty sposób prowadzi człowieka do Kościoła?", jeżeli - jak to rozumiem - przez "człowieka" należy rozumieć coś w rodzaju jedermana, typowego, powtarzalnego członka wyodrębnionej grupy (wierzących), dodatkowo zaopatrzonego w "prawidłowe", a więc jedno, wzorcowe, rozumowanie. Ja mogę wypowiadać się tylko w swoim imieniu: jak mogłem nie raz się przekonać, u innych ludzi proces zdobywania czy utwierdzania wiary przebiega w inny, dla mnie niezrozumiały, sposób. W każdym jednak razie - jestem przekonany - decydujące dla rozstrzygnięcia sporu toczącego się wewnątrz każdego człowieka (wierzyć jest trudno, nie wierzyć też jest trudno) nie są racje rozumowe. Wiara chyba jednak jest łaską? Wydaje się, że te wspomniane racje rozumowe nabierają znaczenia dopiero w procesie utwierdzania i pogłębiania przekonań.

I wreszcie - ze wzmianki wynika, że autora w pierwszym rzędzie interesuje opinia ludzi inteligentnych. Czy ja spełniam to kryterium? Różnie o tym różni sądzą. Sam też się nieraz chwytam na tym, że w myślach obdarzam siebie epitetem "stary głupi dureń". Wspomniane wyżej trudności ze zrozumieniem tekstu Kołakowskiego również w tym względzie nie stanowią dobrej rekomendacji.

Przechodząc do rzeczy: Lucjan w swoich dowodzeniach popełnia dwa podstawowe błędy: 1) przypisuje wartość absolutną pojęciom abstrakcyjnym (miłość, wolność, prawda ...) będącym wytworem umysłu ludzkiego, a więc de facto obarczonym wszystkimi ograniczeniami, którym ten umysł podlega, traktuje je jako ściśle zdefiniowane, posiadające sens (znaczenie) wychodzące poza sferę doznań uformowanych przez istnienie w obszarze trójwymiarowej przestrzeni, czas, usytuowanie w przedziale między skalami makro- i mikroskopową itd. itd. 2) teksty dotyczące wiary traktuje jako stwierdzenia literalnie ścisłe, zawierające pełną treść przekazu. Nie uwzględnia ograniczonych możliwości języka wynikających m. in. z okoliczności, na które powołuję się w omówieniu p-ktu 1.

ad 1:
zdolność umysłu ludzkiego do tworzenia tzw. uniwersaliów (czy i w jakim stopniu jest to możliwe np. dla małpy, jest bardzo ciekawym zagadnieniem, na razie chyba poza możliwością doświadczenia. Nie można wykluczyć, że zdolność ta wytworzyła się w trakcie doskonalenia mowy jako środka ekspresji i porozumiewania się) jest niezwykłym darem natury. Umożliwiła ona np. klasyfikację rzeczy i zjawisk a w konsekwencji badanie otoczenia nie jako odrębnych pojedynczych przypadków, lecz przez poznanie wspólnych cech powtarzających się w całej klasie. W konsekwencji zdolność ta spowodowała nie tylko ogromne poszerzenie wiedzy własnej, ale dała możliwość przekazywania tej wiedzy innym. Zaczęło się to prawdopodobnie od banalnego odkrycia, że pałką można nazwać nie tylko gałąź, którą nasz przodek posługiwał się efektywnie w polowaniu, ale każdy przedmiot podobnego kształtu i właściwości. Potem przyszła trudniejsza refleksja, gdy uświadomiono sobie, że istnieje coś takiego jak liczba, tzn. że jeśli do dwu dodać jeden, to niezależnie od tego, czy sprawa dotyczy znalezionych jabłek, czy złowionych ryb, otrzymamy jako rezultat trzy. Te pierwsze przejawy myślenia abstrakcyjnego podlegały i dalej podlegają doskonaleniu, w wyniku czego mamy matematykę, filozofię, oraz posługujemy się takimi pojęciami jak miłość, prawda, sprawiedliwość, istnienie itd. itd.

Jak więc wspomniałem, tworzenie uniwersaliów (pojęć abstrakcyjnych, powszechników) było i jest bardzo istotne dla wiedzy, poznania zarówno świata dostępnego naszemu poznaniu zmysłowemu rozszerzonemu przez użycie narzędzi badawczych i racjonalne wnioskowanie, jak i świata stworzonego przez naszą wyobraźnię nazywanego światem niematerialnym, światem myśli - w zakres którego wchodzą wszystkie pojęcia nie będące odwzorowaniem znanych nam z otoczenia przedmiotów i zdarzeń. Ale niestety, jak wszystko inne, co człowiek zdziałał, tak i to osiągnięcie dało nie tylko skutki pozytywne, ale spowodowało także spore zamieszanie:

Tak więc po pierwsze mamy skłonność do przypisywania nazwom wartości absolutnej. Wyobraźnia człowieka jest tak opanowana przez kształtujące ją od życia embrionalnego doświadczenia zmysłowe (pierwsze synapsy, czyli odpowiedzialne za procesy myślowe połączenia m. komórkami mózgu, powstają już w którymśtam miesiącu życia płodu), że trudno jest nam uświadomić sobie zależność naszych najbardziej oderwanych pojęć od ograniczeń stwarzanych przez formę egzystencji. Ba, któryś z filozofów (porządny erudyta w tym momencie powinien przerwać pisanie, by w odnośniku, po rzetelnym sprawdzeniu w źródłach, podać imię, daty urodzenia i śmierci, oraz tytuł dzieła) doszedł do przekonania, że uniwersalia (idee) posiadają - i jedynie one - status tworów rzeczywistych, a konkretne przedmioty są po prostu ich jednostkowymi, ograniczonymi czasowo, upostaciowaniami. Wynikałoby stąd np., że ciągnący wóz Siwek byłby jedynie chwilową formą przejawienia się w świecie materii istniejącej obiektywnie i odwiecznie idei konia.

Po drugie (nadal omawiam zamieszanie spowodowane przez zdolność myślenia abstrakcyjnego) - być może jako reakcja na wspomnianą wyżej krańcowość - skłonni jesteśmy ściśle odgraniczać wspomniane wyżej dwa światy: rzeczywisty i wyobrażeń, ten pierwszy redukując do sfery dostępnej naszym zmysłom (rozszerzonym przez stosowanie aparatury badawczej). Jest to oczywista symplifikacja: zakresy tych dwu pojęć zachodzą na siebie. Pomijając oczywiste trywialne przykłady (np. atom przez ponad 2000 lat, od czasów Demokryta aż do wieku XIX, zdecydowanie należał przede wszystkim do tego drugiego świata), przecież wiadomo z bardzo dużym prawdopodobieństwem, że materia istnieje obiektywnie poza przestrzenią trójwymiarową (zarówno w stosunku do materii w tzw. "czarnych dziurach" jak i w stosunku do fotonu czyli kwantu światła pojęcie rozciągłości prawdopodobnie nie ma żadnego sensu, żadnemu z tych obiektów nie można przypisać jakichkolwiek rozmiarów, jedynie możemy mówić o obszarze oddziaływania na inne obiekty materialne, ale to już jest co innego!), a wszelkie dane wskazują na to, że do tych rewirów nie sięgnie ludzkość nigdy. A nawet jeżeli to przypuszczenie okaże się mylnym, jeżeli kiedyś zostanie zbudowane narzędzie sięgające poza przestrzeń trójwymiarową, to jakie jeszcze horyzonty ukażą nam się, albo pozostaną nierozpoznane? A co z najbardziej tajemniczym pojęciem jakim jest czas? Czy poznamy kiedyś jego naturę? Czy jest to po prostu sposób w jaki odczuwamy powiązania przyczyn ze skutkami? A może jednak jest to podobny do znanych nam z przestrzeni wymiar, w którym jest możliwe użycie wehikułu? A może istnieją jeszcze jakieś inne światy, do których nie możemy sięgnąć wyobraźnią? Tu wypada przypomnieć, że (mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi?) zgodnie z ogólną teorią względności stan materii określa 16 parametrów, czyli istniejemy w przestrzeni 16-wymiarowej, z czego uświadamiamy sobie tylko 3 wymiary plus jeszcze ew. wymiar czasu, "uświadomienie sobie" którego ma jednak zupełnie inną postać niż - jakże realne zmysłowo - odczuwanie trzech wymiarów!

Rozwodzę się nad tym tak obszernie, gdyż w obszarze tej drugiej anomalii posługiwania się uniwersaliami mieszczą się dowody nieistnienia tzw. świata duchowego (w szczególnym przypadku dowody nieistnienia Boga) poczynając od sofizmatu o sprzeczności między wszechmocą i wszechwiedzą a niemożnością stworzenia pudełka o nieznanej sobie zawartości, a na omawianej przez Lucjana sprzeczności między poszanowaniem wolnej woli człowieka, miłością i sprawiedliwością kończąc. Tamże należy usytuować znaczną część dowodów skierowanych przeciwnie. Aby dokładniej wyjaśnić, o co mi chodzi w ostatnich zdaniach, muszę najpierw przejść do następnego punktu rozważań:

A więc, po trzecie, w pożytecznej skądinąd dążności do porządkowania, skłonni jesteśmy traktować zakresy pojęciowe poszczególnych uniwersaliów jako możliwe do ścisłego, jednakowego dla wszystkich (tzn. niezależnego od uwarunkowań obciążających poszczególnego człowieka) zdefiniowania i - na jednym poziomie uogólnienia (uszczegółowienia) - ściśle między sobą rozgraniczone. Jest to do pewnego stopnia słuszne w przypadku klasyfikacji przedmiotów (chociaż np. są takie meble [niższy poziom uszczegółowienia abstraktu], o których trudno powiedzieć, czy to [na wyższym poziomie uszczegółowienia] stół, czy krzesło?), natomiast w sferze duchowej sprawa jest bardzo skomplikowana. Ileż to razy nie potrafimy określić, czy kieruje nami miłość, współczucie, czy sprawiedliwość? I tak np. rozważmy miłość, jak ją winni pojmować chrześcijanie. Najczęściej miłość tą rozumie się na obraz miłości macierzyńskiej, która w swej istocie jest zaspokajaniem własnego popędu uwarunkowanego biologicznie, podobnie jak miłość związana z płciowością, czy patriotyzm czyli miłość ojczyzny wynikająca z instynktu łączenia się osobników w stado. Każda z tych miłości zawiera elementy właściwe dla tego tworu myślowego, który jednak jest czym innym niż one. Przecież wiadomo, że np. najintensywniej przeżywana miłość macierzyńska może być szkodliwa, ba nawet zgubna dla dziecka, zdradzając tym swój egoistyczny charakter tak sprzeczny z ideą caritas christiana.

