Powrót na str. główną



Letnia włóczęga 1976 roku
czyli kronika wędrówki po Borach Tucholskich rodziny Głąbińskich w składzie: tata, Teresa, Zosia, Kasia. Sierpień 1976r.

10 sierpnia 1976 roku. Pierwszy dzień podróży. Wtorek.

Pobudka nastąpiła o 5-tej rano. Bilety wykupiłem poprzedniego dnia. Zjedliśmy śniadanie przygotowane przez mamę i o szóstej wyruszyliśmy. Nadarzył się nam autobus 127 do Przymorza skąd koleją dojechaliśmy do Oliwy i tam doczekaliśmy się naszego pociągu, nawet zdążyłem kupić gazetę. Pociąg przyjechał punktualnie 6.35. W Pelplinie wysiedliśmy o ósmej.

Przez miasto przeszliśmy wstępując jedynie do katedry i do kiosku z napojami, po czym ruszyliśmy szosą w kierunku Starogardu. Maszerowaliśmy trochę śpiewając, a trochę próbując (bez rezultatu oczywiście) zatrzymywać samochody na autostop. Wreszcie osiągnęliśmy las i skręciwszy w pierwszą drogę w lewo, rozłożyliśmy się na odpoczynek. Ponieważ pogoda była słoneczna, rozebrałem się do kąpielówek. Dziewczynki jakoś nie poszły moim śladem, tylko Teresa założyła krótkie spodnie. Na tym postoju dziewczynki wykonały kilka pierwszych zdjęć.

Dalej szliśmy przez las pożywiając się po drodze malinami. Niestety było ich niewiele i tylko niektóre naprawdę dobre. Spotkaliśmy kilku poszukiwaczy grzybów. Kolejny postój w lesie zaznaczył się tylko tym, że również Kasia zmieniła strój.

O ile dotąd szliśmy drogami uczęszczanymi, obecnie ulegając namowom Kasi skierowaliśmy się na drogę zarośniętą trawą. Droga prowadziła w kierunku rzeki oznaczonej na mapie. Teren obniżał się stopniowo i wreszcie wyszliśmy na łąki przez które płynęła rzeka Węgiermuca (tak ją nazwano na mapie) niesłychanie kręta, płytka, o czystej wodzie i zarośniętych brzegach. Trudno było znaleźć miejsce, w którym obydwa brzegi byłyby dostępne ze względu na błoto i pokrzywy; zeszliśmy więc do wody i potem kawałek wędrowaliśmy po piaszczystym, nieco grząskim dnie, brodząc w chłodnej choć niezbyt wartko płynącej wodzie. Gdy wyszliśmy na brzeg, dalej odnaleźliśmy jakąś drogę, która prowadziła brzegiem lasu. Wkrótce zatrzymaliśmy się na

Postój "pod wierzbą".

Dziewczynki udały się do gospodarstwa w pobliżu, by dowiedzieć się o możliwość zakupienia mleka. Niestety, dostały tylko wodę, na której ugotowaliśmy zupy: 1 litr grochówki i tyleż fasolowej przegryzając chlebem z zapasami z domu - szynką i masłem. W gospodarstwie dziewczynki zawarły znajomość z jakąś psią rodzinką, a ja w czasie ich nieobecności uciąłem sobie pogawędkę z gospodarzem z sąsiedztwa, którzy przerwał zgrabianie pola po żniwach w pobliżu naszego obozowiska.

Wyruszyliśmy o 13.20. Coraz częściej mijaliśmy zabudowania gospodarskie. Marsz szedł nam niesporo: Kasia narzekała na zmęczenie, ja musiałem założyć spodnie i koszulę ze względu na coraz częstsze spotkania z ludźmi. Zosia znalazła jakieś warzywo rosnące w polu (chyba to była brukiew), które za jej namową próbowaliśmy jeść, wstępowaliśmy do sklepu napić się oranżady i wreszcie napotkaliśmy opuszczone gospodarstwo. Tam urządziliśmy

Postój "w zdziczałym sadzie".

Rozłożyliśmy się wśród resztek drzew owocowych na których było trochę nienajgorszych wiśni (niestety mało), dziewczynki ku mojemu przerażeniu dobrały się do jakiś chyba niedojrzałych jabłek i oglądaliśmy zapuszczone obejście. Murowany dom wyglądał jeszcze okazale. Niektóre okna i drzwi zabito deskami, ale w kilku oknach wisiały firanki. Za to drewniane budynki gospodarskie pozawalały się i tylko niektóre słupy i jakieś murowane fragmenty z resztkami dachu wznosiły się ku górze.

Jeszcze uprzednio pytałem się po drodze w pewnym gospodarstwie, czy mogą sprzedać mleka. Zagadnięta gospodyni odrzekła, że zarówno ona jak i sąsiedzi wszystko odstawiają - perspektywy więc marne. Teraz, wypocząwszy, Kasia udała się do gospodarstwa widocznego na wzgórzu po przeciwnej stronie drogi. Po chwili wróciła przynosząc w bańce ponad litr mleka - nieco skwaśniałego, jak ostrzegała gospodyni, ale za to gratis i z dobrego serca. Mleko było zresztą pyszne. Jedynie mając na względzie dopiero co zjedzony owoc powstrzymałem dziewczynki od picia większej ilości. Bardzo nam się ono przydało w czasie kolejnego etapu. Szliśmy okolicą suchą, piaszczystą, przez sosnowe mizerne gaiki, a słońce dopiekało. Zosia i w jeszcze większym stopniu Kasia, ledwie wytrzymały półgodzinny marsz.

Nocleg w "stajence betlejemskiej".

Kolejny postój zarządziłem na rżysku pszenicznym przy drodze w cieniu drzew i krzewów, które oddzielały nas od drogi. Terenia i Zosia zaopatrzyły nas w wodę z bliskiego PGR-u. Woda ta podejrzanie mętna świetnie nadawała się go gotowania, upitrasiłem więc pełną menażkę "zupy bieszczadzkiej" (posiłek jednodaniowy, 25 min. gotowania) i menażkę "błyskawicznej grochówki". Tak nam zeszedł czas do 17.40. Terenia i Zosia wykryły w pobliżu na polu coś w rodzaju szopy, w której można zanocować. Bardzo spodobało się to locum nam wszystkim, więc upewniwszy się, że nikt nie będzie miał nam za złe zajęcia tego obiektu do następnego dnia, zainstalowaliśmy się tam. Nanieśliśmy jeszcze do środka słomy, której duża ilość leżała na stosie obok i wnieśliśmy swoje rzeczy, pod czym ja i Kasia poszliśmy jako pierwsza para myć się. Między budynkami Gminnej Spółdzielni, którą uprzednio mylnie nazwałem PGR-em, znalazłem kran, pod którym urządziliśmy piękne mycie, a w drodze powrotnej dowiedziałem się od gospodarza w sąsiedztwie, że może sprzedać nam mleko. Gdy z kolei poszła myć się następna para, wstąpiła do nas gospodyni - właścicielka naszej szopki i zarazem dostarczycielka obiecanego mleka. Szła właśnie wydoić krowy i zajrzała ciekawa, co to za towarzystwo rozgościło się w tej budowli z żerdzi i słomy. Kasia wprosiła się zaraz "do pomocy" przy dojeniu krów. Skończyło się na tym, że wszystkie trzy panny otrzymały poczęstunek ze świeżego, jeszcze ciepłego mleka.

Nieco po dziewiętnastej słońce zaszło. Zaczęło się robić coraz chłodniej. Dziewczynki ubrały się cieplej i powędrowały zwiedzać wieś, a ja pisałem kronikę i szykowałem się powoli do spania. Po pewnym czasie panny wróciły w towarzystwie dzieci gospodarzy z trzech domów stojących w pobliżu. Następnie całe bractwo rozpoczęło już w zupełnych ciemnościach zabawę z bieganiem po wsi. Zostałem sam słuchając przez radyjko kwartetu Borodina.

W miarę upływu czasu, gdy panny nie pokazywały się, byłem coraz bardziej zaniepokojony, wreszcie jednak, akurat gdy koncert kończył się, wróciły. Trochę je zwymyślałem (zwłaszcza Kasię, którą uprzednio ponoć bardzo bolała noga) i zaczęliśmy układać się do snu. Ponieważ próba wepchnięcia dwu dziewczynek do jednego śpiwora nie dała pozytywnego rezultatu, Zosia i Kasia weszły do śpiworów i ułożyły się po bokach, a Teresa ze mną zajęliśmy teren pośrodku okrywając się kocem.

PS. Coś nawaliło w radyjku, którego nie można wyłączyć. Musiałem odłączyć przewody od baterii i już do końca wędrówki nie mogłem słuchać żadnej audycji.


11 sierpnia. Środa. Drugi dzień podróży.

Szopę, w której spaliśmy, nazwałem stajenką betlejemską, gdyż prymitywne warunki noclegu w niej przypominały opis ewangeliczny. Spaliśmy jednak dobrze, choć przykrycie kocem nie dawało należytej izolacji. Obudziliśmy się o szóstej, wyczyściliśmy zęby, ubraliśmy się i zjedli śniadanie. Teresa poszła myć garnki, a reszta zajęła się pakowaniem manatków. O pół do ósmej wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze kupiliśmy litr mleka, a po dojściu do Bobowa wstąpiliśmy do sklepu po chleb i herbatę, po czym dziewczynkom udało się załatwić autostop w samochodzie dostawczym typu "Żuk".

Jazda była piękna, choć krótka - raptem trzy kilometry. Wysadzono nas w Dąbrówce (nazwa zapisana z pamięci), gdzie przy wysiadaniu zahaczyłem bańką o burtę naszej półciężarówki i wylało się prawie cały zapas mleka.

Uprzejmy gospodarz wskazał nam pompę, gdzie zabraliśmy zapas wody i napiliśmy się. Wstąpiliśmy do ładnego kościoła połączonego z cmentarzem. Potem poszliśmy polną drogą za wieś. Wędrowaliśmy niespiesznie przystając dla załatwienia potrzeb naturalnych, gdy niespodzianie, widoczna z boku jednolita zasłona drzew urwała się ukazując leżące dalej jezioro. Natychmiast zmieniliśmy kierunek marszu i wkrótce znaleźliśmy się nad brzegiem.

Biwak "nad jeziorem".

Miejsce było idealne do urządzenia dłuższego postoju. Woda przezroczysta z małymi kamyczkami, dokoła rósł las, a niedaleko widzieliśmy przystań kajakową i kąpielisko jakiegoś ośrodka wypoczynkowego. Rozłożyliśmy się na trawie w cieniu krzaków mając zresztą obok dużo miejsca nasłonecznionego i wykąpaliśmy się, a następnie rozpaliliśmy ogniska: jedno ot tak sobie, na drugim zaś przyrządziłem na obiad kilka opakowań "błyskawicznej grochówki". Każdy dostał łychę, menażkę, oraz chleb, poszedł w kąt i wcinał sobie. Na deser można było dopchać się chlebem i herbatą. Kilka chwil leżenia, pakowanko i ruszamy brzegiem jeziora.

Wkrótce dotarliśmy do widocznej z biwaku, jak się okazało, prawie bezludnej przystani. Tu poinformowano nas, że znajdujemy się nad jeziorem Płaczkowskim, Zosia z Kasią wdrapały się na trampolinę, zwiedziły pomost i urządziły zawody, która zajdzie dalej od brzegu bez zamaczania ubrania, a Terenia powędrowała szukać pitnej wody. Poszukiwanie niestety nie dało rezultatu, gdyż jedyna studnia była popsuta i trzeba było napełnić bańkę czerpiąc z jeziora - w wypadku wielkiego pragnienia pozwoliłoby to na dowolnym postoju zagotować herbatę.

Szliśmy brzegiem jeziora, ścieżką w lesie. Upał tutaj nie był dokuczliwy - od jeziora powiewał chłodny, północny wiatr. Wychodząc z terenu ośrodka wypoczynkowego zauważyłem porzucony na plaży, zmontowany z zespawanych drutów zbrojeniowych nieduży statyw do stawiania menażek nad ogniskiem. Uprzednio na biwaku "nad jeziorem" udało mi się znaleźć dwa dość duże kawałki drewna, z których przy pomocy piasku i kamieni zmontowałem całkiem udaną kuchnię (o ileż lepiej było gotować na niej niż na kocherze!), na przyszłość nie można jednak było liczyć na tak szczęśliwy traf, a gotowanie na ognisku oprócz innych zalet daje oszczędność spirytusu (za to niestety straszliwie usmoliły się menażki). Tak więc rada w radę zabraliśmy znalezisko ze sobą.

Definitywnie z jeziorem rozstaliśmy się około czternastej po czterogodzinnym pobycie nad jego wodami. Wędrowaliśmy drogami leśnymi wybierając te, które zmierzały na południowy zachód. Po drodze pilnie rozglądałem się patrząc, czy nie zobaczę jagód, jednak bez skutku - jeśli nie liczyć kilku tak mizernych, że nie poczuło się ich w ustach.

Postój u "wiśniowej babci".

Piękna była leśna droga, wyszliśmy jednak wreszcie na zarośnięte chwastami pola, wśród których stało gospodarstwo. Zabudowania widać było na szczycie wzgórka, zboczem którego zbiegał ku drodze sad. W sadzie widać było ule i oblepione wiśniami drzewa. Gdy obeszliśmy drogą ów ogród, pokazało się wejście do zagrody. Przed furtką siedziała staruszka, więc poprosiłem Kasię, by spytała o owoc. W odpowiedzi otrzymaliśmy pozwolenie na splądrowanie sadu, oraz na użycie do tego drabiny i stołka. Wpychaliśmy wiśnie do oporu. Chciałem przy okazji narwać owocu dla naszej gospodyni, okazało się jednak, że już ma zapas większy, niż jest w stanie zużyć. Oprócz wiśni otrzymaliśmy doskonała wodę z bardzo głębokiej studni, z której trzeba było wyciągać wiadro za pomocą kołowrotu.

Gospodyni liczyła sobie ponad 70 lat. Mieszka samotnie: dzieci wyniosły się do miasta nie chcąc prowadzić gospodarstwa, które przynosiło jedynie niewielki dochód, a to z powodu nieurodzajnej, piaszczystej gleby. Przez pewien czas gospodarowała do spółki z mężem, a gdy zabrakło im siły, oddali ziemię państwu za rentę. W ubiegłym roku gospodarz zmarł i obecnie staruszka nosi się z zamiarem zamieszkania w mieście.

Nocleg koło huśtawek.