Tu dygresja: czy w tym razie można więc uważać za dowiedzione, że miłość chrześcijańska daje się zredukować do sumy działań uwarunkowanych biologicznie? Albo odwrotnie: czy można - uwzględniając np. swoje najbardziej wzniosłe własne przeżycia (każdy choćby najpodlejszy prymityw doświadcza czegoś takiego) - twierdzić, że stanowią one niezbity dowód istnienia duszy? Moim zdaniem - nie można.

Gdy tak - mam nadzieję, że sensownie - wyłuszczyłem te "po pierwsze", "po drugie" i "po trzecie", chciałbym wreszcie wyjaśnić, co moim zdaniem wynika z tego, jak to nazwałem, zamieszania w świecie myśli. Otóż jeżeli Bóg taki, jak Go przedstawiają chrześcijanie, istnieje, przypisywanie Mu przymiotów i działań możliwych do objęcia klasyfikacją utworzoną przez ograniczoną warunkami egzystencji wyobraźnię ludzką jest nonsensem, a w konsekwencji nie możemy również oczekiwać, że między tymi przymiotami i działaniami będą zachowane ścisłe związki logiczne. Tak więc przekonanie Lucjana że "Moja wiara musi być oparta na przesłankach rozumowych, więc musi respektować prawa logiki" jest jak najbardziej nielogiczne, zakłada bowiem, że Bóg jest istotą podlegającą tym samym ograniczeniom co człowiek. Wyrażając się lapidarnie: jeżeli Bóg istnieje, to choćby popełniał nie wiem jakie nonsensy, nic na to nie poradzimy, a jeśli jest on jedynie wytworem ludzkiej wyobraźni, najpiękniejsza logiczna konstrukcja nie zamieni tej fantazji w rzeczywistość.

Czy w takim razie Bóg chrześcijan jest z założenia niepoznawalny? Temu zdają się przeczyć takie momenty z biblii jak stwierdzenie, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Wynika stąd, że miłość, sprawiedliwość, mądrość, stwarzanie, karanie itp. przymioty i działania sklasyfikowane przez ludzi odwzorowują jedynie w ograniczonym stopniu rzeczywistość Boga i że podobnie w ograniczonym jedynie stopniu możemy osądzać ich wzajemne powiązania logiczne odniesione do przymiotów Boga. Dochodzi do tego, że jeśli On istnieje, to jest prawdopodobnie nieklasyfikowalny w tym znaczeniu, że nie da się w nim rozróżnić istnienia, mądrości, miłości, działania itd. Nie możemy mówić o mądrości, czy istnieniu Boga wyodrębniając je jako osobne przymioty. A raczej - po prostu - gdy mówimy o tych przymiotach schodzimy tym samym na poziom pojmowania ludzkiego, na którym stosujemy uproszczenia uniemożliwiające poznanie przedmiotów z założenia nie należących do naszego świata. Czy jest to możliwe do wyobrażenia sobie przez człowieka? na pewno nie, ale jeśli nie przyjmiemy z góry założenia, że Boga nie ma (co z miejsca przekreśla sens dyskusji), musimy zgodzić się, że jest On niewyobrażalnym w takim właśnie, lub podobnym sensie. Musimy uwzględnić to, że jakiekolwiek wyobrażenie o Bogu (jest miłosierny, karze za grzechy itd.) jedynie jest powołaniem się na analogię bez możności określenia wielkości i charakteru różnicy między tym wyobrażeniem a odwzorowywaną przez nie rzeczywistością. Należałoby chyba to rozumieć w ten sposób, że zarówno gdy mówimy o miłości, mądrości, istnieniu, działaniu itp. Boga, mówimy o tym samym, o Jego istocie, w której nie da się wydzielić przymiotów jako możliwych do oddzielnego pojmowania.

Jak w takim razie ma się np. sprawa z miłością czy miłosierdziem Boga, którą tak bardzo uwydatnia Jezus w przekazie ewangelicznym podając ją jako wzór do naśladowania? Jak już wspomniałem, Miłosierdzie Boże wg naszego rozumienia z istoty Boga da się wyodrębnić jedynie w objaśnionym wyżej ujęciu analogowym (stąd użycie dużych liter stosowane w tekstach katolickich). Raczej nie jest Ono po prostu bardzo dużą miłością rozumianą przez nas. Zawiera jednak w sobie niektóre elementy charakterystyczne dla miłości funkcjonującej w oparciu o mechanizmy biologii. Na pewno różni się od nienawiści, nie jest też hinduistyczną nirwaną, która odpowiada (do rozumienia dosłownego pojęć hinduistycznych należy oczywiście zastosować te same zastrzeżenia, które przywoływałem w stosunku do chrześcijaństwa) raczej obojętności i stagnacji, podczas gdy Bóg przedstawiany jest jako aktywny i kochający swe stworzenia, dążący do osobistego z nimi kontaktu (np. komunia św.). Jest Ono niezwykle piękne w tym znaczeniu tego słowa, że spotkanie z Nim jest radością podobną do przeżycia zachwytu, wreszcie dąży do osiągnięcia dla wszystkich szczęścia (znowu z zastrzeżeniem, co do użycia słów "dąży" czy "szczęście" jedynie jako analogii).

Ostatecznie możemy więc "poznawać Boga" w sensie uzyskiwania o Nim większej ilości wiadomości, ale nie możemy Go poznać w sensie uzyskania o Nim pełnej wiedzy umożliwiającej wnioskowanie o tym, czy w idei Boga są jakieś sprzeczności oraz ujawnianie tychże. W tym drugim sensie Bóg jest "ex definitione" niepoznawalny.

ad 2:
z powyższych rozważań wynika w sposób oczywisty wniosek, że użycie mowy ludzkiej do objaśniania wierzeń religijnych wprowadza uproszczenia oraz, że tekstów takich jak np. Pismo Święte nie można traktować w sposób podobny do tego, jaki obowiązuje w stosunku do tekstów prawniczych lub technicznych. Myślę, że tę prawdę wyraża również lapidarne zdanie ze Starego Testamentu(?): "Bóg jest większy niż Zakon". Znowu, jak uczyniłem to poprzednio, twierdzę, że możemy mówić tu jedynie o analogiach. Być może, "natchniony charakter Pisma św." polega na tym, że treść jego zdolna jest uformować wyobrażenia czytelnika najkorzystniej (bez próby uściślenia przyjętego przeze mnie znaczenia słowa "najkorzystniej").

W takim podejściu np. wg mnie, słowa "tobie daję klucze Królestwa", "paś owce moje i baranki moje" rzeczywiście zawierają prawdę o prymacie papieża. Podobnie słowa "ktokolwiek uwierzy, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy będzie potępiony" wyrażają prawdę skierowaną do mnie osobiście, natomiast wątpię, czy słowa te stanowią wykładnię, wg której w sposób bezwzględny ma się odbywać odpowiednia segregacja na sądzie ostatecznym. Jestem przekonany, że chociaż Kościół chrystusowy ma bardzo silnie zaznaczony charakter wspólnotowy, to w najbardziej zasadniczych kwestiach mamy do czynienia z osobistym dialogiem Boga z konkretnym, jednym człowiekiem. Jestem przekonany, że namawianie innych do przyjęcia moich przekonań jest pożyteczne, ale jeśli ktoś pozostaje przy innym mniemaniu, wcale nie musi to oznaczać, że jest w błędzie i że jego wiara czy niewiara jest gorsza. I dalej: o ile poznawanie i głoszenie prawdy o Bogu i Jego Królestwie uznanej przez czynniki oficjalne w Kościele jest zadaniem społeczności Kościoła katolickiego, to wszelkie stosowanie administracyjnego wymuszania czy choćby tylko protegowania tej wiedzy jest - moim zdaniem - oznaką braku wiary i jest sprzeczne z wolą Chrystusa wyrażoną w ewangelii. Z tego więc względu np. mimo iż staram się "uczestniczyć" (cudzysłów ma akcentować niejednoznaczność i złożoność tego pojęcia) w Kościele katolickim, bliższe mi jest środowisko pisma "Fakty i Mity", niż wszelkich przez księży ocenzurowanych pism, mimo iż wiele z tych ostatnich przedstawiają na pewno wyższy poziom edytorski, językowy, pod względem znajomości rzemiosła dziennikarskiego itp.

W tym momencie swoją wypowiedź chyba mogę uznać za zakończoną, chociaż w ostatnich zdaniach nieco odszedłem od wyjaśniania kwestii postawionej na początku całej pisaniny i raczej zająłem się głoszeniem swoich przekonań. Jak w prawdziwym dowodzie, należało raczej zrobić podsumowanie zakończone stwierdzeniem "... co było do udowodnienia". Na to mnie niestety nie stać. Mam jednak nadzieję, że Adresat mojego listu sam sobie uzupełni ten brak stwierdzeniem, że ... może rzeczywiście w tym jest jakiś sens?