W dalszym ciągu dokuczał upał. Zatrzymaliśmy się na postój w pięknym brzozowym zagajniku, by odpocząć po półgodzinnym marszu. Dalsza droga szła niemrawo: zamiast co pół godziny - jak to ustaliłem na początku łazęgi - zatrzymywaliśmy się co kwadrans: to któraś odczuwała nagłą potrzebę, to znalazł się jakiś inny pretekst do przerwania marszu. Mijaliśmy na przemian: zagajniki, pola, nieliczne zagrody. Co jakiś czas widać było typowe dla pojezierza małe jeziorka, czy raczej sadzawki o znacznie obniżonym mimo ostatnich deszczów poziomie wody.

Ponieważ minęła godzina siedemnasta, postanowiliśmy wchodząc do kolejnego lasku, że w najbliższym gospodarstwie poprosimy o nocleg. Lepiej nie mogliśmy trafić! Legowisko otrzymaliśmy na sianie nad obórką, gdzie mieściły się trzy krowy, klacz ze źrebakiem, trochę świnek i młode kaczki. Nakarmiono nas i napojono wg wzorca staropolskiej gościnności. Dziewczynki znalazły na miejscu całe grono młodszych od siebie koleżanek i kolegów, które zaprowadziły je na wspaniałe huśtawki zawieszone na konarach sporego drzewa rosnącego nad głębokim wykopem. Dziewczynki wychodziły wysoko na brzeg tego wykopu ciągnąc za sobą koniec sznura, następnie któraś siadała na deseczce zamocowanej do tej liny i odepchnąwszy się szybowała najpierw nad murawą i jałowcami porastającymi skarpę, a potem wysoko! nad dnem wąwozu. Ja też spróbowałem tego latania. Było wspaniale! Po obejrzeniu hodowli nutrii, zjedzeniu w towarzystwie gościnnych gospodarzy zupy mlecznej z ryżem i obejrzeniu w telewizji audycji na dobranoc, oraz początku dziennika, poszliśmy spać.


12 sierpnia. Czwartek. Trzeci dzień podróży.

Trudno opisać wszystkie uroki naszego ostatniego noclegu. Nikt nie zmarzł, Teresa narzekała nawet, że było jej za gorąco. Wstałem przed piątą i wybiegłszy za gospodarstwo trochę gimnastykowałem się, potem pisałem kronikę oczekując przebudzenia się dziewczynek. Na koniec obdarowani obficie mlekiem na śniadanie i jeszcze do bańki na drogę, ruszyliśmy o siódmej. Było pochmurno i prawie bez wiatru.

Popas na skraju lasu.

Ruszyliśmy dalej tą samą drogą, którą wędrowaliśmy wczoraj. Skręcała ona coraz wyraźniej na zachód. Ponieważ wiedziałem, że ten szlak prowadzi nas do Lubiechowa, które chciałem ominąć, skręciliśmy w jakąś drogę w prawo i rozłożyliśmy się na skraju lasów, widocznych na zachodzie jako jednolita ściana drzew. Właśnie mieliśmy zbierać się do dalszej wędrówki, gdy od wsi nadjechał wóz z uczepioną doń zgrabiarką. Na prośbę Zosi gospodarz zgodził się podwieźć nas i wytłumaczył, jak wędrować w kierunku Ocypela.

Popas pod amboną myśliwską.

Z wozu zeszliśmy za lasem, blisko szosy ze Zblewa do Skórcza. Na zachodzie znowu horyzont zakryła ściana lasu. Ruszyliśmy w tamtą stronę najpierw na przełaj przez pola, a po przecięciu szosy - szerokim wygonem. Na skraju lasu zauważyłem jakąś konstrukcję z bali drewnianych. Szliśmy w jej kierunku i ponieważ minęło pół godziny odkąd założyliśmy plecaki, urządziliśmy pod tą - przypuszczalnie amboną dla myśliwych - odpoczynek.

Tesia opatrywała swoje pęcherze na nogach, Zosia i Kasia trochę zajadały kradzioną z pola kalarepkę, a trochę tłukły się szyszkami. Wreszcie wyskrobały się na ambonę i stamtąd zaczęły bombardować nas szyszkami. Ja pisałem kronikę. Każdy zajęty był swoim tak, że z planowanych piętnastu minut odpoczynku zrobiło się pół godziny i nadal tkwilibyśmy w miejscu, gdyby nie zaczęło trochę kropić.

Popas jagodowy.

Wyruszyliśmy o 9.45 drogą na skraju lasu, na południe. Wkrótce las po prawej ręce urwał się i nagle znaleźliśmy się nad zarośniętą bujną trawą doliną, której dnem, łagodnymi zakolami płynęła Wda (Czarna Woda). Trafiliśmy na miejsce, w którym rzeka skręca na zachód. Nasza droga nieco dalej rozwidlała się. My, jak zawsze na tej wycieczce, skierowaliśmy się drogą, która wydawała się prowadzić w kierunku południowo-zachodnim.

Teraz weszliśmy w las. Planowałem, że pójdziemy przez pół godziny. Niestety, jeszcze nie upłynęło 10 minut od wymarszu, gdy zauważono pierwsze krzaki jagodowe obficie obsypane owocem, co wywołało wyraźne oznaki niepokoju. Udało mi się jeszcze wywojować 5 minut marszu co kilka kroków podrywając dziewczynki zapewnieniem, że dalej będzie jagód jeszcze więcej. Wreszcie musiałem skapitulować.

Deszcz, który uprzednio nas pokropił, skończył się po kilku kroplach, ale chmury nadal wyglądały groźnie. Umieściliśmy plecaki pod kępą gęstych chojaków i zaczęło się zbieranie. W ciągu pół godziny nie tylko napchałem się jagodami, ale mimo, iż nikt nie oddalił się więcej niż 50 m, mieliśmy pełną menażkę słodkiego owocu. Kasia i Zosia zrobiły z tego dwie menażki koktajlu mleczno-jagodowego, który zaraz został zjedzony.

Popas nad Wdą.

Wyruszyliśmy o 11.30. Wkrótce znowu zbliżyliśmy się do rzeki i dalej szliśmy jej wysokim brzegiem. Po kwadransie osiągnęliśmy jakąś szosę, która w tym miejscu przecinała rzekę. Mogliśmy przejść przez most i dotrzeć do Ocypela, skąd można by wysłać kartki pocztowe. Jednak dalsza droga wzdłuż rzeki była zbyt nęcąca i po krótkim wahaniu porzuciliśmy asfalt.

Teraz brzeg był niższy. Idąc, cały czas widzieliśmy wodę i nawet wymieniliśmy uprzejmości z napotkanymi kajakowcami. W wilgotnych miejscach rosło trochę leszczyn i dziewczynki próbowały zielonych orzechów. Wreszcie, akurat w momencie przewidzianym dla rozpoczęcia odpoczynku, doszliśmy do miejsca, gdzie rzeka podmywała las. Było tam świetne zejście do wody, z czego niezwłocznie skorzystałem i pochodziłem sobie po piaszczysto-kamienistym dnie rzeki uważając jednak, by nie zamoczyć kąpielówek. Kąpać się nie miałem ochoty, gdyż było chłodno.

Popas kąpielowo-obiadowy.

Nadal wędrowaliśmy trzymając się blisko rzeki. Nakładało się przez to trochę marszu, a na krótkim odcinku trzeba było radzić sobie całkiem bez drogi.

Wspaniałe miejsce na postój nadarzyło się nam akurat, gdy upłynęło przepisowe pół godziny od wymarszu. Rzeka podmywała tu stok wysokiego, piaszczystego wzgórza. Szczyt porośnięty był lasem sosnowym, w którym można było znaleźć pod dostatkiem chrustu, od strony rzeki powstało jednak osuwisko prawie pozbawione roślinności, co umożliwiało rozpalenie ogniska bez obawy pożaru. Stok tego wzgórza na wysokości kilku metrów nad wodą przecinała droga tworząc szeroką półkę trochę piaszczystą, ale można było tam znaleźć również sporo trawy. Cień zapewniały rosnące wzdłuż brzegu rzeki wysokie akacje. Zejście do wody było o tyle niewygodne, że strome, za to woda przy brzegu płytka, a kamieniste dno przypominało Dunajec w Płazówce. Głębokość wody wzrastała stopniowo ku środkowi koryta, gdzie stojąc zanurzałem się prawie po szyję, a dalej ku przeciwległemu brzegowi robiło się znowu płyciej, tyle że szło się już po miękkim piasku.

Zosia nie miała ochoty kąpać się, gdyż woda była zimna, za to reszta nas używaliśmy, ile tylko się dało. Początkowo dziewczynki bały się dość głębokiej i rwącej wody, wkrótce jednak przyłączyły się do mnie. Brodząc po pas przechodziliśmy w górę rzeki, gdzie na zakolu odłożyła się szeroka i płytka ławica piasku, puszczaliśmy się z prądem i da capo. Wspaniale zwłaszcza przepływało się pod bramkami utworzonymi przez pozostałych kąpiących się stojących w rozkroku. W cudownie przezroczystej wodzie widać było "bramki" już z daleka, a prąd niósł tak, że wystarczyło tylko kierować.

Słońce przyświecało nam podczas kąpieli, później jednak skryło się za chmurami. Zimno nie było, ja pozostałem w samych majtkach, tylko zmieniłem mokre na suche, jednak Teresa narzekała na chłód, ubrała się, jak mogła najcieplej i owinęła w koc. Trochę byłem tym zaniepokojony, ale gdy Tesia trochę się zdrzemnęła przed obiadem, przeszło jej.

Obiad przygotowałem na ognisku wykorzystując znaleziony wczoraj żelazny statyw. Nakląłem się przy tym srodze, a to z przyczyny puszek: Basia obdarowała nas na drogę m. in. dwiema płaskimi puszkami zawierającymi kiełbasę z kaszą w sosie pomidorowym. Na wierzchniej stronie widniał piękny opis, jak posłużyć się tym przysmakiem: wsadzić na 10 min. do wrzącej wody, otworzyć odcinając górną część, dolna część może służyć jako talerz. Z zagrzaniem oczywiście kłopotu nie było, za to z otwieraniem! Ciekaw jestem, czy ktoś z producentów próbował otworzyć taką rozgrzaną do 100 stopni Celsjusza puszkę z mocnej, grubej blachy? Gdy wreszcie udało mi się odciąć blachę na ca 1/4 obwodu puszki i odchylić, wydłubywaliśmy tę kaszę z odrobiną kiełbasy nie bacząc zupełnie na to, że dolna część miała być w założeniu wygodnym talerzem. Ostatecznie wyjedliśmy zawartość obydwu puszek dość dokładnie, popiliśmy dwoma litrami gorącego rosołu z rozpuszczalnych kostek, przegryźliśmy chlebem i byliśmy zadowoleni: wszyscy, że powąchali kiełbasę, ja dodatkowo, że ubyło mi z plecaka dobre pół kilograma szerokich, twardych puszek, które miały tendencję do przesuwania się na dno plecaka, skąd ugniatały boleśnie nerki.

Popas przy drewnianym moście.

Wyruszyliśmy o 16.15 Starałem się trzymać brzegu rzeki. Niestety drogi uporczywie - co się któraś zaczęła, to uciekała w bok i wkrótce przedzieraliśmy się w gąszczach jak traperzy w dziewiczej puszczy. Wpakowaliśmy się w taki ostępy, że gdyby nie srogi hałas jaki towarzyszył naszej mordędze, pewnie zobaczylibyśmy jakie zwierzęta. Najcięższe były te odcinki, na których mieliśmy do wyboru: albo strome zbocze porośnięte lasem, albo błotnistą łąkę nad rzeką. W takiej to sytuacji Teresa i Kasia wpakowały się po kostki we wodę i zamoczyły buty. Od tego momentu ja szedłem na czele, a reszta gęsiego za mną.

Gdy już zbliżała się pora odpoczynku, niespodziewanie ujrzeliśmy drewniany most przez rzekę. Wkrótce wyszliśmy na drogę przeczytawszy uprzednio napis na zwróconej tyłem do kierunku naszego marszu tablicy: "Wstęp wzbroniony, teren zagrożony erozją".

Po przejściu na prawy brzeg rzeki rozłożyliśmy się na trawie obok drogi. Dziewczynki snuły rozważania na temat: jak też poradzimy sobie z noclegiem, ja poszedłem jeszcze raz podziwiać z mostu cudowną przezroczystość wody.

Pierwsi ludzie, których napotkaliśmy, byli to traktorzysta z pomocnikiem. Siedzieliśmy już razem przy plecakach, ja na olaboga rety pisałem kronikę, gdy na moście rozległo się terkotanie i ukazał się traktor ciągnący przyczepę załadowaną snopami zboża. Dziewczynki zerwały się, stanęły przy drodze i jęły machać rękami, co widząc traktorzysta zatrzymał pojazd. Nawet nie wzbraniał się zbyt stanowczo przeciw wpuszczeniu nas na zboże, jednak ponieważ wyrażał obawy, że może ktoś na nierównościach spaść, ja wtrąciłem się i podziękowałem kierowcy za dobre chęci, a dziewczynki po momencie wahania pogodziły się z decyzją. Dowiedzieliśmy się jedynie, że w pobliżu jest wieś i zaraz zaczęliśmy zbierać się do drogi.

Nocleg u koguta zawadiaki.

Do wsi doszliśmy: najpierw prosto, potem w prawo. W pierwszej chałupie nie przyjęto nas, podobnie w drugiej, w trzeciej nikogo nie zastaliśmy, dopiero w czwartej otrzymaliśmy miejsce w stodole wysoko na pachnącym sianie. Na kolację wypiliśmy litr mleka, który nam pozostał jeszcze od rana i przekąsiliśmy chlebem. Gospodyni widząc, że rozkładamy się z posiłkiem na łące za ogrodzeniem, zaprosiła nas do mieszkania i poczęstowała świetnym chlebem własnego wypieku.

Przygotowaliśmy sobie legowiska, umyliśmy zęby potem jeszcze przed zaśnięciem trochę przeszliśmy się spacerem po lesie do szosy usuwając przy okazji zwarcie przewodów linii telefonicznej spowodowane przez drąg zarzucony na druty przez jakiegoś złośliwca.

Kasia była rozczarowana brakiem towarzystwa do zabawy, jak to miało miejsce na poprzednich noclegach. Aby sobie to powetować, postanowiła karmić zwierzęta. Na drogę, jeszcze w domu, otrzymaliśmy szynkę, w której były kawałki niemożliwe do pogryzienia. Ostatni taki kąsek jeszcze nie rozczęstowany miała Kasia w kieszeni i udała się z tym do tutejszego Burka podwórzowego. Ten właśnie obszczekawszy nas dokładnie leżał w budzie utrudzony i obojętny na otoczenie. Nie chcąc ryzykować spotkania z zębami Kasia rzuciła smakołyk z daleka. Pies - fujara, nie bardzo zorientowany, w czym rzecz, tkwił nadal w budzie, a szynkę porwała jakaś bardziej od niego bystra kura. Kasia oburzona taką zmianą adresata pogoniła za złodziejką i ... wtedy okazało się, kto jest prawdziwym panem tej zagrody! Skądś z boku wyłonił się wspaniały, barwny kogut i z bojowym okrzykiem ruszył na Kaśkę. Potrząsając dumnie pióropuszem swego ogona i bijąc skrzydłami pędził za Kaśką, która na szczęście ma dobre nogi. Wreszcie, stwierdziwszy, że zuchwała przybłęda okazała mu rejterując należyty szacunek, zatrzymał się i zmierzywszy otoczenie dumnym spojrzeniem, wrócił do swoich żon.