Chciałbym jednak wyjść poza temat i dodatkowo podyskutować o kwestii wyrażonej - takie mam wrażenie - przez Lucjana pośrednio: jeżeli Kościół katolicki jest tym prawdziwym Kościołem chrystusowym, jeżeli Jezus jest obecny w Komunii św., jeżeli wiara - jak to wspomniałem - jest łaską, to czemu tylu ludzi żyjących zgodnie z nauczaniem Chrystusa pozostaje na zewnątrz?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta, jeśli np. porównamy uprzejmą mowę J.P.II do "Pana 1-go sekretarza" w 1979r z potępieniem "reżymu totalitarnego" (GDAŃSK/SOPOT 05.06.1999. Homilia Jana Pawła II podczas Mszy św. w Sopocie: "... Solidarność otworzyła bramy wolności w krajach zniewolonych systemem totalitarnym. ...") w zmienionych okolicznościach. Drobny ten przykład, podobnie jak tysiące innych, unaocznia fakt, że hierarchia, a bardziej ogólnie ewangeliczni "uczeni w Piśmie i starsi ludu" w swoim zarządzaniu sprawami wiary kierują się w decydującej mierze nie nauką pochodzącą od Boga, lecz względami koniunktury, co jest zresztą bardzo ludzkie. Wynika stąd, że masowe nawrócenia ludzi rychło spowodowałyby podobną do uwidocznionej w przykładzie ewolucję zachowań i w konsekwencji powrót czasów przemożnych wpływów kleru. Oczywiście formy działania podlegające zmiennej modzie byłyby prawdopodobnie inne, a więc nie mielibyśmy wydawania innowierców na żer drapieżnikom (moda okresu potęgi Rzymu), nie byłoby wyłupywania oczu tak modnego w okresie bizantyjskim, ani palenia na stosie (moda z okresu XII - XVIIw.), wymyślono by pewnie coś innego. W każdym bądź razie, jestem przekonany, że Kościół po raz kolejny w dziejach w ten czy inny sposób, zamiast współdziałać z taką obfitością łaski w budowaniu "królestwa, które nie jest z tego świata" (J 18, 36), "pokłoniłby się szatanowi" (Mt 4, 9-10) przeciwstawnie do tego, co uczynił Jezus.

I wreszcie, czy taką słabość swego Kościoła przewidział Bóg? Na to i inne pytania wynikające z szoku wywołanego poznaniem rzeczywistego oblicza Kościoła odpowiedź można znaleźć w Starym Testamencie. Drastyczne niejednokrotnie, opisane tam zdarzenia są zarazem i historią i przepowiednią przyszłych czasów. Z przedstawionego ciągu zdrad i niewierności wynika, że popełnione zbrodnie nie są jednorazowymi epizodami, lecz przejawami ludzkiej słabości uwidaczniającej się we wszystkich pokoleniach i czasach, do chwili obecnej i czasów przyszłych włącznie. A dalej, że wina i zasługa człowieka nie da się ująć przepisami i systemem nakazów - osąd człowieka odbywa się w bezpośredniej relacji między nim i Bogiem, co przejawia się tym, że czyny, które skłonni jesteśmy kwalifikować jako zbrodnie, mogą okazać się miłe Bogu i odwrotnie, osoba z pozoru cnotliwa, może być bliska potępienia. Wszystko zależy od tego, co i ile każdy z nas otrzymał. Tak rozumiany Stary Testament przestaje być źródłem zgorszenia, a natomiast uczy właściwego spojrzenia na siebie i na innych.

Powrót na str. główną



KOŚCIÓŁ A POLITYKA[X 2000 r.]

0. Wprowadzenie. Poruszam temat, który jest bardzo aktualny: czy i w jakim stopniu Kościół Chrystusa winien angażować się w sprawy "tego świata" (J 18,36)? [wyjaśnienie 1]. Stale spotykam się zarówno w rozmowach prywatnych jak i publicystyce z bardzo różnymi opiniami w tej sprawie, natomiast prób uzasadnionej rzeczową argumentacją odpowiedzi na postawione pytanie nie znam. Sądzę, że chrześcijanin, aby uzyskać tę odpowiedź, winien rozważyć kolejno:
1 - jakie wypowiedzi Jezusa w tej sprawie przekazali nam Ewangeliści?
2 - czy i jakie Nowy Testament zawiera treści pośrednio dotyczące sprawy?
3 - w szczególności w uzupełnieniu p. 2-go rozważyć "zagadnienie faryzeizmu"
4 - jakie wnioski wynikają z nauk Starego Testamentu?
5 - jakie wskazania od Boga otrzymał Kościół w czasie swego istnienia?
6 - jakie wnioski wynikają z historii Kościoła?
7 - jaki jest stan obecny?

1. Wypowiedzi Jezusa. Ewangelia nie podaje żadnego polecenia danego apostołom przez Jezusa, czy i jak mają zabierać głos w Jego imieniu w sprawach dotyczących sprawowania władzy świeckiej, prawodawstwa i tp. Możemy jedynie stwierdzić, że nie znamy żadnego wypadku, by Jezus z własnej inicjatywy wypowiadał swój sąd w tych czy podobnych kwestiach. Ten fakt stawia pod znakiem pytania sensowność stwierdzenia, że "Kościół w pewnych okolicznościach MUSI zająć stanowisko dotyczące spraw świeckich" (np "Przegląd Powszechny" 1'97 s.11 akapit 2 wiersz 7): jeżeli Chrystus nie "musiał", to z jakiej racji teraz Kościół "musi"? Czy w tym zestawieniu nie należałoby użyć określenia, iż uważamy, że jesteśmy mądrzejsi od Chrystusa?

Nie mając wyraźnej wskazówki Jezusa możemy jednak - z niektórych wydarzeń opisanych w ewangelii - pośrednio wnioskować, jaki był Jego pogląd w omawianej kwestii. Sądzę, że z wypowiedzi Chrystusa podanych przez ewangelistów tylko trzy dotyczą porządku cywilnego:
a) kwestia denara czynszowego (Mt 22,15-22, Mk 12,13-17, Łk 20,20-26),
b) sprawa kobiety cudzołożnej (J 8,1-11),
c) sprawa podziału spadku (Łk 12,13-14).[Wyjaśnienie 2]

Znamienne jest, że w dwu pierwszych wspomnianych fragmentach Pisma chodziło o prowokację (Mt 22,15, Mk 12,13, Łk 20,20, J8,6), a Jezus wypowiadał się z wyraźną niechęcią, co szczególnie da się zauważyć w (b). Z kolei w (c) ten sam Jezus, który przecież wyraźnie stwierdził: "jestem królem" (J 18,37), mówi: "któż mnie ustanowił sędzią?" (Łk 12,14). Ten paradoks wyjaśniają - jak sądzę - inne słowa Chrystusa: "królestwo moje nie jest z tego świata" (J 18, 36), jednak wyjaśnienie jest tylko wtedy przekonywujące, gdy przyjmiemy, że rozgraniczenie między sprawami "tego świata" i sprawami królestwa Chrystusa jest zupełne.

Przystępując do szczegółowej interpretacji fragmentów, które dla wygody nazwałem a, b i c, muszę jednak stwierdzić, że takie objaśnianie ewangelii wydaje mi się czynnością jałową: poprostu słowa i czyny Jezusa są bardziej wymowne niż najświatlejszy komentarz, który w tym porównaniu wydaje mi się ubogi i mało zrozumiały. Więcej nawet, gdy mamy do ocenienia konkretną sytuację w naszym czasie, jestem przekonany, że na podstawie Pisma można z łatwością określić, jak postąpiłby i czego od swoich uczniów wymaga Chrystus, podczas gdy wszelkie wywody prowadzą często do wyraźnych zafałszowań. Ale skoro już zacząłem, będę brnął dalej. A więc:

ad a) - przechodząc do szczegółowego omówienia pierwszej ze wskazanych wypowiedzi Jezusa twierdzę, że sens postawionego Mu pytania można wyrazić jako żądanie określenia, czy ze względu na wiarę w Boga należy uznać słuszność sprawowania władzy przez Rzym, czy władzę tą odrzucić? Biorąc miarę z naszych wyobrażeń, wyraźna, jednoznaczna odpowiedź winna brzmieć w jednej z trzech możliwych wersji:
1. Sprawy cywilne nie mają żadnego związku z Królestwem Bożym i legalność jakiejkolwiek władzy ziemska nie podlega osądowi z punktu widzenia wierności Bogu,
2. Władzę nad narodem, który wierzy w Boga winien sprawować człowiek tak samo wierzący,
3. Władzy świeckiej przysługuje pewien zakres autonomii w odniesieniu do nakazów religijnych, należy jednak wymagać, by niezależnie od przekonań sprawujących władzę rząd uwzględniał zachowanie podstawowych postulatów religijnych (np "wartości chrześcijańskich", czy zasad prawa naturalnego). W tym wypadku należy jednak zastrzec, że takie postawienie sprawy wymagałoby ustalenia kryteriów określających te - jak je nazwałem - podstawowe postulaty, czego śladów w ewangelii dopatrzyć się nie sposób.

Jak przekazali ewangeliści, nie otrzymaliśmy od Jezusa takiej jednoznacznej wskazówki, jest jednak niezaprzeczalnym faktem, że Jezus swymi słowami uznaje władzę ówczesnego cesarza Tyberiusza, który na pewno nie spełniał wymogów władcy zachowującego "wartości chrześcijańskie". Na dodatek cezar również nie mógł pretendować do cywilnie legalnego posiadania Palestyny, jako że Rzymianie przybyli do tego kraju jako wojsko sprzymierzone w walce ze wspólnym wrogiem i następnie, prawem kaduka zagarnęli całkowitą władzę (wyraźna analogia z sytuacją Polski przed niewielu laty) - tak więc Chrystus wyraźnie dystansuje się od osądzania sprawującego władzę również i pod względem zgodności z prawem naturalnym.

ad b) scena opisana przez ewangelistę jest tak wymowna, że w tym szczególnie przypadku komentarz - o czym wspomniałem wyżej - wydaje się zbędnym dodatkiem. Oto powstaje konflikt: Jezus w królestwie swoim głosi miłość i przebaczenie, ale ustanowione dla utrzymania porządku prawo jest bezlitosne i zakłada okrutną karę. W długim milczeniu Jezusa domyślam się współczucia dla grzesznicy i troski o tych, którzy w wykonaniu wyroku znajdują nie ciężar bolesnego obowiązku, lecz - być może - zabawę, albo chęć skompromitowania samozwańczego proroka. Nie sądzę natomiast, by krył się za tym taktyczny wybieg: obecnie nie mam możności dyktowania praw, lecz kiedy Mój Kościół okrzepnie, wtedy nastąpi czas właściwy, by dyktować, jakie powinny być prawa! Jedyne wytłumaczenie zachowania Jezusa jest to, że uznaje on pełną autonomię ludzi w stanowieniu praw, a władzę swego królestwa widzi ograniczoną do oddziaływania na sumienia ("kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień") i tym sumieniom pozostawia zarówno wykonanie wyroku, jak i ew. złagodzenie prawa (z czym - jak wiadomo z historii - chrześcijanie bynajmniej się nie kwapili). Jest jednak oczywiste, że jeżeli Chrystus oczekiwał, iż Jego postawa i słowa obudzą sumienia słuchaczy, to jednocześnie nie usiłował nigdy dać wskazań co do tego, jak należy tę przemianę wewnętrzną przetworzyć na formuły prawne.

ad c) - nic ponad to, co powiedziano wyżej - zwłaszcza o pytaniu "kto Mnie ustanowił sędzią?".

2. Nowy Testament. Pomijając "sprawę faryzeuszów" wyodrębnioną jako osobne i bardzo skomplikowane zagadnienie, jest w ewangelii kilka momentów, które pośrednio ukazują nam stosunek Jezusa do "spraw tego świata". I tak np. do grona apostołów zostali wezwani Mateusz - wysługujący się okupantom celnik i Szymon zelota (G.Ricciotti "Życie Jezusa Chrystusa" W-wa 1955 przedostatni akapit rozdz.43) - członek ugrupowania najbardziej radykalnie potępiającego zależność od Rzymu. Co więcej - nie ma żadnego śladu tego, by Chrystus domagał się od którego z nich potępienia, czy choćby skorygowania poglądów, lub zerwania z dawnym środowiskiem. Owszem, (Mt 9,10) po powołaniu Mateusza Jezus nie tylko toleruje zachowanie więzi towarzyskich nowego ucznia, lecz sam uczestniczy w jego spotkaniu z przyjaciółmi, którym trudno przypisać dbałość o "wartości chrześcijańskie". Z kolei w innych przypadkach Jezus zdaje się z upodobaniem podkreślać te momenty, które wskazują na niemożność skodyfikowania praw rządzących jego królestwem. Bo jak sformułować dla stosowania przez policję, sędziego czy choćby osąd przyjaciół nakaz nadstawienia policzka (Mt 5, 39; Łk 6 29), miłości nieprzyjaciół (Mt 5, 44; Łk 6, 27-28), albo podstawowe, znane ze Starego Testamentu przykazanie miłości? Jak w postaci skodyfikowanych reguł postępowania sformułować wnioski wynikające z przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32)?

Nie można również wykluczyć, że opis kuszenia Jezusa panowaniem (Mt 4,8-10 i Łk 4,5-8) zawiera przekaz dla Kościoła co do angażowania się w sprawy świeckie. W tym jednak wypadku uważne zastanowienie się nad tekstem wskazuje na potrzebę szczególnego zachowania powściągliwości we wnioskowaniu:
Wiadomość o opisywanym zdarzeniu mogła do ewangelistów dotrzeć tylko od samego Jezusa. O ile jednak ewangeliści w każdym przypadku starają się wiernie powtórzyć słowa wypowiedziane przez Jezusa i opisać okoliczności jakie stanowiły tło wygłoszenia nauki, to o tym, jakimi słowami i w jakich okolicznościach uświadomił Jezus uczniów, iż był kuszony, nie wiemy nic. Nie możemy nawet wykluczyć, że dokładnie wypowiedź Jezusa podaje tylko 2-ga ewangelia (Mk 1,13), a szczegóły u pozostałych synoptyków powstały w wyniku dokonanej przez uczniów kompilacji różnych rozrzuconych w czasie wypowiedzi Jezusa uzupełnionych intuicją ewangelisty.

Uwzględniając te zastrzeżenia należy jednak brać pod uwagę, iż być może, Jezus ostrzega nas, że posługiwanie się środkami cywilnymi dla wprowadzania Jego królestwa jest równoważne z oddaniem pokłonu szatanowi oraz, że wykorzystanie przymusu prawnego dla realizacji ewangelii jest równoznaczne z odejściem od Jego nauki i stanowi największe zagrożenie dla Kościoła. Historia w wielu wypadkach potwierdziła to mniemanie.

3. Faryzeusze (wyjaśnienie 3). Obecność faryzeuszów w Ewangelii wydaje się przypominać inne paradoksy wyakcentowane przez ludzi w powszechnie znanych przysłowiach: Piłata w "Credo", czy "wstąpienie" do piekieł w drodze do nieba. Cóż ci nieszczęśnicy mają do Dobrej Nowiny, którą odrzucili? Przecież np. w momencie, gdy święty Jan pisał 4-tą księgę, byli już reliktem historii, odseparowani od chrześcijan, rozproszeni po upadku powstania. A jednak ta właśnie ewangelia podaje chyba najbardziej dramatyczne opisy ich sprzeciwu. Czy św. Jan i pozostali ewangeliści poświęcając tyle miejsca przebrzmiałym sporom dawali jedynie upust swoim zapamiętanym z dawnych lat animozjom, czy w tym jest jakiś przekaz Boga do nas - chrześcijan żyjących 2000 lat później? Jeśli traktujemy poważnie przekonanie o natchnionym charakterze Pisma, chyba trzeba przyjąć tę drugą możliwość. Istnieje więc obawa, że faryzeusze w ewangelii nie występują jako ciekawostka historyczna, jednak w takim razie, biorąc pod uwagę ich gorliwość religijną oraz wynikający z niej prestiż (J. Ricciotti "Życie Jezusa Chrystusa p40/41), należy wnioskować, że stanowią oni wyobrażenie nasze - gorliwych chrześcijan. Sądzę, że Duch Święty poprzez ewangelistów kieruje do nas przestrogę, iż gorliwość religijna może uczynić z nas wrogów Chrystusa (co w historii Kościoła nieraz wyraźnie się sprawdziło).

Niestety, o ile inne wątki ewangelii doczekały się obszernych omówień w książkach, czasopismach i na kazaniach, o tyle nie znam żadnego przykładu głębszej analizy "problemu faryzeuszów". Wręcz wygląda na to, że chrześcijanie obawiają się podjęcia tego tematu z wielu względów drażniącego i niewygodnego, z natury rzeczy skierowanego przeciw autorytetom. Poprzestajemy na ogólnikowym stwierdzeniu, że "faryzeusze byli fałszywi" (my oczywiście tacy nie jesteśmy) i są odpowiedzialni za ukrzyżowanie Chrystusa (my oczywiście z tą sprawą nic nie mamy wspólnego), pomijamy natomiast pytanie o to, w których momentach stajemy się podobni do faryzeuszy? I chyba jest to błąd o bardzo poważnych dla Kościoła konsekwencjach - gdyż przejawy faryzeizmu w dziejach Kościoła są bardzo liczne, a nie analizowane, traktowane jako fakty wstydliwe, o których nie należy mówić [wyjaśnienie 4], wciąż na nowo powtarzają się w postaci nieco tylko zmienionej odmiennością warunków.

Trzeba zarazem przyznać, że rozwinięcie poruszonego tematu wymaga znacznej wiedzy i z tego względu przerasta moje możliwości - w tym szczególnie znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy przewiny faryzeuszy mają związek z pytaniem o relacje Kościoła do spraw tego świata?

4. Stary Testament zawiera liczne fragmenty, które w przeszłości traktowano jako nakazy do wykonywania władzy cywilnej w sposób podporządkowany wskazaniom religijnym z dopuszczeniem środków okrutnych. Obecnie przeważa pogląd, że fragmenty te są to po prostu kronikarskie opisy zaszłych faktów, a dołączona jako komentarz ich akceptacja lub pochwała, względnie potępienie dotyczą jedynie intencji sprawców, a nie metody (przemoc) i formy (działania władzy cywilnej) wprowadzania tych intencji w czyn.

Oczywiście nie dotyczy to pism prorockich, które są listami Boga do ludzi. Ale też w tych pismach trudno doszukać się wskazówek dla polityków lub wezwań do egzekwowania nakazów religijnych z wykorzystaniem władzy świeckiej. Nie ma też w wystąpieniach proroków agitacji przeciw władcy postępującego niezgodnie z nakazami religijnymi, czy żądania sprawdzenia prawowierności religijnej następującego kolejnego króla. Z kolei liczne opisy kar zsyłanych przez Boga na grzeszników nie zawierają zachęty dla wiernych, by wyręczali w tym działaniu Boga.

Ze względu na temat rozważań szczególnie zasługują na uwagę trzy fragmenty z 1-szej Księgi Samuela (1 Sm 8,7), (1 Sm 8,11-18) i (1 Sm 8,22). Z 1-go zdania zdaje się wynikać, że wg zamierzeń Boga, w Jego królestwie nie jest potrzebna jakakolwiek władza świecka, 2-gi cytat zawiera pierwowzór podstawowych tez teoretyków anarchii, a w 3-cim Bóg uznaje autonomię człowieka wynikającą z obdarzenia go przez Stwórcę wolną wolą. Sądzę, że przytoczone zdania przedstawiają stosunek Boga do władzy i praw cywilnych stanowionych przez ludzi. W tym rozumieniu słowa listu św. Pawła dotyczące władzy (Rz 13,1 i 13,7) są uzupełnieniem czy może komentarzem. Należy teraz postawić pytanie, jakie z takiego wyobrażenia wynikają wnioski w sprawie "Kościół a polityka"? Odpowiedź nie jest oczywista.