13 sierpnia. Piątek. Czwarty dzień podróży.

Spanie było bardzo dobre, mnie było nawet za ciepło i musiałem się odgrzebywać. Za to Tesia trochę zmarzła, a Zosia wymiotowała w nocy. Obudziłem się przed wschodem słońca, gdy o pół do piątej rozwidniło się na tyle, że przeniósłszy się do ściany, gdzie przez szpary wpadało więcej światła, uzupełniałem kronikę.

O ile wschód słońca chmury zasłoniły, później pogoda zrobiła się słoneczna. Zakupiłem u naszych gospodarzy 3 litry mleka oraz ćwiartkę masła. Łącznie za wszystko zapłaciłem 35 zł. Na śniadanie ja i Kasia zjedliśmy chleba z masłem i świeżym mlekiem, Zosia i Terenia, która również poczuła się niedobrze, napiły się tylko gorącej herbaty, którą zaparzyłem otrzymawszy wrzątek od gospodarzy.

Gdy schodziliśmy z siana, pojawił się kogut w nastroju wojowniczym i próbował atakować dziewczynki. Usiłowałem to sfotografować, niestety gdy tylko naszykowałem aparat, kogut natychmiast tracił animusz i albo przypominał sobie, że jest głodny, albo że ma coś pilnego do załatwienia w przeciwległym końcu podwórza.

Postój z przesyłką zwrotną.

Wyruszyliśmy o pół do ósmej drogą do Ocypela. Początkowo, gdy szliśmy przez wieś (Krampka), słońce zaczęło prażyć, w lesie jednak cień i wiatr sprawiły, że gorąco nie dokuczało. Poza tym od czasu do czasu słońce przesłaniały białe, bąblaste obłoki.

Droga doprowadziła nas do toru kolejowego, tam skręciła w prawo i wkrótce zobaczyliśmy tartak i stację kolejową w Ocypelu. Przed wyjściem z lasu rozłożyliśmy się w cieniu młodych sosen na odpoczynek. Tutaj Teresa zwróciła naturze niedawno wypitą herbatę i - jak sądzę - to coś, co utkwiło jej w żołądku. Podejrzewam, że zarówno w przypadku Tesi jak i u Zosi, były to jabłka, które panny zerwały jeszcze u "wiśniowej babci".

Popas nad jeziorem Ocypel.

Przechodząc przez Ocypel uzupełniliśmy zapasy żywności i wysłaliśmy kartkę do domu. Niestety nie udało się kupić widokówki z tych okolic. Poza tym nie zatrzymywaliśmy się. W samej wsi zwracały uwagę wianuszki grzybów suszące się przed każdym domem czy domkiem kampingowym.

Nad jeziorem zatrzymaliśmy się na plaży przy kąpielisku. Nie było tam wiele osób, woda cudownie przezroczysta (prawie jak we Wdzie). Trochę jednak przeszkadzały wodorosty. Zosia nie kąpała się, gdyż jeszcze nie czuła się całkiem dobrze.

Popas śpiących królewien.

Wyruszyliśmy o 11.45 wzdłuż brzegu jeziora pokonując przeszkody w postaci płotów z żerdzi i strumyka wypływającego z jeziora. Brzegi jeziora stawały się coraz mniej dostępne, obrośnięte trzciną i oddzielone od twardego gruntu szerokim pasem torfiastych, grząskich łąk. Wreszcie, po półgodzinnym marszu znaleźliśmy się w miejscu, skąd widać było koniec jeziora i zamykający się za nim las. Tu można było bardzo wygodnie leżeć. Pierwsza doceniła to Tesia, która zmęczona niedyspozycją żołądka i kąpielą wkrótce zasnęła.

Postój przedłużał się. Ponieważ nie wiedziałem, kiedy w dalszej drodze napotkamy wodę, postanowiłem, że teraz zrobimy drugie śniadanie wypijając całe mleko, a gdy już bańka będzie pusta, zaczerpnę wodę z jeziora. Po wypiciu mleka do snu ułożyła się również Zosia, a ja poszedłem po zapas wody.

W pobliżu miejsca naszego postoju brzeg jeziora nie był dostępny, ruszyłem więc w kierunku biwaku namiotowego, który minęliśmy uprzednio. Po drodze zauważyłem, że w stronę przeciwną do brzegu teren, który stopniowo wznosi się, dalej tworzy zagłębienie. Poszedłem w tamtą stronę i znalazłem nieduże jezioro, z którego zaczerpnąłem wodę do bańki. Trzeba przyznać, że o ile Ocypel nie jest dużym jeziorem, ma bardzo urozmaiconą linię brzegową pełną zatok, chyba są i wyspy, płycizny zarośnięte trzciną itp.

Postój na jagodowym bezdrożu.

Ponieważ jedyne drogi, jakie spotykaliśmy po wyruszeniu z ostatniego popasu biegły dokładnie prostopadle do naszego południowo-zachodniego kierunku marszu, ruszyliśmy na przełaj. Szczęśliwie natrafiliśmy na kompleks wysokich borów sosnowych o poszyciu wyłącznie z mchu i innego runa leśnego (między innymi z jagód - o czym potem). Gdy trafił się jakiś młodniak gęsty tak, że ciężko byłoby iść przezeń, odszukiwaliśmy najbliższy dukt i wędrowaliśmy nim, aż kończył się dochodząc do poprzecznej drogi, lub rozpływał się niewidoczny między strodrzewiem.

Piękne białe kumulusy, które rano ozdabiały kopułę nieba, teraz napęczniały i pociemniały zagarniając coraz więcej przestrzeni, aż wreszcie utworzyły jednolitą powłokę, w której gdzieniegdzie pozostawał prześwit. Orientować się było coraz trudniej. Kląłem swoje roztargnienie, przez które nie zabrałem z domu kompasu, gdyż tylko chwilami można było ujrzeć w dali charakterystyczną smugę promieni słonecznych przedostających się przez jakąś szczelinę między chmurami. Taka wstążka ledwo widoczna na ciemniejszym nieco tle zdradzała kierunek, z którego świeciło słońce i umożliwiała tym samym orientację.

Teren był sfalowany. Kilkakrotnie mijaliśmy charakterystyczne polanki idealnie płaskie między bąblastymi wzgórzami, powstałe - jak sądzę - z niewielkich jezior zarosłych torfem. Gdy zbliżyła się pora odpoczynku, weszliśmy do wysokiego lasu, w którym była obfitość jagód. Zosia konsekwentnie pościła, natomiast my reszta rzuciliśmy się do jedzenia.

Prawie równocześnie z postojem zaczęło kropić. Najpierw na moje gołe plecy (byłem w samych kąpielówkach) padała drobna kropelka co kilkadziesiąt sekund, potem co kilkanaście sekund, co kilka sekund ... Trzeba było przygotować się na zmoknięcie. Ubrałem się i na wierzchu plecaka umieściłem płaszcz z folii, reszta okryła się skafandrami i ruszyliśmy dalej.

Postój deszczowy.

Deszcz ustał, nadal jednak wędrowaliśmy bezdrożem. Dopiero, gdy już zbliżała się pora odpoczynku, natrafiliśmy na szeroką, dobrze utrzymaną i wyjeżdżoną drogę, która biegła z grubsza w odpowiednim dla nas kierunku.

Ledwie wydostaliśmy się na drogę, znowu zaczął kropić deszcz. Już po krótkim czasie widać było, że sprawa wygląda poważniej niż poprzednio. Jak na złość nigdzie w pobliżu nie widziałem porządnych drzew, tylko w dali przed nami sterczały przy drodze wysokie brzozy. Niestety - drzewa te, wiedziałem z doświadczenia, dają osłonę trochę tylko lepszą niż młode sosenki rosnące z obu stron drogi. Ruszyliśmy śpiesznym marszem. Deszcz stopniowo natężał się i gdy wreszcie usiedliśmy pod tymi brzozami, kropił całkiem solidnie tak, że poważnie zastanawiałem się, czy nie należy wyjąć z plecaka płaszcz. Jednak po krótkim czasie stało się jasne, że deszcz ustanie - chmury zaczęły ustępować i pokazał się błękit. Jakoż jeszcze zanim nasza brzoza zaczęła przepuszczać deszcz, było już po wszystkim i w oczekiwaniu na upał rozebrałem się do kąpielówek.

Niestety, w piątek 13-go nie tak łatwo. Teresa i Zosia zaczęły skarżyć się na dolegliwości żołądkowe i związane z tym osłabienie. Zdjął mnie strach: byliśmy zagubieniu gdzieś w lesie na bezludziu. Wzdłuż drogi stały słupy telefoniczne o wyraźnej numeracji zmniejszającej się w kierunku naszego marszu. Najbliższy słup miał numer 67, co wskazywało, że do słupa nr 1 jest niedaleko - nieco ponad 3 km, jednak wiedziałem, że początkiem linii mogła być nie jakaś miejscowość, lecz miejsce odgałęzienia od linii głównej. Sprawa noclegu w lesie wobec niepewnej pogody przedstawiała się niezbyt różowo. Zresztą ze swoimi dwoma śpiworami i jednym kocem zmarzlibyśmy gorzej niż w "stajence betlejemskiej" kilka dni temu. Tak więc przedłużywszy postój ponad przepisowe 15 minut poderwałem wszystkich do marszu.

Postój na drodze fotograficznej.

Słońce zaczęło przygrzewać i mimo kiepskiego samopoczucia części członków wycieczki, humory poprawiły się. Już na postoju śpiących królewien Kasia zwróciła uwagę, że dawno nie robiliśmy zdjęć (wówczas sfotografowała obydwie królewny). W szczególności nie mieliśmy zdjęcia przedstawiającego nas w marszu. Najpierw Kasia wzięła aparat i zwolniliśmy tak, by nas wyprzedziła, potem ja wybiegłem na przód i sfotografowałem wszystkie dziewczynki.

Okolica zaczęła się zaludniać. Najpierw minęło nas dwu na motorowerach, a gdy zatrzymaliśmy się, w dali przed nami widać było stojący samochód, który stał się zresztą przyczyną kaśczynej konfuzji:

Gdy klapnęliśmy na trawie, Kasia udała się "na stronę". Przyzwyczajona już do tego, że jesteśmy sami w leśnej głuszy, nie wysilała się wcale na wyszukiwanie gęstszych krzaków, tylko weszła między drzewa. Gdy już urządziła się tam wygodnie, nagle okazało się, że widziany przez nas z dala samochód ruszył i teraz zbliżał się, aż stanął ca 50 m od przykucniętej Kaśki. Z samochodu wyskoczył jakiś gość z nożem w garści i puścił się biegiem - szczęśliwie nie w stronę Kasi, lecz wzdłuż drogi. Gdy zdumiony obserwowałem tę scenę nie rozumiejąc, o co chodzi, ów osobnik zatrzymał się, schylił ... i po chwili wracał do samochodu dzierżąc w garści olbrzymiego grzyba. Wkrótce po tym samochód zniknął w dali wraz z owym jegomościem i jego towarzyszami.

Postój przed nasypem kolejowym.

Ruszyliśmy w nastroju minorowym. Teresa czuła się coraz gorzej, Kasia też narzekała, a tymczasem jeszcze zaraz po postoju deszczowym dowiedzieliśmy się od napotkanego rowerzysty, że do najbliższej miejscowości - Osiecznej - mamy około 8 km. Rozglądałem się pilnie dokoła, czy nie ujrzę gdzieś polany, na której stałyby stogi siana, ale wszędzie widziałem las i tylko las. Zbliżał się czas kolejnego postoju, gdy droga skręciła w prawo, podczas, gdy przewody telefoniczne zniknęły w gąszczu nie zmieniając kierunku. Postanowiliśmy pójść wyraźną ścieżką wzdłuż drutów. Wkrótce ujrzeliśmy nasyp kolejowy i nie dochodząc doń rozłożyliśmy bagaże. Dziewczynki pokładły się, a ja wyskoczyłem naprzód. Od spotkanych przechodniów dowiedziałem się, że Osieczna jest już blisko i że najkrótsza droga do wsi wiedzie wzdłuż torów.

Grzybowa gościna.

Ruszyliśmy ścieżką przy torach kolejowych. Ponieważ blisko jest to pojęcie względne, wciąż rozglądałem się niespokojnie. Po przejściu kilkuset metrów tor skręcił, i ukazał się wiadukt nad koleją. Ponieważ wiadukt wysoko górował nad drzewami, postanowiłem wydrapać się nań i zlustrować okolicę, ledwie jednak przyspieszyłem kroku, by wyprzedzić dziewczynki i wykonać swoje zamierzenie bez przerywania marszu, gdy z prawej strony, między czubkami drzew mignęła wieża kościelna - dochodziliśmy do wsi.

Zaraz przystanęliśmy, by nieco oporządzić się. Nastąpiło ogólne odprężenie. Humory poprawiły się. Założyłem spodnie oraz koszulę i ruszyliśmy kołatać o nocleg.

W pierwszym z brzegu domostwie nie zastaliśmy gospodarzy, w drugim nie przyjęto nas tłumacząc, że zawalili siano świeże zwiezionymi snopkami, w trzecim gospodarstwie za to doznaliśmy takiego przyjęcia, że aż trudno uwierzyć. Nie byliśmy zresztą pierwszymi, którzy tego lata korzystali w tym domu z noclegu. Jak opowiadała gospodyni, kilka dni temu nocowała u nich grupa około dziesięciu harcerzy w wieku maturalnym.

Spać poszliśmy po wypiciu jedynie herbaty. Ja również towarzyszyłem dziewczynkom i nie prosiłem o mleko, tyle tylko, że przekąsiłem chleba z masłem, podczas gdy dziewczynki ze względu na swoje żołądki pościły (Zosia, jak się okazuje - przez cały dzień!).


14 sierpnia. Sobota. Piąty dzień podróży.

W nocy Tesia miała dreszcze i wymiotowała. To ostatnie zdaje się rozwiązało sprawę, gdyż rano obudziła się pełna optymizmu.