5. Bóg przekazuje nam swą wolę uznanymi przez Kościół objawieniami, lub wskazując łaskami wybranych przez siebie ludzi jako wzorce do naśladowania. Jest to ogromna ilość pouczeń, niemożliwa do ogarnięcia przez kogoś, kto nie poświęcił się w całości badaniom tego tematu. Na podstawie częściowej znajomości faktów odnoszę wrażenie, że - tak samo jak to zauważyłem w p.1 - do angażowania się Kościoła w sprawy świeckie nie otrzymaliśmy jednoznacznych wskazań: tego nie wolno, tak należy czynić. Np. w objawieniach z Fatimy, gdy Matka Boża źle wyraziła się o sowietach, nie wspomniała jednak ani o konieczności zwalczania tego państwa, nie przestrzegała przed popieraniem komunistów, ale również nie zakazała występowania w Kościele przeciw bolszewikom i w ogóle nie dawała jakichkolwiek wskazówek dotyczących spraw "tego świata". Tak więc podobnie jak i przy rozważaniu zapisanych przez ewangelistów słów Zbawiciela - jesteśmy zdani jedynie na wnioskowanie pośrednie. Na ogół zresztą objawienia i działalność świętych pomijają sprawy świeckie - np. św. Katarzyna ze Sieny angażuje się wyłącznie w sprawy wewnątrzkościelne, święci królowie (św. Ludwik, św. Stefan, św. Wacław) podobnie jak święci żołnierze, prawnicy i politycy są jedynie dowodem tego, że świadkiem Jezusa można być w każdych warunkach, a konkretne przykłady stosowanych rozwiązań nie mogą stanowić normy dla chrześcijan podobnie, jak np. nie może być wzorcem sposób uprawy roli stosowany przez świętego rolnika.

Wyjątek stanowi św. Joanna d'Arc, której zaangażowanie w politykę z natchnienia nadprzyrodzonego jest oczywiste. Trudno jednak rozpoznać, jaki przekaz dla nas zawiera jej posłannictwo: nie jest nim angażowanie się w obronie "wartości chrześcijańskich" - pod tym względem nie ma wyraźnych różnic między ówczesnymi Anglikami, Francuzami, czy Burgundczykami, nic też nie wiadomo o różnicach między obu pretendentami do tronu francuskiego. Nie chodziło zarazem o przeciwstawienie się agresji: król angielski według praw akceptowanych powszechnie w średniowieczu nie był agresorem! Przypuszczam, że w osobie świętej Joanny Bóg dał ludziom wzór do naśladowania w nadchodzących czasach charakteryzujących się eksponowaniem narodowości w konfliktach, których apogeum stanowiły 2 wojny światowe, przy tym Bóg akceptuje patriotyzm czyli miłość narodu (tak zresztą jak uczucia rodzinne i wszystkie inne przejawy miłości stworzenia). Natomiast charakterystyczne jest, że Joanna wskazania otrzymuje bezpośrednio od Boga ("głosy" - dla człowieka wzorujacego się na niej będzie to sumienie), bez pośrednictwa nauczania Kościoła, a cały wątek polityczny jest jedynie tłem dla cechujących Joannę heroicznie ujawniających się cnót jak czystość, prawdomówność, miłość (brak nienawiści) nieprzyjaciół, powściągliwość w sądzeniu innych (właściwie zupełny brak skłonności do sądzenia), posłuszeństwo i szacunek dla władzy (i to nawet wrogiej!), wierność Kościołowi itp.

Innego rodzaju znakiem jest milczenie świętych. Jak wspomniałem, zarówno Jezus jak i jego posłańcy (święci Kościoła) nie przekazywali żadnych wskazówek dla władz świeckich, zarazem jednak znane są wypadki rzeczywistego ich oddziaływania na tok wydarzeń politycznych, odbywało się to jednak poprzez budzenie sumień w zupełnym oderwaniu od zaangażowania bezpośredniego. Przykładem jest tu wygaszenie konfliktu między Asyżem i Perugią dokonane przez św. Franciszka (Omer Englebert "Życie Franciszka z Asyżu" r.I - końcowe fragmenty).

6. Historia Kościoła traktowana jako dyscyplina naukowa w sposób świecki - a więc z pominięciem zdarzeń opisanych w p.5 stanowi bardzo obszerny - niemożliwy do ogarnięcia i przez to trudny materiał do rozważania na temat: kiedy i jakie działania świeckie podejmowane przez Kościół dały pozytywne , a kiedy negatywne wyniki? Mamy więc np. spotkanie Leona I-go z Attylą, benedyktyńską działalność oświatową i gospodarczą, inkwizycję, bicie w dzwony dla uczczenia "nocy św. Bartłomieja", i wiele, wiele innych wydarzeń. W dodatku liczne są przypadki, jak choćby alians Kościoła z Karolem Wielkim, kiedy trudno jest osądzić rezultat. Jak się wydaje, można podać jako regułę, że działanie Kościoła wykonywane: 1-o z pozycji proszącego pokornie, 2-o nie skierowane przeciw komukolwiek - zawsze kończy się dobrze. Jednak muszę przyznać, że wykazanie prawdziwości tego twierdzenia przerasta moje możliwości.

Natomiast bezspornym wydaje się przekonanie, że upowszechnienie na całą Ziemię wiary katolickiej przy istniejącej od Konstantyna Wielkiego do dzisiaj strukturze administrowania Kościołem prowadziłoby do skorumpowania hierarchii kościelnej i byłoby wielkim nieszczęściem zarówno dla Kościoła jak i ludzkości. Ten wniosek wysnuty z refleksji nad historią może wyjaśnić, dlaczego Opatrzność pozostawia poza jednością w Mistycznym Ciele Jezusa tak liczne rzesze ludzi żyjących po bożemu? Pozostaje jednak pytanie, kto ponosi za ten stan odpowiedzialność, oraz w jaki sposób ja mogę się od swojej części tej odpowiedzialności uwolnić? Przy tym na pewno należy brać pod uwagę twierdzenie, że źródłem tego skrzywienia jest angażowanie się instytucji kościelnych w rozwiązywanie problemów politycznych i społecznych metodami cywilnymi.

7. Współczesność - wydarzenia społeczne i polityczne, które rozgrywały się za mojego życia często przekraczały progi Kościoła. Z reguły powoduje to skutki fatalne dla życia duchowego wiernych. Przykładem, który mnie szczególnie poruszył, stało się spotkanie Zofii Kossak Sztuckiej z członkami Klubu Inteligencji Katolickiej, które miało miejsce w warszawskiej siedzibie Klubu bezpośrednio po powrocie pisarki z emigracji. Jak opowiedziała mi pani Janina Osińska, która uczestniczyła w tym wydarzeniu, gdy pani Zofia w jakiś sposób odniosła się życzliwie do będącej w tym czasie u władzy ekipie Gomółki "nikt z nas potem nie podszedł, by przywitać się lub bodaj zamienić kilka słów". Nie wiem, jak odczuła ten afront pani Zofia przyzwyczajona do manifestacyjnie okazywanej wrogości, ale z lękiem uświadamiam sobie, że przecież nastąpiło jawne zlekceważenie poleceń Jezusa jak np "przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali" (J 13,34). W dodatku dokonali tego najwierniejsi z wiernych (podobieństwo do faryzeuszów?), a odrzucono człowieka, który swoim życiem i twórczością dowiódł, że jeśli nawet rzeczywiście popełnił błąd, to intencje jego były z pewnością czyste.

Gdy w czasie stanu wojennego byłem świadkiem hucznych braw po wzmiankowaniu przez kaznodzieję, jacy to "oni" są źli ("my" oczywiście złymi nie jesteśmy!), zadałem sobie pytanie: jak ci chrześcijanie zachowaliby się gdyby stanął wobec nich św. Paweł i odczytał im fragmenty swoich listów dotyczące odnoszenia się do władzy (np. Rz.13)? No cóż, kamieniowanie obecnie nie jest w modzie, ale obawiam się że choć nie tak surowo, byłby potraktowany źle. Albo, czy fakt, że wielu chrześcijan używało epitetu "towarzysz Glemp" nie domaga się refleksji nad tym, jak byłby potraktowany prorok czyniący potężne cuda, który - podobnie jak w swoim czasie Jezus - nie kwapiłby się stanąć na czele buntu przeciw niesprawiedliwemu systemowi?

Kończę swoje rozważanie w przekonaniu, że gołosłowne zapewnienie iż "w danym przypadku Kościół nie może (nie mógł) milczeć" nie są wystarczającym usprawiedliwieniem dla przemawiających w imieniu Kościoła. Stanowczo, jeżeli ktokolwiek zabierając głos w imieniu społeczności tworzącej Kościół wykracza poza przekazywanie nauk Jezusa, winien dokładnie rozważyć (np. wg podanego schematu), czy rzeczywiście ma prawo przemawiać nie tylko w imieniu swoim, a uzasadnienie powinien poddać osądowi tych, do których się zwraca.


WYJAŚNIENIA.

1. Jak przebiega granica oddzielająca "sprawy tego świata" od spraw dotyczących królestwa Jezusa, określił - jak sądzę - On sam odcinając się wyraźnie [wyjaśnienie 2] od wyrokowania w kwestii rządzenia państwem i prawodawstwa cywilnego, w tym ustalania reguł dzielenia dóbr ("sprawiedliwości społecznej").

2. W "a" mamy do czynienia z kwestią należącą do sfery polityki, w "b" - jak sądzę - Jezus okazuje nam swoją postawę wobec prawa karnego stanowionego przez władzę świecką i wreszcie w "c" dopatruję się przykładu tego, jak w swoim królestwie traktuje rozwiązywanie spraw dotyczących sprawiedliwości społecznej - podziału dóbr. Tak więc:
a) Daninę od Żydów pobierał Rzym. Danina była widocznym znakiem poddaństwa Żydów wobec Rzymu. Pytanie o daninę, było w rzeczywistości pytaniem o to, czy Jezus uznaje tę władzę?
b) Przekonanie, iż będący przedmiotem sprawy przepis prawa mojżeszowego należy do prawa cywilnego nie jest bezpodstawny. Biblia zawiera nie tylko słowa Mojżesza natchnionego proroka przekazującego wolę Boga. Był on również twórcą izraelskiego prawa cywilnego. Należyte uzasadnienie i następnie rozgraniczenie tych dwu treści zawartych w Biblii przerasta możliwości amatora nie przygotowanego do tego przez odpowiednie studia. Niemniej z opisu wydarzenia wynika, że Jezus, który w sprawach interpretacji treści Księgi jest największym autorytetem, nie traktował odnośnego przepisu jako tego składnika, do którego stosują się słowa (Mt 5, 18 i 19): "ani jedna jota, ani jedna kreska", czy "przykazań choćby najmniejszych". Podobny zresztą przykład interpretacji Pisma podaje ewangelista w sprawie "listu rozwodowego" (Mt 19,8).
c) - nie wymaga, jak sądzę, komentarza.