Spaliśmy dość długo. Mając na uwadze kłopoty żołądkowe dziewczynek nie budziłem ich, cierpliwie czekając aż same wstaną. Gospodyni dowiedziawszy się o ich niedyspozycji, przygotowała parzoną miętę, a Tesia dodatkowo otrzymała krople żołądkowe na cukrze.

Gospodarze zaproponowali nam, abyśmy pozostali u nich jeszcze jedną noc, a w ciągu dnia, moglibyśmy pójść do pobliskiego Starzewa, gdzie są w lesie dwa jeziora. Po drodze zalecono nam zbieranie grzybów, które tu skupuje spółdzielnia po 50 zł za kg, lub gospodyni obiecała usmażyć je nam.

Z rady tej chętnie skorzystaliśmy. Na drogę zabraliśmy dwa mniejsze plecaki, chlebak, bańkę i piecyk (trójnóg). Zapakowaliśmy kostiumy kąpielowe, trochę rzeczy na wypadek zmiany pogody, kocher, kilka zupek, przybory do mycia i kronikę.

Osieczna jest dużą wsią. Są tam sklepy: spożywczy, gospodarstwa domowego, z obuwiem i odzieżą, bar, poczta i kiosk "Ruchu", w którym - o dziwo - były widokówki, co prawda nie z Osieczna, ale w każdym bądź razie z tych okolic a nie z Gdańska, jak to miało miejsce w Ocypelu. W sklepie spożywczym odnowiłem zapasy chleba, z pozostałych zaś sklepów nie korzystaliśmy, wstąpiliśmy tylko do tutejszego bardzo ładnego kościoła.

Zaraz za wsią rozpoczęło się szukanie grzybów. Rosło tego multum, ale prawdziwków znaleźliśmy mało. Najlepszego nosa miała Teresa, Zosia też znalazła sporo, tylko Kasia i ja zadowoliliśmy się każde kilkoma maślakami. Ja zresztą wkrótce miałem dosyć szukania grzybów, których amatorem nie jestem, natomiast rozkoszowałem się jagodami. Dziewczynki za to, czy w wyniku napchania się przed wyjściem wiśniami i jabłkami, czy z wielkiego zapału do grzybów, jagody ledwie skubnęły.

Do Starzewa dotarliśmy w południe. Wieś ta jest to kilka domostw na polanie wśród lasów. Zaraz koło domów są dwa nieduże jeziora. Nas interesowało tylko większe, położone na skraju lasu. Brzegi jeziora tylko częściowo obrosły trzcinami, w wielu zaś miejscach utrzymywały się żwirowe plaże. Rozłożyliśmy się na najdłuższej mając tam trochę trawy, trochę cienia i pomost z desek, z którego można było wykonywać skoki do wody. Woda była nieco mętna - podobnie jak to miało miejsce w jeziorze Płaczkowskim, ale dno było czyste.

Po kąpieli zbudowałem z naszego rusztu i kamieni całkiem foremny piec i na czystej wodzie przyniesionej w bańce z Osiecznej (mają tam wodociąg i koło Urzędu Gminnego czynną fontannę) ugotowałem dwie zupki. Pogoda była piękna, więc po obiedzie powtórzyliśmy kąpiel i wieczorem powróciliśmy na nocleg.

Tam nasze grzyby zostały poddane ekspertyzie: kilka trujących poszło na śmietnik, a resztę obraliśmy i gospodyni usmażyła je. Tesia kombinowała jakoś, czy nie udałoby się prawdziwków w czasie wędrówki ususzyć i zawieźć do domu, ale ze względu na trudności zrezygnowała. Na kolację dostaliśmy więc grzyby smażone na słoninie i jajecznicy, oraz mleko prosto od krowy.

Gospodyni zaczęła nalegać, abyśmy nie spali na sianie, tylko w domu. Ja stanowczo obstawałem przy sianie (jak wakacje, to wakacje), Tesia również, ale Kasia i Zosia dały się namówić. Popatrzyły się trochę na "dobranockę" i festiwal w Sopocie i poszły spać.


15 sierpnia. Niedziela. Szósty dzień podróży.

W nocy Kasia przybiegła do mnie na siano przyprowadzona przez Zosię. Okazało się, że rozbolał ją brzuch i przekonana iż to otrucie grzybami, żegnała się już ze światem. Uspokoiłem ją i ułożyłem na sianie, gdzie bóle ustąpiły wśród potężnych wybuchów gazu, a Zosia wróciła sama na tapczan do mieszkania.

Obudziłem się, jak zwykle około piątej. Przede wszystkim poszedłem do strumienia przepływającego za zagrodą i tam zgoliłem kilkudniowy zarost, a potem usiadłszy na koźle wozu pozostawionego przed domem, uzupełniałem kronikę.

Z dziewcząt pierwsza obudziła się Zosia, resztę musiałem wytrząsać z siana, by jako tako uszykować się do kościoła na 7.30. Prezentowaliśmy się niezbyt pięknie: najmniej plam miały nieużywane dotąd pomarańczowe spodnie Kasi, za to jej zielona bluzka z nawiązką uzupełniała te braki, najmniej widoczny był brud na moich spodniach i kraciastej flanelowej koszuli. Tesia na dodatek miała rozprutą nogawkę od spodni.

Mimo słonecznego dnia było chłodno i gdyby nie to, że sweter oblazł mi sianem, byłbym go chyba założył. Wracaliśmy w towarzystwie Andrzeja - kilkunastoletniego chłopca, którego parenteli dokładnie nie umiałbym opisać, jako że w "naszym" gospodarstwie znajdowali się: dziadkowie, dwie pary rodziców i nieco trudna dla mnie do określenia ilość wnuków w wieku od ca 4 miesięcy do ??

W domu gospodyni naszykowała nam śniadanie z odgrzewanych naszych grzybów i mleka. O zapłacie za gościnę lub choćby mleko i wiśnie nie chcieli oczywiście słyszeć. Jeszcze na odchodnym zostaliśmy obdarowani pięcioma jajami na twardo i bochenkiem chleba własnego wypieku, a ponadto dziewczynki nazbierały sobie do plastikowej torby spory zapas jabłek.

Popas z biegiem po kostium kąpielowy.

Ruszyliśmy drogą przez wieś stale kierując się na południowy zachód. Zaraz za wsią skręciliśmy na ścieżkę niknącą w lesie. Czekało nas jednak rozczarowanie: las okazał się tylko zagajnikiem i wkrótce byliśmy z powrotem na drodze, która wiodła nas polami przez łańcuszek wsi. Drzew napotkaliśmy tylko tyle, by odsapnąć w ich cieniu, jednak choć odpoczynek trwał pół godziny, ze względu na braki krajobrazowe postanowiłem go nie uczcić w kronice osobnym tytułem.

Zauważyłem, że po lewej stronie, w zmiennym oddaleniu stale towarzyszy nam potok, ten sam, który przepływał przez wieś. Gdy wreszcie dotarliśmy na brzeg lasu, zeszliśmy na łąkę nad tym potokiem. Miejsce było wymarzone na popas: trawa miękka, tuż obok potężne sosny, które dawały wystarczający cień, w lesie widać było jagody, a o kilkanaście metrów potok o piaszczystym dnie i przezroczystej, wartkiej wodzie. Na dodatek wykombinowałem sobie, że, być może, potok ten płynie dalej do Brdy i moglibyśmy iść wzdłuż tej nitki korzystając z jej pożytków i uroków. Niestety, wszystko to okazało się złudzeniem.

Na razie, gdy zaczęliśmy rozkładać manatki, Zocha zauważyła brak kostiumu kąpielowego, który zostawiła tam w pokoju, gdzie spała. Nie myśląc wiele, umówiwszy się z dziewczynkami, że w razie ulewnego deszczu mają schronić się w pobliskim gospodarstwie, ruszyłem z powrotem. Gdy po półtorej godziny zziajany i spocony wróciłem ze zgubą w garści, zastałem panny opychające się jabłkami we wskazanym uprzednio gospodarstwie (zapas jabłek zabrany w Osiecznej już się był wyczerpał). Okazało się, że kilkanaście minut przed moim przybyciem spadł tutaj ulewny deszcz, gospodarz był bardzo gościnny, manatki przeniosły panny wszystkie trochę tylko zmókłszy i w ogóle wszystko w porządku.

Popas na pachnącej łące.

Pogoda zrobiła się po deszczu słoneczna i można było wrócić nad strumień, lecz: 1-o było trochę do tyłu, 2-o należało odczekać aż trawa przeschnie nieco po ulewie. Tak więc ruszyliśmy dalej zaszywając się w las pełni ufności, że tak pięknych miejsc nad naszym potokiem znajdziemy więcej.

Szliśmy najpierw drogą, później skręciliśmy w lewo na ścieżkę, stale kontrolując, czy z lewej strony mamy dolinę potoku. Gdy jednak po pół godziny ruszyliśmy w kierunku prześwitującej w dole jasnej zieleni, zamiast na łąkę dostaliśmy się w bagno zarośnięte trzciną i jakiemiś trawami. Rozglądałem się tam i sam, czy zobaczę chociaż ten nasz potok, ale jedynie spłoszyłem dwie sarny. Tak więc po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej.

Wkrótce las skończył się i ścieżka, która tymczasem zamieniła się w drogę, wyprowadziła nas na obszerną łąkę wśród lasów. Zieleń była tu bardzo bujna. Widok jak z obrazka pod tytułem "pogodny dzień sierpniowy na łące". Miejscami widać było pokosy trawy, która schnąc pachniała silnie.

Środkiem łąki płynął potok, nie był to jednak ten "nasz": miał mniej wody i przeciwny kierunek spływu. Przez wodę przeszliśmy po betonowym moście. Proponowałem, by urządzić postój koło wody - było tu kilka młodych drzewek dających mizerny cień, a choć łąka była zbyt podmokła, by rozkładać się na niej, zarośnięta trawą droga świetnie nadawała się do odpoczynku. Zostałem jednak przegłosowany i rozłożyliśmy się na skraju lasu za łąką.

Popas wypadł w pobliżu jakiejś fabryczki, której wysoki komin widniał o dobre pół kilometra od nas. Niedaleko widać było zabudowania, gdzie można byłoby schronić się w razie deszczu, który znowu zagrażał. Niedaleko od lasu, po przeciwnej stronie drogi wydobywano widocznie piach i pozostał tam spory piaszczysty wykop, w którym urządziłem kuchnię.

Mimo, iż chmury zakryły słońce, łąka i strumień wciąż kusiły. Tak więc po obiedzie, nie oglądając się na dziewuchy stale zajęte kłótnią, na którą z nich wypada kolej coś zrobić, wziąłem garnki i poszedłem w kierunku wody. Jakoż nie zawiodłem się - gdyby nie ochłodzenie i poobiednia ociężałość, byłbym chętnie umył się w strumieniu, w którym położywszy się na piaszczystym dnie zanurzyłbym się całkowicie.

Przejście przez Śliwice.

Wkrótce doszliśmy do asfaltowej drogi, przy której stała tablica z napisem: "Śliwice 3 km". Ruszyliśmy w tym kierunku. Wodę pitną zabraną z Osiecznej zużyliśmy wszystką do obiadu i wobec tego kanka - zarzewie stałej niezgody między dziewczynkami (ciągłe kłótnie, która ma teraz nieść) dyndała pusta i zapomniana u teresinego plecaka.

Przy przejeździe kolejowym napiliśmy się wody z ulicznego zdroju, a dziewczynki ponadto napoiły stadko gęsi, ja wpadłem na stację kolejową, by dowiedzieć się o pociągi z Pruszcza Bagienicy do Gdańska i wreszcie obejrzeliśmy sobie dokładną mapę okolicy - najpierw ja na stacji, a potem wszyscy razem przy Urzędzie Gminnym czy czymś podobnym.

Z mapy dowiedziałem się, że nasz potok już dawno skręcił do Wdy, której jest dopływem, że siedzieliśmy nad potokiem wypływającym z jeziora Okuniewskiego leżącego na zachód od Śliwic, że jezioro to jest prawdopodobnie bardzo ładne i wobec tego należy skierować się w jego stronę. Z mapy wynikało również, że do jeziora ze Śliwic winniśmy iść przez wieś Rosochatka, w której prawdopodobnie znajdziemy nocleg. W samych Śliwicach nie mieliśmy zamiaru pytać o spanie, gdyż miejscowość ta jest właściwie miasteczkiem z willami i piętrowymi domami, a stodół tu prawie nie widać.

Robiło się już późno i należało pospieszać. Nie wstąpiliśmy więc do tutejszego kościoła, który z zewnątrz wyglądał interesująco, lecz odszukawszy właściwą drogę, ruszyliśmy za miejscowość.

Nadszedł jednak czas regulaminowego odpoczynku. Gdy tylko minęliśmy ostatni dom, zeszliśmy na plac, na którym wzniesiono do pół piętra mury nowej willi czy domu i rzuciliśmy plecaki na ziemię. Dziewczynki weszły między ściany przyszłego domostwa zabierając ze sobą papier bynajmniej nie dla pisania na nim, ja zaś zostałem z niepokojem obserwując chmury.

Po chwili zaczęło kropić. Z pomocą Zosi, która pierwsza zjawiła się z powrotem, przeniosłem plecaki pod osłonę potężnych lip przy drodze. Wkrótce byliśmy tam wszyscy i przygotowawszy płaszcz ortalionowy i skafandry czekaliśmy na rozwój wypadków. Deszcz stopniowo natężał się. Wreszcie lało jak z cebra i było jasne, że pod lipą zmokniemy nie mniej niż w polu. Przykryliśmy więc siebie i plecaki i tak przygotowani pobiegliśmy do jednego z domów, które stały gęsto w pobliżu. Były to dość prymitywne, typowo podmiejskie drewniane domy. Wpadliśmy do niewielkiej sionki, którą zapełniliśmy prawie bez reszty i przypatrywaliśmy się kurom chroniącym się jak i my przed ulewą, oraz gęsiom wyraźnie zadowolonym z niepogody.

Po pewnym czasie zaproszono nas do mieszkania. Zostawiwszy plecaki w sieni weszliśmy do niewielkiego pokoju, gdzie gospodyni podała nam krzesła i wskazała tapczan do siedzenia. Wykorzystując sytuację wydobyłem nici i zacząłem reperować plecak Kasi, który groził awarią.

Wreszcie deszcz ustał i mogliśmy wędrować dalej, co uczyniliśmy tym skwapliwiej, że pan domu urżnął się w sąsiednim pokoju i zaczął rozrabiać.

Nocleg u osiemdziesięciolatka.

Ruszyliśmy dalej asfaltem. Deszcz ustał całkowicie, chociaż chmury pokrywały niebo. Wiatru nie było i chyba tylko dzięki temu z mokrych lip nie leciały na nas krople.