3. Określenia "faryzeusze" używam umownie jako nazwy grupy wymienianej w Ewangelii jako: faryzeusze, "arcykapłani i faryzeusze", "uczeni w Piśmie i faryzeusze", "arcykapłani i uczeni w Piśmie", "arcykapłani i starsi z ludu". Wspólnymi cechami członków tej grupy są:
1-o łaska posiadania wiary w Boga objawionego przez Pismo Święte,
2-o wrogi stosunek do Jezusa,
3-o poważanie ze strony wyznawców jedynego prawdziwego Boga.

4. Każdy faryzeizm, podobnie jak jego pierwowzór istnieje w połączeniu z autentyczną gorliwością religijną i przy przechodzącej nieraz w egzaltację aprobacie ogółu wiernych. Dodatkowo, również na podobieństwo z wydarzeniami ewangelicznymi, dzisiejsi faryzeusze nie są jednoznacznie negatywni. Faryzeizm przejawia się w pewnych momentach życiowych postaci skądinąd znanych jako zasłużeni dla Kościoła. Sprawia to, że rozważania nad tym, jakie momenty sprzyjają rodzeniu się faryzeizmu, w wielu przypadkach mogą zostać odebrane jako szarganie świętości, jako działanie zniesławiające Kościół i w konsekwencji - jak sądzę - jest jedną z przyczyn zgubnego dlań milczenia.

Powrót na str. główną



NIEPOKOJĄCE SYMPTOMY ZEŚWIECCZENIA KOŚCIOŁA[X 2001 r.]

0. Swoje spostrzeżenia o niektórych zjawiskach w społeczności kościoła katolickiego w Polsce mających niekorzystny wpływ na jej powołanie do wypełniania testamentu Chrystusa przekazuję księżom: biskupowi i proboszczowi jako przewodzącym na różnych stopniach hierarchii wspólnocie, której jestem członkiem, do redakcji "Tygodnika Powszechnego" - którego lektura w znacznym stopniu inspirowała mnie do przemyśleń, oraz do kilku osób prywatnych, które, jak sądzę, może zainteresować to, co napisałem.

Wszystkich, do których się zwracam, proszę o przeczytanie mojego listu z życzliwością, która pozwoli wydobyć prawdziwe moje intencje wyrażone może niezdarnie i nie dość jasno. Poza tą jedną żadnych próźb ani zastrzeżeń związanych z listem nie mam.

Uwagi moje są krytyczne, nie chciałbym jednak, by ktoś czytający sądził, że uzurpuję sobie prawo sądu nad polskimi katolikami, że potępiam. Myślę, że właściwym komentarzem wyjaśniającym moje intencje są słowa Chrystusa Pana "bądźcie doskonali jak Ojciec mój w niebie". Obowiązkiem każdego chrześcijanina jest wypełniać to wezwanie i na każdym etapie rozwoju duchowego winniśmy dążyć do eliminowania przeszkód w tym rozwoju niezależnie od tego, czy etap, na którym aktualnie znajdujemy się, można określić jako życie grzeszne, czy świętość.

I jeszcze jedna refleksja wyjaśniająca moje intencje. Za życie swoje odpowiedzialni jesteśmy wobec Stwórcy indywidualnie, nie zwalnia to jednak nikogo od myślenia kategoriami społecznymi. Musimy pamiętać o tym, że każdy nasz uczynek, ba! każda ukryta myśl, która prędzej czy później ujawni się w odruchowych reakcjach, odbierana jest przez innych i oddziaływuje na nich. Każdy nasz grymas, gest zniecierpliwienia, czy uśmiech są zauważane przez otoczenie w zestawieniu z sytuacjami, którym towarzyszą i w ten sposób najskrytsze nasze myśli, pragnienia i upodobania są przekazywane innym i wpływają na nich nieraz bez świadomego udziału obu stron. I tak to się dzieje, że każdy z nas jest odpowiedzialny za innych braci wspólnoty Kościoła, za wszystkich w najbliższym otoczeniu, za wszystkich w kraju i wreszcie na całym świecie, gdyż zakres oddziaływań pośrednich nie ma ograniczeń. Jeżeli ktoś myśli, postępuje dobrze, mamy w tym swój udział, ale niestety dotyczy to również zła. Jestem odpowiedzialny za obojętność religijną i moralną, za pijaństwo, za śmierć nienarodzonych dzieci itd. itd., gdyż wbrew swoim werbalnym zapewnieniom w głębi swej świadomości nie pragnę "być", lecz chcę "mieć". Moja deklaracja, iż "jestem szczęśliwy, gdyż jestem chrześcijaninem" jest może szczera w swej intencji, ale powierzchowna, gdy w warstwach mej świadomości nie kontrolowanych należycie pozostaję poganinem. Moje gesty niezadowolenia czy aprobaty w konkretnych sytuacjach życiowych zdradzają, że podstawowym celem mej egzystencji jest nie Królestwo Boże, lecz zdobycie możliwie jak największej ilości rzeczy i otrzymanie przyjemnych doznań. To moje nastawienie daje podstawę do powstawania przekonania u innych, że wszyscy na świecie są w rzeczywistości materialistami, że religijność jest jedynie fasadą, że wartości duchowe i przeżycia religijne nie mogą dać szczęścia.

1. Gdy porównać czasy Nowego Testamentu z obecną sytuacją w Polsce, uderzają ogromne podobieństwa: Ma nasza współczesność Rzymian - wojska potężnego państwa, które nie zna naszego Boga. Ma celników współpracujących z Rzymianami. Mamy swoich filohellenów urzeczonych bogactwem i wyrafinowaną kulturą obcych krajów, modnymi strojami i hałaśliwą muzyką. Mamy też "lud ziemi" - amhaares'ów (G. Ricciotti "Życie Jezusa Chrystusa" wyd. PAX 1955 par. 40) - grzeszników wymienianych w ewangelii niejednokrotnie pospołu z celnikami - pijaczków i "cwaniaków" obojętnych dla wartości transcendentnych, zaspokajających swe potrzeby życiowe na poziomie zbliżonym do zwierząt. Gdy dopatrujemy się takich podobieństw, staje przed nami przerażające pytanie: czy rzeczywistość ta ma również swoich faryzeuszy?

Dlaczego pytanie to określam jako przerażające? - Pośrednio lub bezpośrednio Chrystus zwracał się do każdej z wymienionych grup z wyjątkiem filohellenów, o istnieniu których wiemy ze źródeł pozaewangelicznych. Tak więc do rzymskiego setnika odnoszą się słowa: "takiej wiary nie znalazłem w Izraelu". Również w jakimś sensie słowa "oddajcie cesarzowi co cesarskiego" są wyrazem nastawienia Chrystusa do Rzymian. Jeśli chodzi o celników, Chrystus Pan niejednokrotnie dawał wyraz temu, że grzechy ich zarówno z występkami "grzeszników" - "ludu ziemi" - sprawiają Mu ból, zarazem jednak kieruje w ich stronę słowa otuchy i miłosierdzia, słowa z których przebija oczekiwanie nawrócenia i obietnica przebaczenia. Jeśli chodzi o "lud ziemi" - bardziej od wszystkich słów jest wymowny fakt, że pierwsi z ludzi, poza Świętą Rodziną, którym dane było powitać Zbawiciela na Ziemi, byli to półdzicy pasterze należący chyba do najniższych warstw tej właśnie kasty. Pasterze - dla których zarówno ze względu na sposób życia, warunki materialne jak i niski poziom rozwoju umysłowego takie pojęcia jak trwałość związku małżeńskiego, sądzę, że były zupełnie obce - którzy swoje potrzeby seksualne zaspokajali jak zwierzęta.

I wreszcie zwracał się Jezus wielokrotnie do faryzeuszy, ale straszne było to, co do nich mówił: "Groby pobielane, obłudnicy, plemię żmijowe, nie ujdziecie gniewu bożego!" to niektóre ze słów przekazanych przez ewangelistów. Jeśli uzmysłowimy sobie, że słowa te wypowiedział Bóg, że nie chodzi tu o przesadne sformułowania dla efektów retorycznych, lecz o przekaz wiary, dramatyzm postawionego pytania staje się oczywisty.

Może jednak pytanie jest bezpodstawnwe? Ostatecznie analogia sytuacji - zwłaszcza w historii - nie jest dowodem. Może ewangeliści zanotowali fakt istnienia faryzeuszów jako istotny szczegół biografii Chrystusa, który nie powtarza się w dalszym biegu dziejów? Faryzeusze jako konkretna grupa społeczne byli i przeminęli - ew. ich spadkobierców można by w naszych czasach szukać wśród syjonistów. Czy jest sens opierając się na podobieństwach, ale przecież z pominięciem licznych różnic, szukać ich wśród nas?

Sądzę, że tak. Ewangelia jest to przekaz Boga dla wszystkich ludzi wszystkich czasów, a analogie do wydarzeń tamtych czasów nie są wynikiem przypadku, ale odzwierciadlają niezmienność natury ludzkiej podatnej wciąż na te same słabości. Jak rozumiemy, że Chrystus umierał w Oświęcimiu, a obecnie umiera w piaskach Sahelu i cierpi nędzę w Kalkucie, tak też musimy zdawać sobie sprawę z tego, że faryzeusze zawsze będą istnieli i że słowa "strzeżcie się jadu faryzeuszy" zwrócone do nas, są aktualne. Doszukiwanie podobieństw między opisem ewangelicznym a współczesnością nie jest zabawą w historyka, lecz jest dramatycznym rachunkiem sumienia chrześcijanina.