Na tablicy oznaczającej koniec miejscowości pisało "Rosochatka 3 km", jednak już po przejściu jednego kilometra doszliśmy do trzech dużych gospodarstw. Były one oddalone od drogi, rozrzucone między polami. Wyglądały zachęcająco: olbrzymie stodoły, obory i budynek mieszkalny tworzyły czworoboki otaczające rozległe podwórze, z tyłu, za każdym z domów mieszkalnych widać było sad.

W pierwszym gospodarstwie nie chciano nas przyjąć, w drugim zastaliśmy w domu tylko małe dzieci. W trzecim gospodarstwie przyjął nas stary, dobrze jeszcze trzymający się gospodarz. Ma, jak twierdził już 80 lat i tylko nogi mu niedomagają - chodził rzeczywiście powoli i z pewną trudnością. Zaprowadził nas do obszernej stodoły na końcu podwórza i wskazał wygodne miejsce na sianie, po czym obydwoje z gospodynią zaprosili nas do mieszkania. Dostaliśmy mleko, poczęstowano nas wędliną własnego wyrobu, a ku mojej rozpaczy gospodarze domagali się, by spróbować ich chleba własnego wypieku. Zrezygnowany, przekonany, że te 4 kg chleba, które z pełnym samozaparciem dźwigam na plecach sczerstwieją na marne, napchałem się i poszliśmy do sadu pomagać przy zbieraniu jabłek dla jakiejś znajomej naszych gospodarzy, przybyłej tu w odwiedziny. Oczywiście panny otrzymały pozwolenie korzystania z sadu wedle ochoty.

Na sianie rozmieściliśmy się: ja przy ścianie, gdzie przez szerokie szpary między deskami winna rano wpadać wystarczająca dla pisania kroniki ilość światła, Tesia w śpiworze na górze na snopkach słomy, Zosię zaś umieściłem jak najdalej od ściany, gdyż przypadła na nią kolej spania w kocu i bałem się, że zmarznie. Gdy tylko ściemniło się, zasnęliśmy.


16 sierpnia. Poniedziałek. Siódmy dzień podróży.

Obudziłem się o piątej w sam czas, by być świadkiem kłótni między Zochną a Teresą, która ze swego piedestału zjechała we śnie prosto na głowę tej pierwszej. Niebo było pochmurne. Wykończyłem szycie przy plecaku Kaśki i pisałem kronikę.

Dziewczynki obudziły się na dobre dopiero kwadrans przed ósmą. Zosia zaraz pobiegła bawić się z niedźwiedziowatym, o potężnych, grubych łapach szczeniakiem Miśkiem, reszta też trochę oporządziwszy się buszowała po gospodarstwie. Zostaliśmy zaproszeni na śniadanie: znów wędlina, mleko, chleb i masło. Po śniadaniu zgłosiliśmy się do pomocy. Nasz gospodarz, który zdradził się w rozmowie, że nie ma mu kto pomóc przy młócce, sumitował się nieco, ale ustąpił, gdy mu powiedziałem - zgodnie zresztą z prawdą, że chciałbym, aby dziewczynki zapoznały się z pracą na wsi.

Przy pomocy jeszcze jakiegoś tutejszego jegomościa, który przyjechał na rowerze, najpierw ustawiliśmy maszynę, uprzątnęliśmy klepisko, założyliśmy pas transmisyjny od zamontowanego na stałe w stodole silnika elektrycznego i zaczęliśmy młócić. Podział pracy był następujący: Teresa i Zosia widłami podawały żyto z kupy na klepisku we stodole, pan X wkładał to do młocarni, ja odgarniałem grabiami wylatującą z maszyny słomę, a Kasia widłami odkładała ją na kopę przy stodole na podwórzu. Nie było tego wiele, więc wkrótce skończyliśmy i jeszcze potem przenieśliśmy słomę widłami na gnojownik we środku podwórza.

Za tę pomoc zostaliśmy zaproszeni na obiad. Ja trochę oponowałem, lecz dziewczynki mnie przegłosowały. Jakoż na razie nie spieszyło się nam: pogoda była wciąż pochmurna. Mimo wszystko chciałem jednak dojść do jeziora i wykąpać się tym bardziej, że wczoraj nie myliśmy się. W dodatku dziewczynki zaczęły czuć się zanadto u siebie w domu: bobrowały po gospodarstwie prawie bez skrępowania. Zosia uzyskała pozwolenie jeżdżenia na rowerze gospodarza i śmignęła na nim w świat. Wkrótce Tesia oczarowała pana X i dołączyła do Zosi na jego rowerze, Kasia w ogrodzie siedziała wśród kurczaków i karmiła je z ręki.

Wreszcie zjedliśmy w towarzystwie gospodarzy i pana X niezłą zupę z kurczaka, po czym, nie bez pewnej trudności zebrałem swoje towarzystwo i uzyskawszy od gospodarzy zapewnienie, że nie mamy nic płacić, wyruszyliśmy.

Postój za Rosochatką.

Droga od gospodarstwa do szosy prowadziła nieco wstecz od kierunku naszego marszu, to też, by nie cofać się, poprowadziłem naszą grupę skrótem przez pole i pobliski las. Jak to zwykle bywa z chodzeniem na skróty, gdy przeszliśmy ów zagajnik, okazało się, że do drogi mamy dalej, niż było z gospodarstwa, nałożyliśmy więc kilkaset metrów marszu. Wkrótce doszliśmy do Rosochatki i zaraz za wsią rozłożyliśmy się na odpoczynek.

W pobliżu widać było krzaki jagodowe, nikt jednak nie ruszył się, by sprawdzić, czy są na nich owoce. Ja pierwszym odruchem zerwałem się w tą stronę, ale gdy pomyślałem, że mam coś jeść, zreflektowałem się: byłem zbyt najedzony, a wspomnienie wspaniałych wiśni (tak dużych, słodkich i ciemnych chyba nigdy nie jadłem) tym bardziej pozwalało myśleć o jagodach z obojętnością.

Piliłem do dalszej drogi: było już po pierwszej, a w programie mieliśmy przecież jeszcze kąpiel, lecz dziewczynki zaczęły przepakowywać się i wreszcie zamiast przepisowego kwadransa siedzieliśmy pół godziny.

Popas w depresji duchowej.

Zasięgnąwszy języka by sprawdzić, czy idziemy dobrze, wędrowaliśmy drogą mijając od czasu do czasu a to taksówkę ze Śliwic, to znów autokar turystyczny itp. Asfalt skończył się w Rosochatce i teraz maszerowaliśmy drogą gruntową bynajmniej jednak nie piaszczystą. Minęliśmy przejazd kolejowy aż wreszcie ujrzeliśmy jezioro.

Pogoda była słoneczna, jednak na horyzoncie widać było sine, ciężkie chmury grożące deszczem. Chciałem jak najszybciej znaleźć dobre miejsce do kąpieli i wobec tego zaraz we wsi, do której doszliśmy, skręciliśmy między płotami w stronę jeziora. Miejsce, do którego dotarliśmy, nie wydało się nam odpowiednie i wobec tego zaczęliśmy okrążać jezioro idąc jego zachodnim brzegiem. Wkrótce natrafiliśmy na solidny, drewniany płot, który bez namysłu sforsowaliśmy. Aliści kawałek dalej natknęliśmy się na tablicę, która wyjaśniała sens ogrodzenia: "teren prywatny, biwakowanie zabronione". Dalej widać było drugi płot, trzeci itd. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego jak wrócić na drogę.

Tymczasem z domu na posesji, której ściśle prywatny charakter tak bezczelnie naruszyliśmy, wyszedł jakiś facet i zaczął indagację: "a dokąd? a ... tu nie wolno, dalej też tereny prywatne, ... kąpać się można tylko na terenie ośrodka państwowego na wschodnim brzegu ... musicie iść z powrotem ..."

Opuściliśmy niegościnne progi, ale wracać nie miałem ochoty zarówno dla tego, iż zawsze hołdowałem maksymie "ciągle naprzód, nigdy w tył", jak i dla tego, że wędrówka wzdłuż brzegu zachodniego była bardziej zgodna co do kierunku z naszymi ogólnymi planami. Droga wyprowadziła nas ze wsi do młodego, suchego i rzadkiego lasku na piachach. Nastrój beznadziejności wzmagał byle jak sklecony z desek płot, który ciągnął się wzdłuż lewej strony drogi ozdobiony jedynie napisami: "teren prywatny", "wstęp wzbroniony", "uwaga złe psy" itp.

Przeszliśmy w ten sposób około 1 km, gdy nadszedł czas odpoczynku. Upłynął on mi w minorowym nastroju: droga była wyjątkowo nudna. Płot i wszawy lasek tworzyły razem całość, na widok której chciało się wyć. W dodatku naszły mnie wątpliwości: a nuż cały ten brzeg jeziora jest dla śmiertelników niedostępny? Toteż kląłem w duchu tych, którzy doprowadzili do tak absurdalnej sytuacji. Z niecierpliwością więc czekałem upłynięcia piętnastu minut, podczas gdy Zosia i Kasia rysowały na twardym piasku portrety jakiś wyimaginowanych śpiewaczek, a Terenia sekundowała im jako obserwator.

Kąpiel w ośrodku wczasowym "Eltor"-u.

Wreszcie jednak płoty i napisy skończyły się. Ruszyliśmy w kierunku brzegu jeziora. Wędrowaliśmy dość długo, aż wreszcie znaleźliśmy się obok jakiegoś gospodarstwa nad wodą. Znowu sforsowaliśmy ogrodzenie z żerdzi i stanęliśmy nad jeziorem. Miejsce nie było zachęcające do kąpieli, gdyż dno obrastały wodorosty. Przed sobą mieliśmy niezbyt szeroki pas wody, po drugiej stronie którego widniały urządzenia kąpielowe jakiegoś ośrodka wczasowego. Wyglądało na to, że jesteśmy nad odnogą jeziora, którą - idąc w prawo - można będzie obejść przez łąkę i następnie przez las. Jakoż po pokonaniu jeszcze jednego ogrodzenia weszliśmy na ścieżkę, która zaprowadziła nas do zauważonego uprzednio ośrodka. Przeszliśmy przez mostek nad przesmykiem łączącym dwa jeziora, a raczej dwie części jeziora Okonińskiego i złożyliśmy plecaki w pobliżu kąpieliska.

W dalszym ciągu byłem pełen złych przeczuć. Wciąż oglądałem się, czy jakaś władza nas stąd nie wyrzuci, gdyż, jak zdołałem dowiedzieć się, byliśmy na terenie własności firmy "Eltor". Jednakże nic takiego nie nastąpiło. Zosia, która ku memu oburzeniu zaraz na wstępie gdzieś znikła, zlustrowała cały ośrodek i odkryła istnienie ustępów oraz natrysków. Ponieważ nadciągnęły chmury i zakryły całe niebo, ochłodziło się i Teresa oraz Zosia nie zdradzały ochoty do kąpieli. Rada w radę ustaliliśmy, że dziewczynki pójdą myć się pod natryskami, ja zaś będę pilnował manatków. Jeszcze trochę zmarudziliśmy, gdyż musiałem zreperować gumę przy kostiumie kąpielowym Kasi i wreszcie poszły.

Ponieważ rozłożyliśmy się nieco na uboczu, gdzie nikt nie zdradzał zainteresowania naszymi manatkami (dokładniej - przez cały czas bytności w ośrodku nie spotkaliśmy żywego ducha), postanowiłem wykąpać się nie czekając na panny. Kąpielisko urządzono w kształcie czworoboku ca 25x15m odgrodzonego od reszty jeziora rzędem pomostów pływających na stalowych cylindrach. Dla dzieci był osobny brodzik, a w miejscu zainstalowania czworoboku dno schodziło gwałtownie w dół. Popływałem sobie i nastrój poprawił się od razu, jednak myłem się w wodzie poza terenem do kąpieli. Po umyciu się i spłukaniu mydła znowu popływałem i usiadłem czekając na dziewczynki.

Trwało to dość długo. Zjadłem parę jabłek z zapasu odnowionego na ostatnim noclegu, usiłowałem pisać kronikę, a tych nie ma i nie ma. Nie chciałem się ubierać, gdyż liczyłem na to, że będę się jeszcze z niemi kąpać, a tymczasem robiło się coraz chłodniej. Wreszcie wróciły zadowolone, gdyż w natryskach była ciepła woda, nikt im nie przeszkadzał, więc wypucowały się należycie, a Zosia nawet urządziła pranie.

Terenia i Zosia nie nabrały ochoty do kąpieli, ale Kasia jej nie straciła i poszliśmy pływać. Ku mojej radości Kasia dawała sobie nieźle radę na głębokiej wodzie i razem (dla asekuracji) pływaliśmy w skos i w poprzek basenu od brzegu do drabinek zwieszonych z pomostu w kilku miejscach. Nie trwało to zresztą długo, gdyż wyziąbłem i miałem dosyć. Potem jeszcze Kasia z Zosią poszły używać na huśtawkach i karuzeli, a Tesia zaszywała dziurę w swoich spodniach, która to dziura podczas młócki przybrała rozmiary monstrualne.

Założywszy sweter, czego dotąd nie czyniłem we dnie używając go jedynie w czasie snu, ruszyłem i ja na zwiedzanie ośrodka. Jest on urządzony bardzo ładnie. W sosnowym lasku, na falistym terenie zbudowano domki kampingowe, urządzono pole namiotowe, wytyczono alejki, boiska do gry i teren do zabaw dla maluchów. Ten ostatni był w tym momencie w wyłącznym władaniu Zosi i Kasi. Całość była zalesiona w ten sposób, że obejmowało się wzrokiem tylko niewielki wycinek, co stwarzało miłe wrażenie swobody i braku zagęszczenia.

Nocleg u gospodarzy ze starej chaty.

Nie mogłem doczekać się, kiedy Terenia skończy szycie: mimo swetra wciąż było mi chłodno i liczyłem na to, że marsz rozgrzeje mnie. Wreszcie spakowaliśmy się, mokre rzeczy zawieszono dyndające się na plecakach i przeszedłszy mostek nad przesmykiem, ruszyliśmy dalej zachodnim brzegiem jeziora. Teraz już nie spotykaliśmy żadnych płotów i cały czas spoglądaliśmy pomiędzy drzewami na wodę.

Brakowało chyba pięciu minut do pół godziny od wymarszu, gdy wyszliśmy z lasu. Byliśmy w Okoninach. W odległości ćwierci kilometra widać było gospodarstwo z dużą stodołą, dalej zza drzew wyzierały dachy innych rozrzuconych domostw. Postanowiliśmy tutaj poprosić o nocleg.

Ponieważ było dopiero pół do szóstej, rozłożyliśmy się na brzegu lasu. Dziewczynki buszowały przy brzegu jeziora na pomoście zbudowanym, jak sądzę, dla rybaków, ja zaś położyłem się na trawie, by pisać kronikę. Pisanie jednak nie szło mi. Wieczór był dziwnie piękny. Miałem uczucie jakiegoś niezwykłego spokoju i harmonii. Chmury nie ustąpiły, rozsnuły się jednak po niebie odkrywając miejscami błękit, nie spiętrzone, potężne i groźne jak uprzednio, lecz ułożone w długie pasma na przemian ciemniejsze i jaśniejsze. Przede mną leżała łąka, na której pod lasem usadowiło się stado łaciatych krów, które tkwiąc nieruchomo przeżuwały trawę. Dalej szare, pokryte strzechą stodoła i dom, oraz drzewa, które choć w rzeczywistości rozrzucone z rzadka po polach i łąkach, w perspektywie zasłaniały sobą wszystko aż po horyzont. Istny pejzaż sielski.

Wreszcie trzeba jednak było przerwać marzenia zakłócone zresztą przez straszliwy harmider, jaki wzniecały moje córy i ruszyliśmy łukiem, przez las do tego upatrzonego, najbliższego gospodarstwa. Tam przyjęto nas bez ceregieli. Gospodarz wskazał siano wysoko w stodole i dostaliśmy dwa litry świeżego mleka.

Gospodarstwo było spore i liczna tu mieszkała rodzina, trudno byłoby policzyć wszystkich. Przeważała młodzież. Gospodarze mili i gościnni chętnie rozmawiali żartując z dziewczynkami. Najbardziej charakterystycznym budynkiem w obejściu była chata z bali drewnianych z małymi oknami i wysokim dachem krytym strzechą zieloną od pokrywającego ją mchu. Zaproszono nas na zjedzenie kolacji do izby kuchennej, gdzie - jak to wspomniałem - gospodarze zabawiali nas rozmową. Potem jeszcze poszliśmy nad jezioro myć zęby na pomoście i pospacerować w zapadającym zmroku po lesie, a po dwudziestej ułożyliśmy się do snu.


17 sierpnia. Wtorek. Ósmy dzień podróży.

Obudziłem się o czwartej. Było pochmurno i mglisto. Usadowiłem się przy drzwiach prowadzących na nasze siano i zacząłem pisać kronikę oraz listy. Siedziałem sobie wygodnie mając widok z wysoka na obejście, gdyż wspomniane drzwi umieszczone są wysoko i wchodzi się do nich po drabinie. Wkrótce w gospodarstwie wszczął się ruch: młodzież wybierała się do lasu na grzyby. Potem znów ucichło i mogłem oddać się tworzeniu literatury.

Dziewczynki obudziły się o siódmej. Wypiliśmy na śniadanie świeże mleko, zjedliśmy chleb z resztką masła i zapłaciwszy 15 zł za mleko wyruszyliśmy.

Wędrowaliśmy drogą wzdłuż brzegu jeziora jednak w znacznym od niego oddaleniu. Z lewej strony widzieliśmy taflę wodną najpierw poza łąkami, potem w prześwitach między drzewami w lesie. Na skraju lasu minęliśmy leśniczówkę, później w lesie widoczny z dala przy jeziorze jakiś ośrodek wypoczynkowy czy coś podobnego.

Postanowiliśmy, że będziemy szli szybko robiąc dłuższy postój dopiero po trzech półgodzinnych przemarszach. Postoje między tymi przemarszami nie odznaczyły się niczym specjalnym. Na pierwszym Zosia zaobserwowała dość dużego owada, coś w rodzaju muchy, która jednak rozmiarami i ubarwieniem nie dorównywała wspaniałej, 10-centymetrowej gąsienicy, spostrzeżonej wczoraj przez Zosię w lesie na postoju przed pójściem na nocleg. Drugi postój wypadł w żywicowanym lesie o kiepskim poszyciu. Ten odcinek drogi, od momentu gdy oddaliliśmy się wreszcie od jeziora, do kolejnej leśniczówki, gdzie pod pompą dziewczynki umyły twarze i piły wodę, był raczej nudny: sosnowe lasy naogół młode, na jałowych piaskach, prawie bez poszycia. Daremnie wypatrywałem jakiś jagód, by uzupełnić codzienną porcję świeżych witamin.

Popas koło leśniczówki.

Wreszcie monotonia sosnowego lasu ustąpiła: droga w lekkich skrętach zniknęła między potężnymi liściastymi drzewami, teren pokryły niewielkie nierówności, wzniesienia i błotniste wgłębienia, wszędzie widać było kępy krzaków jagodowych. Wkrótce minęliśmy - zatrzymując się na moment - murowany dom z obejściem (chyba była to leśniczówka) pusty i głuchy w czasie, gdy hałasowaliśmy przy pompie. Nadchodził właśnie czas postoju i rozglądaliśmy się za odpowiednim miejscem, gdy Terenia znalazła obfitość jagód przy samej drodze. Miejsce było wyśmienite: trawy i cienia mieliśmy tam pod dostatkiem.

Jagód nie zjedliśmy wiele: Zosia nie miała na nie ochoty (być może dlatego, że na poprzednim postoju korzystaliśmy z zapasu jabłek), reszta rzuciła się z wielkim zapałem, który dość szybko ostygł, gdy okazało się, że nie wszystkie jagody są duże i słodkie. Można byłoby coś ugotować - w pobliżu mieliśmy wodę, ale nikt nie miał jeszcze ochoty na obiad i wobec tego ruszyliśmy dalej. Las nie był już tak beznadziejny jak poprzednio, szliśmy jednak szybko. Tesia maszerowała na przedzie nadając mimo wypchanego plecaka dobre tempo, Kasia już jakoś wyrobiła się na tyle, że nawet nie trzeba było jej zbytnio popędzać. 15-minutowy postój odznaczył się tylko tym, że zdjąwszy tenisówki zostawiłem je na ścieżce, gdzie zostały (co za zniewaga!) przejechane przez zabłąkanego motocyklistę.

Popas przy śpiewającym mostku.

Maszerowaliśmy dopytując się każdej napotkanej osoby o wieś ze sklepem. Ponieważ w lesie o przechodniów nie jest łatwo, informacja nie była wystarczająca i o ile początkowo kierowano nas do Małego Gacna, w pewnym momencie okazało się, że wieś tą obeszliśmy, a przed sobą mamy sklep w Krzywogodźcu. Sklep ten otwierano o 14-ej (jak powiedział nam ktoś po drodze) lub nawet - jak przypuszczałem - o 15-tej, postanowiliśmy więc urządzić popas z gotowaniem. Jakoż nadarzył się strumyk w lesie, w pobliżu łączka o pięknej trawie ocieniona potężnymi świerkami. W dodatku drogę nad strumieniem poprowadzono przez kamienny mostek, pod którym było dość miejsca, by schronić się w razie deszczu.

Właśnie przymierzałem się, jak zmieścić tam nas i manatki, gdy lunęło. Nie byliśmy przygotowani na tak rychłe ziszczenie się moich obaw i pakowanie się pod mostek odbyło się trochę na łapu-capu: mój plecak został na zewnątrz przykryty płaszczem ortalionowym. Pozostałe plecaki wciągnęliśmy pod mostek, by dziewczynki miały na czym siedzieć, chlebak i aparat fotograficzny wcisnąłem do jakiejś dziury, gdzie niestety trochę zabrudziły się błotem. Miejsca na wystających z wody kamieniach było dla nas niewiele. Usadowiliśmy się: Tesia przy wlocie, Zosia i Kasia u wylotu (czy raczej wypływu wody), gdzie miejsca było najwięcej, ale skąd również wiał wiatr nanosząc krople nieco do wewnątrz schronienia. Pozostając w samych kąpielówkach byłem najbardziej z nas niezależny i brodząc w wodzie kursowałem wzdłuż przepustu pomagając dziewczynkom urządzić się. Wreszcie sam też usiadłem koło Zosi wystawiając plecy nieco na zewnątrz i zanuciłem "Choć burza hucz wkoło nas" - rzeczywiście trochę grzmiało.

Po pierwszej piosence nastąpiły dalsze i widocznie bożek piorunów i niepogody udobruchał się, gdyż deszcz trwał krótko. Chociaż widać było sporo błękitnego nieba, słońce nam nie przyświecało, nie mniej nie widziałem następnych chmur i można było pomyśleć o rozpaleniu ogniska. Jeszcze, aby zdobyć tym większą przychylność tutejszego Perkuna, złożyłem mu w ofierze swój dwudniowy zarost i zabrałem się do kucharzenia.

Rozpalenie ognia nie było łatwe: zmarnowałem z dziesięć zapałek i pół gazety, po chwili jednak błyskawiczna zupa fasolowa była gotowa.

W dalszym programie były pieczone ziemniaki. Nałożyłem sporo chrustu do ogniska, by wytworzyła się dostateczne ilość popiołu i zabraliśmy się do jedzenia fasolowej z chlebem.

Po przeciwnej stronie drogi mieliśmy zagon kartofli. Poszedłem z Tesią i wykopaliśmy ziemniaki spod trzech krzaków, po czym zacząłem zagrzebywać je w popiele. Dawno już tego nie robiłem, popiołu mieliśmy mało, a w dodatku, w obawie, że zanadto rozgrzebię żar i wszystko zgaśnie, nie rozrzuciłem ogniska dostatecznie. Ostatecznie ziemniaki z wierzchu spaliły się, od spodu nie dopiekły i po ogryzieniu części upieczonej należycie, resztę trzeba było wrzucić do ogniska ponownie. Mimo wszystko pieczone ziemniaki smakowały wszystkim, a Terenia zaczęła piec nad ogniem jabłka, co szybko podchwyciły Zosia i Kasia. Jabłka pieczone i posypane cukrem też były dobre. Należało przystąpić do gaszenia ogniska. Teraz żaru i popiołu było pod dostatkiem. Jeszcze Terenia zdążyła ostatnie jabłko upiec w popiele - było nic nie spalone, soczyste i miękkie - kawałek dostałem na spróbowanie.

Zastanawialiśmy się, czy nie powtórzyć pieczenia ziemniaków, ale wszyscy najedli się, a należało bezwzględnie uzupełnić zapas smarowidła do chlebów, gdyż masło wykończyliśmy rano. Tak więc ognisko zostało elegancko zalane wodą i zadeptane, rzeczy spakowaliśmy i ... w drogę.

Postój w wiśniowym sadzie.

Wkrótce dotarliśmy do wsi ze sklepem (Krzywogodziec), który, jak nas poinformowano, znajduje się na samym końcu wsi. Wioska leży nad niewielkim jeziorem. Ponieważ słońce zaczęło nieco przygrzewać, zapragnęliśmy kąpieli. Nawet natrafiliśmy na napis "kąpielisko", lecz po dokładniejszych oględzinach miejsca ochota wszystkim przeszła: może gdyby dokuczał upał, to wówczas ...

Z kąpieli nic nie wyszło, ale za to myszkując nad wodą za opłotkami wsi, zauważyliśmy na tyłach domostw sady z pełnymi owoców drzewami wiśniowymi. Zaczęliśmy kołatać kolejno do wszystkich domów. W trzech czy czterech na propozycję kupna wiśni odpowiedziano nam, że nie mają, nawet gdy ofiarowałem się, że sami zerwiemy, dopiero za skrzyżowaniem dróg staruszka pozwoliła nam wejść do sadu i zajadać. W podzięce, ponieważ nie chciała przyjąć pieniędzy, zaproponowałem, że narwiemy jej owocu. Otrzymaliśmy jednak zaledwie jedno naczynie na nas czworo, a w dodatku wiśnie już kończą się - dużo było niesmacznych, zeschłych, lub nadpsutych i zrywanie szło niezbyt składnie tak, że zaledwie zebraliśmy dla gospodyni ćwierć wiadra. Gdy już najedliśmy się i mieliśmy wychodzić, przyszedł gospodarz i objaśnił nam dalszą drogę. Podziękowaliśmy i poszliśmy dalej.

Nocleg z ogniskiem.

Wstąpiliśmy do sklepu, gdzie odnowiłem zapas masła i znaleźliśmy się poza wsią w lesie. Po prawej ręce, w oddaleniu znów mieliśmy taflę wody. Jak później przekonałem się, spotkane dzisiaj dwa jeziora stanowiły początek całego sznura podobnych, z których Cekcyńskie jest największe i najpiękniejsze.

Zatrzymaliśmy się na chwilę i poszedłem popatrzeć się na wodę z wysokiego brzegu. Zaraz obok widać było bramę do obozu jakiejś harcerskiej drużyny z Katowic.

Las był nieduży i wkrótce znaleźliśmy się na polu. Przy wejściu na szeroki przesmyk między dwoma jeziorami ujrzeliśmy cztery gospodarstwa. Wybraliśmy jedno, w którego zabudowaniach widniała potężna stodoła. Przyjęto nas bez zastanowienia: okazało się, że nie jesteśmy pierwszymi, którzy korzystają tu z noclegu na sianie - w ubiegłym roku grupa studentów - wolontariuszy turystycznych siedziała w tej stodole więcej niż tydzień czasu.

Aby dostać się do siana, należało wejść po drabinie na rodzaj pięterka ułożonego z desek i bali, na których złożyliśmy manatki i po tym nieco chwiejnym podłożu dochodziło się do wysokiej kupy siana w końcu stodoły.

U naszych gospodarzy w domu mieszkała już od początku lipca jakaś liczna rodzina z Poznania. Była tam garstka dzieci i młodzieży, trochę dorosłych, co chwilę słychać było ciociu, babciu, ale nie miałem zamiaru zgłębiać parenteli poszczególnych osób. Na podwórzu stały dwa samochody należące do letników. Kasi, której podstawowym problemem przed każdym noclegiem było, czy będą tam dzieci do zabawy? przypadł do serca szczególnie Przemek - niezwykle żywy, pełen inwencji, na oko nieco od niej samej młodszy chłopiec. Wkrótce widać było, jak razem biegiem przemierzają podwórze.

Tym razem największy entuzjazm moich panien budziło, wydaje się, młode cielę, choć nie brakło innych atrakcji jak to: pies Szarik, dojenie krów (Terenia i Kasia twierdziły, że posiadły tu tę umiejętność) i potężny baran, który prowadzony z pola na łańcuchu pokazał swą siłę ciągnąc i przewracając cała gromadę przytrzymujących go dzieci.