Aby odpowiedzieć na pytanie: czy współcześnie w Polsce są faryzeusze? należy uświadomić sobie, kim oni byli?

Byli gorliwymi wyznawcami Boga, aż do przesady dbali o wypełnienie przepisów Prawa. W swym zapale gotowi byli do wielu poświęceń i wyrzeczeń. To z ich ducha wywodzili się buntownicy przeciw władzy pogańskiego Rzymu gotowi w imię kultu Boga do najwyższej ofiary życia. Nie szczędzili sił i pieniędzy na wznoszenie i utrzymanie świątyń. Zarazem jednak poznanie prawdziwego Boga uczyniło ich pysznymi: pogardzali innymi z tej racji, że ci nie należą do narodu wybranego, lub że nie są gorliwi w służbie Bogu. W swojej pysze uzurpowali sobie prawo do sądzenia innych w imieniu Boga. Potępiali np. celników za to, że ci współpracowali z Rzymianami w sprawach doczesnych, nic z religią nie mających w rzeczywistości wspólnego. Wreszcie: Królestwo Boże pojmowali w kategoriach bardzo ziemskich, nie jako królestwo ducha, lecz doczesnej chwały i przemocy.

Spójrzmy teraz uważnie na nasz kraj, na nas samych: są w Polsce faryzeusze! Jesteśmy nimi my, polscy katolicy!

To my tak jak Żydzi sprzed 2000 lat chcielibyśmy widzieć pogan w kościele skruszonych, przychodzących w pokorze i uniżonych. Chcielibyśmy zdobyć Rzym dla Chrystusa, ale jako potężna siła z pełnym chwały Mesjaszem na czele. Nie jesteśmy gotowi pójść do potężnego Rzymu jak apostołowie w gronie niewolników lub wasali i zdobywać go swoją autentyczną pokorą, ubóstwem i miłością. Marzy nam się w najlepszym razie głoszenie prawdy chrystusowej w książkach, przez radio i telewizję, przez bogate stowarzyszenie czy stronnictwa zatrudniające uczonych i zręcznych działaczy oraz publicystów. A są i tacy, którym marzy się wojna w imię Boga! To my zaślepieni pychą wydajemy apodyktyczne sądy o tym, co jest miłe Bogu a co nie, w sprawach rządzenia, działalności społecznej czy przynależności organizacyjnej. To my mieszamy bezkrytycznie sprawy ziemskie z kościelnymi. Spojrzyjmy tylko uważnie na swoje czyny, słowa i myśli!

W Izraelu, wśród faryzeuszy wielu było tych którzy przestrzegali ducha nie litery Prawa, ale ton ogólny nadawał "jad faryzeuszów". Podobnie i u nas ponad deklaracje słowne istnieje niepisana, niewypowiedziana opinia, która ustala nasz ziemski porządek dla spraw Kościoła. Zgodnie z tym porządkiem wielu znajduje łatwe usprawiedliwienie dla pokropienia wódką uroczystości Pierwszej Komunii Św. dziecka, a zarazem uważa się przynależność do partii marksistowskiej za niezgodną z wiarą w Boga. Inni znowu nie widzą nic złego w niedbałym wykonywaniu pracy, a dopatrują się niewybaczalnej winy, gdy niewierzący wypowiada się lekceważąco o religii. Przychodzimy do kościoła dumni ze swojej wierności Bogu i pełni pogardy a przynajmniej niechęci do tych, którzy zostali za progiem. W tysiącach świątyń każdej niedzieli powtarza się w wielokrotnym wydaniu scena z przypowieści o faryzeuszu i celniku.

2. Słusznie szczycimy się tym, że Polska była przez wieki przedmurzem chrześcijaństwa. Głównie dzięki Polsce kraje środkowej a może i zachodniej Europy nie zaznały okrucieństw panowania tureckiego. Jednak z tym zaszczytnym tytułem naszego narodu wiążą się zastrzeżenia, których nie można pominąć:

Weźmy np. pod uwagę, że określenie "okrutne panowanie" nie jest usprawiedliwione, jeśli porównamy los narodów chrześcijańskich poddanych panowaniu Turków z losem narodów Afryki czy Ameryki wydanych na pastwę chrześcijańskich europejczyków. Ale przede wszystkim chodzi o inną sprawę, o wielkie nieporozumienie towarzyszące pojmowaniu "przedmurza chrześcijaństwa" nie jako działalności politycznej - obrony niezawisłości narodów, których wspólną cechę stanowiła wiara w Chrystusa - lecz jako wystąpienia religijnego, jako domeny wiary, jako swego rodzaju służby Chrystusowi. Paradoks polega na tym, że za tytuł do chwały przyjmujemy odgrodzenie od ludów wschodu Królestwa Bożego, które ma być przecież kwaśnym zaczynem, rozrastającym się drzewem. Przecież w tym zestawieniu tkwi jakaś bolesna sprzeczność: w testamencie Chrystusa jest mowa o zdobywaniu nie o obronie, o rozprzestrzenianiu ewangelii, a nie o zamykaniu się w ghetcie! Jakżeż w tym kontekście gorzko i fałszywie brzmi tytuł: "obrońca chrześcijaństwa"! A przecież więcej: gdy świętokradcze ręce wyciągnęły się po Boga-Człowieka - świętość tak wielką, że większej nie ma i nie będzie w żadnym kościele, On sam powiedział: "schowaj miecz". Naprawdę, żadnej działalności zbrojnej nie można mieszać z wypełnianiem testamentu chrystusowego.

Tak więc o ileż większy tytuł do chwały zyskał naród żydowskim który wydał apostołów i ich uczniów! Oni nie bronili, lecz zdobywali, nie mieczem, lecz miłością i pokorą.

Żyjemy w innych czasach niż nasi przodkowie. Dzięki Bogu złoto i fałszywy blichtr doczesnej władzy, które nie raz w ciągu dziejów oblepiały jak błoto mury Kościoła, nie obciążają dziś chrześcijaństwa. Żyjemy w czasach, które pod wieloma względami przypominają czasy apostolskie. Stoimy przed wielką szansą dorównania pierwszym chrześcijanom w szerzeniu wiary na ziemi, szansą tym większą, że z łaski bożej nie jesteśmy poddawani tak jak oni strasznym próbom prześladowań. Umiejmy tę szansę wykorzystać!

3. Nieraz ludzie stają wobec konieczności dokonania dramatycznego wyboru. Taki był los tych, którzy wpadli w ręce gestapo i mieli do wyboru: zadać sobie śmierć wbrew przykazaniom bożym, lub iść na tortury ze świadomością, że mogą nie wytrzymać bólu i wydać swoich bliskich. Wobec poważnego dylematu staje również człowiek żyjący w kraju, w którym ludzie jego sfery są bogaci, ale jednocześnie obok pleni się skrajna nędza. Taka jest sytuacja w Indiach i w wielu innych krajach na świecie. Jak w takich warunkach winien postąpić chrześcijanin? Przecież zdajemy sobie sprawę, że to co uczyniliśmy cierpiącemu bliźniemu, uczyniliśmy Chrystusowi! - czy odwróciliśmy się, by nie widzieć i nie słyszeć, czy ofiarowaliśmy zdawkową jałmużnę nie uszczuplającą naszego majątku i wygód, czy pomogliśmy naprawdę. Zarazem - w omawianym przypadku - wobec masowości zjawiska nędzy sens ma właściwie tylko wybór radykalny, wszelka połowiczność wydaje się być podszyta fałszem. Jak można być chrześcijaninem żyjąc we względnym dobrobycie, gdy obok bliźni cierpi skrajny niedostatek?

Szczęśliwie tego rodzaju sytuacje znamy tylko z relacji innych, u nas w Polsce nędza występuje jedynie jako zjawisko jednostkowe - najczęściej spowodowane przez alkoholizm lub ciężkie przypadki losowe.

Nie zawsze jednak tak było: ze swoich młodych lat pamiętam czasy, gdy nie było dnia, by do drzwi nie zapukało kilku żebraków, a w każdej miejscowości stały całe dzielnice domów - ruder, gdzie w prymitywie i smrodzie żyli ludzie podejmujący się dla przeżycia wszelkiej pracy za minimalną płacę i niejednokrotnie w upokarzających warunkach. To spośród nich rekrutowały się służące (właściwie nieścisłe: w dwu przypadkach miałem okazję poznać warunki, w jakich mieszkały nasze służące. Były to jeszcze względnie zasobne i urządzone domy, bardzo wielu ludzi żyło we warunkach o wiele gorszych), ludzie, których rodzice moi wynajmowali do najróżniejszych posług.

Ta warstwa ludności zaniknęła po wojnie bardzo szybko: o ile przed 1939 rokiem zmiana służącej nie nastręczała żadnej trudności - chętnych było zawsze bardzo dużo - już w latach pięćdziesiątych znalezienie kogoś do posługi stało się problemem, a warunki ograniczenia ilości i rodzaju posług były coraz ostrzejsze. To zjawisko i inne dowodzą, że nędza w Polsce zanikała, a poczynając od lat sześćdziesiątych mamy z nią do czynienia tylko w pojedyńczych przypadkach. Jakże w tej perspektywie wydaje mi się łatwe i bezkonfliktowe życie w obecnych warunkach!