Po kolacji dziewczynki oświadczyły mi, że nie pójdą spać, gdyż harcerze z pobliskiego obozu urządzają ognisko, na którym chciałyby być. Cóż miałem robić? Dostałem jeszcze pod opiekę czworo dzieci tutejszych letników. Obiecałem, że będę na nie uważał, Przemek otrzymał od jakiegoś pana ostrzeżeni, że jeśli będą na niego z mojej strony skargi, to ... itd. i poszliśmy. Trudno powiedzieć, kto się tam kim opiekował, gdyż drogę znali tylko moi podopieczni, jak również jedynie oni dysponowali latarkami - w mojej małej znów zapomniałem zmienić baterię i ledwo żarzyła się, a do dużej latarki wciąż nie mogłem dostać baterii płaskiej.

Ognisko już płonęło sporym płomieniem w lesie nad jeziorem. Spektatorowie rozsiedli się między sosnami na zboczu stromo wzniesionym nad jeziorem: harcerze półokręgiem wokół ogniska, goście nieco dalej. Ja stanąłem oparłszy się o pień dużej sosny mając dobry widok na ognisko, zarysowującą się powierzchnię jeziora i wygwieżdżone niebo. Mogłem też z tej pozycji widzieć kontury głów swojej siódemki. Moje panny z młodszą dziewczynką usadowiły się poniżej mojego stanowiska, dwie starsze obok, a Przemek kursował między obydwiema grupami wszczynając niemały zamęt. Ponieważ wśród przybyłych na ognisko gości nie on jeden został obdarzony przez naturę żywym temperamentem i młodym wiekiem, więc też co chwilę rozlegały się głosy uciszające - szczególnie, gdy przy ognisku następowała z kolei piosenka cicha i nastrojowa. Chciałem zarządzić powrót do domu tym bardziej, że moje panny były już senne, a Kasia zmarzła, jednak reszta nie zgadzała się, dotrwaliśmy więc do końca.

Tymczasem noc uczyniła się zupełna. Niebo bez chmur usiane było gwiazdami, których blasku nie przytłumiały światła miejskie. Niestety - nie mogliśmy oddać się obserwacjom, gdyż 1-o idąc do domu trzeba było pilnie uważać na wąskiej i nierównej ścieżce wiodącej przez kartofliska, 2-o było nam pilno do spania.


18 sierpnia. Środa. Dziewiąty dzień podróży.

Mimo, iż noc była pogodna, ranek wstał pochmurny i mglisty. Letnicy poprzedniego dnia hałasowali do późna w nocy i teraz spali. Po wypiciu mleka (za cztery litry zapłaciłem 20 zł) podjedliśmy sobie gruszek, pożegnaliśmy gościnnych gospodarzy i ruszyliśmy.

Przejście przez Cekcyn.

Wieś, w której nocowaliśmy, zwie się Okoninek. Ruszyliśmy z niej dość szybkim marszem: o ile dotąd wędrowaliśmy zupełnie nie troszcząc się o czas i ilość przebywanych kilometrów, obecnie, gdy po rannym obejrzeniu mapy stwierdziliśmy, że mamy niewielką już odległość do przebycia, aby osiągnąć Wilcze bez korzystania z pomocy środków komunikacji, we wszystkich obudził się duch sportowy i ambicja, by za wszelką cenę dokonać tego wyczynu.

Szliśmy drogą prosto do Cekcyna, do którego dotarliśmy po odpoczynku na skrawku trawy pod drzewem. Mieliśmy do wykonania szereg zakupów. Udało się wreszcie dostać widokówki z właściwej okolicy, oraz płaską baterię i pastę do zębów. Kupno chleba o mało nie skończyło się fiaskiem: jedyny sklep w Cekcynie sprzedający pieczywo, we środy bywa zamknięty do godziny czternastej. Na szczęście w obwieszonej wiankami suszących się grzybów (jak tam pięknie pachniało!) piekarni na tyłach sklepu piekarz dał się ubłagać i sprzedał mi bochenek gorącego chleba.

Pozostała do załatwienia poczta. Na szczęście nie była ona zamknięta. Spędziliśmy tam sporo czasu. Pisaliśmy kartki - ja do biura, do cioci Zosi Sobeckiej, oraz do Strzelec Opolskich, Zosia do swojej matki chrzestnej, Kasia do Magdzi. Potem przeczekaliśmy przelotny deszcz, przed którym schowaliśmy się pod dach zostawiając plecaki na dworze przykryte moim płaszczem nieprzemakalnym. Po opuszczeniu poczty wstąpiliśmy jeszcze do kościoła na pacierz i wreszcie opuściliśmy Cekcyn.

Popas u kukurydzanego dziadka.

Z Cekcyna wyszliśmy szosą, potem skręciliśmy na drogę, którą szliśmy dość długo obskubując z owocu przydrożne wiśnie. Z prawej, w pewnym oddaleniu widać było skraj długiego wgłębienia, w którym domyślać się można było istnienia jeziora. Powoli zbliżaliśmy się do lasu.

Należało zaopatrzyć się w zapas wody. Zbliżał się czas obiadu, a nie miałem pewności, czy w lesie będziemy mieli wodę do gotowania. Tak więc, gdy mijaliśmy ostatnie przed lasem gospodarstwo, wziąłem bańkę i wstąpiłem, by ją napełnić. Zarazem dziewczynki chciały poczęstować się kukurydzą obrastającą olbrzymie pole wokół zabudowań, miałem się więc spytać domniemanych właścicieli, czy pozwolą?

W gospodarstwie mieszkał jedynie stary dziadek. Chętnie użyczył wody, obdarował nas torbą pełną miękkich, małych gruszek, które - jak mówił - marnowały mu się bezużytecznie i wyszedł ze mną na drogę, by trochę pogadać.

Jak się okazało, wszystko dokoła było własnością PGR-u, któremu nasz dziadek oddał swoją gospodarkę za rentę. Sam został zatrudniony pilnowaniem wiśni przy drodze - również należących do PGR-u. Funkcja ta niezbyt uciążliwa sprawiała mu sporo kłopotu: w pobliżu pokazywał dom zamieszkały przez ludzi, którzy jawnie kradli owoc, grożąc jeszcze pobiciem. Oburzony prawdziwie bandycką postawą swoich sąsiadów udzielił cichej dyspensy dziewczynkom na zerwanie kilku kolb kukurydzy i zabawiał mnie opowiadaniem o dawnych czasach, gdy ciężko pracował jako najemny parobek u niemieckich gospodarzy na terenie wolnego Miasta Gdańska. Oburzał się też na dzisiejszych ludzi, którzy mają w porównaniu z dawnymi czasami lekką pracę, lepszy zarobek, większe wygody i dobrobyt, a narzekają.

Obiad nad jeziorem.

Wkrótce stanęliśmy na skraju lasu. Zagłębienie, w którym spodziewałem się znaleźć jezioro, było widoczne blisko, poszliśmy więc brzegiem lasu w tę stronę.

Jezioro znajduje się w dolinie o stromych brzegach schodzących do wody i obrośniętych drzewami i krzewami. Ruszyliśmy ścieżką biegnącą górą nad brzegiem. Dostęp do wody wszędzie był dobry, jednak z daleka spostrzegłem, że na końcu jeziora warunki do rozłożenia się tuż nad wodą będą najlepsze.

Jakoż rzeczywiście, doszliśmy do miejsca, gdzie w niewiadomym mi celu konie w zaprzęgach wprowadzano do wody. Brzeg porośnięty sosnowym lasem schodził tu do jeziora łagodnie. Dno było czyste, żwirowe i tylko dalej spotykałem podczas kąpieli wodorosty, które zniechęcały do wypływania ku środkowi jeziora. Nasza ścieżka skręciła wzdłuż brzegu, który coraz niższy krył się dalej za trzcinami. Przed gęstwiną trzcin, na powierzchni wody widać było liście i kwiaty grążeli. Był to wyjątkowo uroczy zakątek i chętnie poszedłbym dalej ścieżką, jednak skręcała ona w innym kierunku, niż nam odpowiadał. Przespacerowałem się więc tylko kawałek tą alejką nie zrażając się gęsto rozrzuconymi wzdłuż niej kupkami.

Było dość chłodno i wiał od jeziora silny wiatr, który utrudniał gotowanie na ognisku. Spowodowało to, że żadna z dziewczynek nie chciała się kąpać i wszystkie siedziały na kocu podziwiając, jak Tesia dłubała z kory laleczki. Tylko chwilami - na moje ponaglenia - ruszały w las, by przynieść zeschłe gałęzie na ognisko. Odkryły przy tym, że zaraz za wzgórzem zaczyna się następne jezioro.

Nocleg w domu pod cienistym orzechem.

Po dość długim gotowaniu wreszcie zupa bieszczadzka została przyrządzona i zjedzona. Ruszyliśmy dalej. Znowu wyszliśmy na pola i kluczyliśmy wśród jezior, które ułożyły się sznureczkiem jedno za drugim. Szliśmy możliwie szybko mając na względzie zamiar pieszego dojścia do Wilcza, pilnowałem jednak regularnych piętnastominutowych odpoczynków co pół godziny.

Pod wieczór zrobiło się pogodnie i ciepło. Szliśmy wyjątkowo malowniczą okolicą. Minęliśmy widoczny z daleka Bysław, przecięliśmy szosę do Tucholi i wkroczyliśmy do lasu. Miałem obawy, czy las ten nie będzie się ciągnął do samej Brdy - potężne drzewa sprawiały wrażenie skraju puszczy. Było jednak trochę za wcześnie, aby już teraz szukać noclegu, a porządna, asfaltowana droga przecież chyba wiedzie nie do ostępów, lecz do ludzkich siedzib.

Gdy jednak uszliśmy kawałek drogi wciąż trzymając się asfaltu, zacząłem się niepokoić. Na szczęście spotkaliśmy jadącego na motorowerze jegomościa, który poinformował nas, że jest wieś blisko drogi w lewo. Jakoż, gdy skręciliśmy w tę stronę, wkrótce wyszliśmy z lasu na rozległe pola, na których rozrzucone z dala jeden od drugiego widać było domy w otoczeniu budynków gospodarskich należące do wsi Minichowo czy coś podobnego.

Gościny udzielono nam w trzecim z kolei gospodarstwie. Budynki ustawione w duży czworobok z obszernym podwórzem pośrodku, stwarzały jakiś dziwny nastrój harmonii i dostatku. Wyróżniał się dom murowany z czerwonej cegły, ocieniony potężnym orzechem włoskim, którego koronę ozdabiały liczne zielone owoce. Obok niego, nad wejściem zwieszała gałęzie mniejszych rozmiarów wierzba płacząca.

Przyjęła nas gospodyni w towarzystwie dorosłych, lecz jeszcze młodych: syna i dwu córek. Całe towarzystwo wesołe choć zapracowane. Mimo naszych próśb nie zgodzili się, byśmy spali na sianie i przygotowano nam nocleg w mieszkaniu na tapczanie, materacach i sienniku. Dom i obejście zbudowano z pewnym rozmachem, trochę, jak twierdzili gospodarze, za duże w stosunku do obszaru posiadanych gruntów. Poszczególne budynki powstawały stopniowo poczynając od 1908 bodaj roku. Pokoje w domu duże, być może, trochę trudne do ogrzania zimą, w lecie stwarzały miłą atmosferę - kojarzyły mi się z jakimś nadleśnictwem.

Przed snem pomagaliśmy trochę obcinać grzyby, a gospodarze zaprosili nas na kolację częstując mlekiem. Przedtem jeszcze zostaliśmy zaproszeni na wiśnie rosnące niedaleko gospodarstwa przy drodze.


19 sierpnia. Czwartek. Dziewiąty dzień podróży.

Spaliśmy świetnie. Rano znowu otrzymaliśmy mleko. Gospodyni nie chciała żadnej zapłaty i jeszcze na pożegnanie pozwoliła nam skorzystać z tych samych wiśni, którymi pożywialiśmy się przed snem.

Postój koło ptasich budek.

Wróciliśmy z powrotem na asfaltową drogę w lesie. Po półgodzinnym marszu spoczęliśmy na skrzyżowaniu dróg leśnych. Zawieszono tu na drzewach dużą ilość budek dla ptaków.

Postój w nadleśnictwie Zamrzenica.

Chociaż szliśmy szosą, marsz nie nużył: dokoła drzewa rosły tak wysokie, że stale przypominała mi się droga z Zakopanego do Morskiego Oka. Zarazem stwierdziłem, że gdybyśmy wczoraj nie napotkali naszego informatora, nigdy nie domyśliłbym się, że mijamy wieś i mogłyby być kłopoty z noclegiem.

Wreszcie teren zaczął wyraźnie obniżać się - zbliżaliśmy się do Brdy. Po krótkim marszu ujrzeliśmy zabudowania i zbiegające się przy nich jeszcze inne drogi asfaltowe. Napis na skrzyżowaniu objaśniał, że jest to nadleśnictwo Zamrzenica. Zabudowania nadleśnictwa stały nad brzegiem Brdy, która już w tym miejscu, zatrzymana przez tamę w Koronowie, tworzy jezioro. Obok budynków widać było przystań, a przy niej kilka wyciągniętych na brzeg łodzi i rower wodny.

Przeszedłszy między budynkami rozłożyliśmy się na odpoczynek obok łódek. Kasia proponowała kąpiel, a wszystkie dziewczynki molestowały mnie o wybadanie możliwości skorzystania z łodzi. Kąpiel jednak nie zapowiadała się atrakcyjnie: woda była zmętniała, dno lekko grząskie, godzina jeszcze wczesna. Uległszy namowom dziewczynek poszedłem do biura nadleśnictwa dowiedzieć się o możliwość wypożyczenia łódek. Oczywiście odmówiono mi. Posiedzieliśmy więc pół godziny, dziewczynki pobawiły się trochę na pomoście i 9.45 wyruszyliśmy dalej.

Postój z przechodzeniem przez ogrodzenie.

Szliśmy teraz wzdłuż jeziora na południe, gdzie chciałem, korzystając z mostu kolejowego, przeprawić się na drugi brzeg. Wybierając drogę tak, by być jak najbliżej brzegu jeziora, stwierdziłem wreszcie, że znajdujemy się na terenie otoczonym płotem z siatki. Przeszliśmy obok jakiegoś ośrodka wypoczynkowego i wreszcie utknęliśmy na półwyspie w lesie w pobliżu czyjejś prywatnej rezydencji. Nie było tu nikogo. Posiedzieliśmy trochę na eleganckiej przystani i ruszyliśmy z powrotem.

Nie chciałem wracać zbyt daleko tą samą drogą, którą przyszliśmy, wkrótce więc ruszyliśmy wzdłuż ogrodzenia badając możliwość przedarcia się. Okazało się jednak, że zabrnęliśmy dość daleko na półwysep odcięty od południa i wschodu zarośniętą trzcinami odnogą jeziora. Wreszcie jednak za siatką pokazał się suchy las.