Gdy papież Jan Paweł II ukorzył się przed jednym z patriarchów wschodniego kościoła katolickiego, był to piękny gest świadczący o głębokim przeżyciu testamentu Chrystusa. W czasach obecnych nie był to jednak gest heroiczny. Taki sam akt pokory tysiąc lat temu, gdy bolesny rozłam chrześcijaństwa powstawał, byłby dla wielu zgorszeniem, ale byłby również wstrząsem, być może zbawiennym dla ówczesnego Kościoła. Obecnie, gdy namiętności sporów towarzyszących schizmie przygasły, gest ten zyskał powszechną aprobatę, ale i niewiele zdziałał i zdziała. Znacznie, znacznie trudniej było by obecnie stanąć wobec tych, którym zawdzięczamy zaszłe w Polsce wspomniane przemiany społeczne ze słowami: "niech wam Bóg wynagrodzi to, coście uczynili najbiedniejszym - a więc Chrystusowi. Ten który powiedział: "cokolwiek uczyniliście najbiedniejszym, mnieście uczynili" niech wam wynagrodzi według swej mądrości i dobroci. Dziękujemy wam za to, że uczyniliście dobro Jemu, którego my staramy się kochać". To byłoby bardzo trudne, spowodowałoby sprzeciw wielu, ale zarazem słowa takie mogły by mieć moc uzdrawiającą jak wszystko, co pochodzi z ducha ewangelii.

Gdy kochana przez nas osoba dozna (nieraz jedynie niewielkiej) dobroci, czujemy do dobroczyńcy wielką wdzięczność zapominając o jego wadach. Chrystus doznał w naszym kraju w osobie nędzarzy wielkiej sprawiedliwości, której nadaremnie oczekiwał od nas chrześcijan przez długie lata. Jeśli nasze zapewnienia o miłości Boga, nasze modlitwy o miłość Boga są szczere, nie możemy wobec tego faktu przejść obojętnie!

U tych, do których jesteśmy uprzedzeni, dostrzegamy przede wszystkim to, co uczynili oni złego. Jest to bardzo ludzkie, nie jest to jednak postawa chrześcijanina. Z dawnych lat, gdy w Polsce dość powszechny był antysemityzm, przypominam sobie, jak ludzie wrogo usposobieni do Żydów, wśród argumentów uzasadniających to nastawienie stawiali zabójstwo Chrystusa. Nic to, że On sam i Jego Rodzice byli Żydami, nic że płakał On nad Jerozolimą, bo ją jak i cały kraj i rodaków kochał, nic cała historia Starego Testamentu, nic zasługi dla Kościoła apostołów i innych chrześcijan - Żydów, nic że Chrystus modlił się za swych zabójców: "Przebacz im bo nie wiedzą, co czynią". Jakaś obłąkańcza wizja własnego sądu przekreślała to wszystko dla jednej chwili, gdy zacietrzewiona garstka wołała: "krew Jego na nas i na dzieci nasze!"

Dziś z perspektywy czasu sami zdumiewamy się, jak to było możliwe, że chrześcijanie wygłaszali takie sądy - cóż, łatwiej jest korygować mniemania, gdy czas uspokoi namiętności. Pamiętajmy o tym, że z takiej samej perspektywy inaczej mogą wyglądać nasze obecne sądy i czyny i bardzo pilnie uważajmy, by myśląc o tych, do których jesteśmy nastawieni niechętnie, nie pomijać ani nie umniejszać dobrego.

Gdy oskarżyciel przemawia w sądzie, musi akcentować winę podsądnego, gdyż wiadomo, że obrońca i tak uwypukli z przesadą okoliczności łagodzące. Agitator polityczny chcący zdobyć zwolenników dla słusznej sprawy musi zwrócić uwagę na błędy swoich przeciwników, gdyż wiadomo, że ci z kolei sami zadbają o przesadne naświetlenie odwrotnej strony zagadnienia. Kościół nie jest ani salą sądową, ani instytucją polityczną, ani żadnym tego rodzaju targowiskiem dla spraw doczesnych i w Nim inne zasady obowiązują. Bądźmy ostrożnie w sądzeniu! Uważajmy, by w ludziach dostrzegać przede wszystkim dobro! Wspomnijmy na błędy jakie pod tym względem popełnili nasi poprzednicy i starajmy się nie popełniać podobnych!

4. W jednej z pieśni maryjnych śpiewamy: "Matka - zobaczyć dobro w nas umie". Naprawdę, umiejętność dostrzegania dobra tam, gdzie jest ono choćby w niewielkich ilościach, jest cechą chrześcijańską. Jest fundamentem miłości skierowanej ku innym ludziom i miłości innych ludzi ku nam - a więc zbliża nas do Boga. Czyni nas szczęśliwymi, sprawia, że ludzie stają się lepsi, bo każdy kto spostrzega, że się go docenia, czuje się tym zdopingowany do doskonalenia się.

Spotkałem się kiedyś z opinią, że "nie istnieje zło, jest tylko brak dobra". Jeśli sąd ten jest prawdziwy, to nie ma sensu walka ze złem, potępianie zła, bo jak zwalczać i potępiać coś, co nie istnieje!? Można tylko tworzyć i powiększać dobro. Nie mają sensu napominania i anatemy - utrwalają one jedynie postawę nieufności, urojonych pretensji i brak wzajemnego zrozumienia. Skuteczne okaże się jedynie błogosławienie w dobrym, modlitwa o to, by ludzie stawali się lepsi, wspólna radość z doznanego i uczynionego dobra.

Czytałem również, że Bóg wobec grzesznika czeka cierpliwie i z niepokojem na najmniejszy przejaw skłonności wyższych i gdy te się przejawią, wykorzystuje natychmiast ten pretekst i z rozrzutną hojnością udziela mu swej łaski. Jakże nieraz trudno zdobyć się na umiejętność zobaczenia dobra w innym człowieku! Jak często dominuje w nas chęć napomnienia, potępienia, karania!

Spotkałem się z opinią brzmiącą mniej więcej tak: "Kościół błogosławieństwa zachowuje tylko dla tych, którzy mają opłacone składki (czy w sensie dosłownym - wpłaty pieniędzy - czy składki w postaci ogólnie rozumianego poparcia dla kościoła jako organizacji), dla innych ma tylko słowa potępienia i nagany". Jest w tym niestety sporo prawdy. Gdy widzimy kapłana błogosławiącego od ołtarza znakiem krzyża, zdajemy sobie sprawę, że tuż obok na ulicy przechodzą ludzie, których gest ten nie sięga. Ba! nawet gdy w czasie uroczystości Bożego Ciała lub z innej okazji nie przeszkadza temu mur, pozostaje przegroda obojętności bardziej skuteczna niż cegła czy beton. Za to jakże głośnym echem rozbrzmiewają (często jeszcze przesadzone) słowa nagany, groźby piekłem, czy inne podobne. I tak ludzie z poza Kościoła, nawet żyjący sprawiedliwie, nie czują się w najmniejszym stopniu ogarnięci wspólnotą mistycznego Ciała Chrystusowego. Czy można to zmienić?

Słusznie Kościół otwarcie występuje np. przeciw rozporządzeniom, które sprzyjają mordowaniu nienarodzonych dzieci. Ale pamiętajmy o tym, że jednocześnie poza Kościołem dziej się dużo dobrego, a przynajmniej dużo ludzie czynią w dobrej wierze: zarządzono zwiększone dodatki rodzinne dla dzieci upośledzonych, są ludzie którzy chcą dla wspólnego dobra dawać ze swej pracy więcej, niż wymagają od nich normy, podejmuje się (również dla dobra ogólnego) bezpłatne prace ... Gdy tylko rozejrzeć się uważnie wkoło, dostrzeżemy bardzo wiele dobra, trzeba tylko chcieć je dostrzec - a to jest właśnie po bożemu.

Pamiętajmy o tym, że każdy dobry uczynek, każde bezinteresowne działanie, każde wzniesienie się ponad ciasny horyzont egoizmu, ponad poziom wyznaczony przez współczesne pogaństwo - postawę konsumpcyjną, jest wyjściem naprzeciw Bogu, choćby i nieświadomym. Tak jak każda roślina czy zwierzę, gdy w swej nieświadomości żyje zgodnie z prawem boskim, wypełnia tym samym wolę bożą i pomnaża chwałę Boga, tak i uczynki człowieka - jestem przekonany, że gdy nawet bez zamiaru służenia Bogu są podporządkowane Jego przykazaniom, są Mu miłe. Rzeczą chrześcijan jest zebrać je wszystkie tak, by nic się nie zmarnowało i ofiarować je Bogu. Czy nie powinniśmy publicznie, w kościele dawać wyraz radości z każdego dobrego działania ludzi z poza Kościoła, czy nawet tylko dobrych chęci, ofiarować je Bogu, prosić o błogosławieństwo dla sprawców tych dzieł? Jestem przekonany, że taka modlitwa choćby odmawiana szeptem w kościele przedostanie się poza mury i nawet ci, którzy nigdy nie wchodzą do środka świątyni, odczują jej działanie.

Chcemy zdobywać świat dla Chrystusa, ale zaczynamy od nakazów i napomnień. Głosimy, że Bóg jest miłością, ale czynimy to z grymasem obojętności, nieprzyjaźni, ba - nieraz wzgardy. Jak mają niewierzący uwierzyć w tę miłość, kiedy odbierają wrażenie, że Kościół - to ziemskie odbicie Królestwa Bożego - "zobaczyć dobro umie" tylko w tych "co mają opłacone składki"?

Wydaje się, że winniśmy zbierać nawet wątłe iskierki dobra rozsiane po świecie, by powstało z nich jak najwięcej żaru. I nie martwmy się o to, czy żar ten zapłonie w Kościele! Niejednokrotnie słyszałem w czasie kazania, że "nie byłoby na świecie wojen, niesprawiedliwości, gdyby wszyscy ludzie przystępowali do Komunii Świętej, odmawiali różaniec ...". Jestem przekonany, że istnieje też zależność odwrotna: gdy ludzie dążą do dobra, dążą również do Boga. Pomnażane na świecie dobro będzie w sposób naturalny ciążyło do Kościoła.

Głośmy światu naukę Chrystusa, nie ustawajmy w staraniach o to, by Kościół ogarnął wszystkich ludzi - jest to bardzo ważne i bardzo wielkie dzieło. Ale pamiętajmy o tym, że dobro ma swoją wartość i poza Kościołem. Sami nie wiemy, kiedy i w jaki sposób może ono zaowocować.

Powrót na str. główną