Siatka była wysoka, zwieńczona podwójnym drutem kolczastym. Plecaki przefrunęły nad tym z łatwością, ja już miałem nieco kłopotu, Zosi trzeba było trochę pomagać, Tesia znalazła sobie gdzieś dziurę w płocie, z Kaśką szło jak z kamienia. Wyszukałem gdzieś skrzynkę dla ptaków, która spadła z drzewa i ułożyłem ją jako schodek do wspięcia się na płot, przelazłem z powrotem, by popychać Kaśkę od dołu i wreszcie w wyniku tych zabiegów dopiąłem tego, że Kasia znalazła się wysoko na chwiejących się drutach kolczastych ... i tu utknęła - ani we wte, ani z powrotem. Tkwiła tak pod niebem nie mogąc zdecydować się na nic, aż wreszcie, gdy już traciłem nadzieję na rychłe szczęśliwe zakończenie, skoczyła i stanęła na ziemi po właściwej stronie przeszkody.

Biwak na piaseczku.

Dalej szliśmy brzegiem jeziora między wysokimi sosnami. Minęliśmy błotnistą zatokę, obeszliśmy grupę samochodowo-namiotową i niespodziewanie wyszliśmy na wysoki brzeg jeziora. Las rósł tutaj na sporych, piaszczystych wzgórzach, które od północy nieznacznie wysunęły się ku środkowi jeziora, od południa zaś, tam gdzie wylądowaliśmy, urywały się raptownie tworząc coś w rodzaju Riviery. Mieliśmy odkryty widok na spory kawał jeziora. W dali widać było "nasz" most kolejowy, bliżej, gdzie brzeg wyginał się ku zachodowi, ulokował się obóz OHP z przystanią żeglarską.

Stanęliśmy w miejscu, gdzie powstało szerokie, piaszczyste osuwisko. Przypominało mi to miejsce popasu obiadowo-kąpielowego nad Wdą, jednak nie było tu ani kawałka poziomej powierzchni, ani trawy, ani też cienia od drzew. Mimo tych braków, popas był nadzwyczaj udany. Zarówno woda i piesek były bardzo czyste. Można było staczać się lub zbiegać swobodnie do wody. Przy brzegu miałem idealne miejsce na rozpalenie ogniska.

Kąpiel była o tyle utrudniona, że, jak można było zorientować się, teren przed zatopieniem nie został dostatecznie starannie oczyszczony z drzew i obawiałem się wpaść na jakieś gałęzi. Kąpaliśmy się więc wyłącznie przy brzegu tym bardziej, że dno dalej schodziło stromo w dół. Nie można zresztą było długo siedzieć w wodzie, która, nie wiem dlaczego, była przeraźliwie zimna.

Biwakowaliśmy tam dobrych kilka godzin. Kilkakrotnie niepokoiły nas chmury burzowe, które tego dnia w niezwykłej obfitości przepływały hucząc piorunami i strasząc smugami ulewnego deszczu, jakoś jednak nas to omijało. Do czasu jednak. Waśnie kończyliśmy obiad, gdy między konarami drzew, od północy ujrzeliśmy znów ciemne chmury. Tym razem z kierunku wiatru można było zauważyć, że burza nas nie ominie. Ponieważ i tak mieliśmy zamiar już wyruszać, szybko spakowaliśmy się i natychmiast lunęło.

Najpierw przeleciał krótki, gwałtowny deszcz, po nim nastąpiła przerwa, w czasie której skorygowaliśmy swoje pogotowie, no i zaczęło się ... Ponieważ słychać było bliskie grzmoty, uciekliśmy głębiej w las, by nie narażać się na uderzenie pioruna. Tutaj, zarzuciwszy na siebie nieprzemakalne płaszcze tak, by okryć głowy, plecaki i resztę, śpiewając dla dodania ducha, czekaliśmy nieruchomo na koniec nawałnicy.

Postój pod mostem kolejowym.

Ruszyliśmy, gdy deszcz jako-tako uspokoił się. W dalszym ciągu trochę padało z chmur a trochę z drzew, więc rzeczy trzeba było osłaniać. Ja nie miałem specjalnego problemu: jak zwykle paradowałem w kąpielówkach, resztę zaś miałem w plecaku, który troskliwie okryłem. Dziewczynki też jakoś tam sobie poradziły, tylko ze stopami był problem: dziewczynki szły na bosaka trzymając swoje obuwie w garści, ja próbowałem iść w tenisówkach wybierając suchsze miejsca, wkrótce jednak tak w butach chlupało, że musiałem naśladować resztę.

Kluczyliśmy trochę lasem, by ominąć obóz OHP, potem wyszliśmy na brzeg jeziora. Tutaj, ponieważ nie mieliśmy wygodnej ścieżki, gdzie tylko to było możliwe, brodziliśmy w wodzie. Wreszcie, już niedaleko mostu, weszliśmy w wysoki las sosnowy, gdzie można było iść wygodnie bez drogi. Po deszczu było nieprawdopodobnie ślisko. Szczególnie dużo kłopotu nastręczało przechodzenie pni lub grubych gałęzi leżących na ziemi. Wreszcie, po sforsowaniu błotnistego rowu przy nasypie kolejowym, dotarliśmy do mostu - w sam czas, by schronić się pod jego kamiennym łukowym przyczółkiem przed kolejną nawałnicą. Było tu dość miejsca i urządziliśmy sobie wygodny odpoczynek.

Pożegnanie z Borami Tucholskimi.

Deszcz nie trwał długo. Rozejrzeliśmy się uważnie, czy nie zbliża się pociąg, lub czy nie widać kogoś, kto mógłby wyegzekwować srogie kary, którymi groził napis na tablicy każdemu ośmielającemu się wejść na most kolejowy i prędko przeszliśmy na przeciwny brzeg bardzo w tym miejscu wąskiego jeziora. Tam usiłowałem odnaleźć drogę, która pozwoliłaby nam iść jak najdłużej lasem do Mąkowarska z ominięciem Pruszcza.

Z początku niezbyt się nam to udawało: długo szliśmy drogą, która nieco tylko oddalała się od toru, potem trochę w lewo, trochę w prawo i wreszcie wyszliśmy z lasu wprost na wieżę kościoła w Pruszczu. Na szczęście skrajem lasu także biegła droga, która pozwoliła nam przedłużyć o godzinę obcowanie z borami. Wreszcie jednak dotarliśmy do potoku, za którym - zgodnie z mapą - należało skręcić do Mąkowarska i przeszliśmy go po resztkach mostku z bali. Jeszcze na drodze za łąkami, po których snuły się wieczorne, jesienne mgły, napotkaliśmy sosnowy lasek i po krótkim postoju wyszliśmy na pola. Potem jedynie z wyniosłości terenu oglądaliśmy się do tyłu, by spojrzeć na rozległą perspektywę Borów Tucholskich, aż o zmierzchu dotarliśmy do Wilcza. Podróż została zakończona.

Powrót do spisu artykułów



Letnia włóczęga 1977 roku
Kronika wędrówki rodziny Głąbińskich w składzie: tata, Teresa, Zosia, Kasia oraz pies Butluś po Szwajcarii Kaszubskiej i Ziemi Bytowskiej w sierpniu 1977 roku.

Poniedziałek. 1-szy sierpnia.

Pakowanie plecaków przed podróżą odbyło się w niedzielę wieczorem po obejrzeniu filmu i przeciągnęło się do późnych godzin. Dziewczynki poszły spać około północy, tylko Tesia siedziała dłużej. Ja jeszcze o pierwszej ładowałem błonę do kaset. W rezultacie rano byliśmy nieco niewyspani i gdyby nie budzik nastawiony na kwadrans po piątej nie obudzilibyśmy się na czas. Ponieważ godzina ta był to termin awaryjny, na wypadek, gdyby zawiodło mnie przyzwyczajenie sprawiające, iż na ogół wstaję o tej godzinie, którą sobie zaplanuję, więc czasu mieliśmy niewiele. Ogoliłem się, w pośpiechu zjedliśmy śniadanie, dokończyliśmy pakowania i parę minut po szóstej wyszliśmy z domu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wkrótce przyjechał autobus 127. Gdy dojeżdżaliśmy do dworca w Oliwie, zegarek wskazywał minutę po odjeździe autobusu do Kielna, jednak na podjeździe stały dwa eleganckie "Berliety", z których jeden był tym właściwym.

W Kielnie wysiedliśmy przed siódmą. Sklepy były jeszcze zamknięte i nie mogliśmy dokupić chleba, ale na czekanie szkoda było pięknego dnia. Tak więc nie tracąc czasu poszliśmy drogą wiodącą do wsi Kowalewo. Pogoda była słoneczna z lekkim, chłodnym wiatrem. Na polach stało zboże, w którym pies nurkował jak w wodzie biegając wokół z widocznym zadowoleniem. Ludzi wokół nie widzieliśmy. Odśpiewaliśmy w marszu modlitwę poranną i kilka piosenek.

Teren tamtejszy jest silnie pofalowany i obrośnięty licznymi zagajnikami, to też wzrokiem sięgaliśmy niedaleko i nie wiedziałem, gdzie jesteśmy. Z mapy wynikało jednak, że wkrótce dojdziemy do wsi Leśno. Zdążyłem się już mocno roznegliżować i aby nie być zmuszonym do uzupełnienia stroju, poprowadziłem wyprawę w bok. Przez zmianę kierunku chcieliśmy zanurzyć się w leśnej głuszy widocznych z prawej strony zagajników, oraz dotrzeć do pokazanych na mapie jezior.

Zaczęło się kluczenie w lewo, w prawo; to drogą, to ścieżką, to znów miedzą, czy też przez łąkę. Okolica piękna, pogoda też, a do kompletu podjedliśmy trochę jagód.

Wreszcie zatrzymaliśmy się koło trzech pasących się bez nadzoru owiec i cielaka. Butluś na widok obcych zwierząt wpadł w trans: cielaka obszczekał, za owcami pogonił co sił w nogach. Dwie były uwiązane, ale trzecia poszła jak rakieta i zniknęła gdzieś w oddali. Obawiając się ewentualnych przykrych dla nas następstw tej ucieczki uwiązaliśmy psa i odpoczywaliśmy w cieniu. Zastanawialiśmy się, którędy dalej iść: przed nami widać było jakieś dachy, a w lewo rozciągała się dolina rozszerzająca się stopniowo jakby w pobliżu jeziora. Gdy tak siedzieliśmy w rozterce, nadszedł jakiś gospodarz prowadzący krowy i wyjaśnił nam, że widoczne domy, jest to Kieleńska Huta, a z lewej strony mamy jezioro Łękno. Poszliśmy więc w stronę jeziora.

Na dłuższy postój zatrzymaliśmy się przy następnym jeziorze (Wysoka), a raczej nad wschodnim kiszkowatym, jego odgałęzieniem. Na skraju olszynowego lasu, mając pod dostatkiem trawy, cienia, słońca, oraz dobry dostęp do wody, warunki mieliśmy bardzo dobre. Opodal stały dwa domki kampingowe z wysokim dwuspadowym dachem: jeden zamknięty na głucho, drugi dopiero w budowie. Po tym drugim dziewczynki buszowały trochę ku mojemu zaniepokojeniu - obawiałem się, że może zjawić się właściciel i zaalarmowany odgłosami nabrałby jeszcze przekonania, że rozwalamy mu chudobę. Człowiecza część wyprawy nie kąpała się: ani nie było dość ciepło, ani też sama woda nie zachęcała, gdyż rozciągające się wokół torfowiska zabarwiły ją na lekko brunatny kolor. Tak więc poprzestaliśmy na brodzeniu przy brzegu, natomiast pies używał kąpieli ponad wszelką miarę: pływał, brodził, nawet skakał z pomostu, domagał się, by mu rzucać kije do wody, a gdy już mieliśmy tego dosyć, wypływał sam kawał od brzegu i łapał, co tylko unosiło się na powierzchni.

Nie wzięliśmy ze sobą statywu, jednak w pobliżu znalazło się kilka połupanych bloków pianobetonu używanych już uprzednio do gotowania na wolnym ogniu i wykorzystując je przyszykowaliśmy sobie posiłek: pieczona kiełbasa z herbatą miętową.

Dalej poszliśmy w kierunku zachodnim: przecięliśmy szosę Pomieczyno - Kamień i puściliśmy się wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Wysoka (Wyczłok?) obszedłszy drogą przez bagniste torfowiska jego północny kraniec.

Było południe. Słońce nieco zamglone operowało jednak dość silnie i zacząłem obawiać się, czy nie spalę sobie skórę. Na szczęście weszliśmy w wysoki sosnowy las, gdzie znaleźliśmy sporo niezłych jagód, a gdy ruszyliśmy dalej, słońce zakryły chmury.

Wreszcie dotarliśmy do Jeleńskiej Huty i udało się odnaleźć zakonspirowany sklep, który otwarto nam gościnnie. Niestety chleba w nim nie mieli. Kupiłem jedynie dwie paczko herbaty "Ulung", 10 dkg landrynek i paczkę płatków owsianych do jedzenia na surowo zamiast chleba.

Obiad z sześciu "zup bieszczadzkich" zjedliśmy nad jeziorem Otałżyno. Miejsce na biwak dość kiepskie - dość mokro, a dojście do wody wręcz błotniste, przy czym dziewczynki twierdziły, że w jeziorze są pijawki. Cegły do zbudowania 2 pieców przyniosłem w liczbie 4 z pobliskiej będącej w budowie "daczy" bardzo eleganckiej, ozdobionej rzeźbionymi w prosty ale efektowny deseń deseczkami.

Na tym postoju pozostaliśmy przez kilka godzin. Mieliśmy już dość wędrówki na dzisiaj: Teresa i Zosia zmęczone podsypiały, a Teresa i Kasia narzekały na nogi. Wobec tego, gdy tylko odeszliśmy nieco od jeziora, poprosiliśmy o nocleg, którzy został nam chętnie udzielony na potężnej górze siana nad oborą.

Do tego lokum należało wydrapać się po drabinie. Zrobiliśmy to skwapliwie - łącznie z psem, który widząc, jak kolejno znikamy w górze, ze zdenerwowania, by nie zostać jak przysłowiowy kozioł w studni, niespodziewanie wspiął się również. Później, na kolejnych noclegach, niestety sztuki tej nie potrafił powtórzyć.

Na górze leżała rura o średnicy ca 0,6 m - element od elewatora do ładownia siana przy pomocy nadmuchu powietrza. Dziewczynki wykorzystując fakt, że rura leżała nas sianie znacznie nachylona do poziomu, urządziły sobie zjeżdżalnię, w czym dzielnie sekundował im Butluś. Wyglądało to w ten sposób, że najpierw wsuwała się któraś z dziewcząt, a gdy znikała, wskakiwał za nią Butluś, następowała wewnątrz kotłowanina połączona z piskiem, po czym najpierw wylatywał dołem pies, a dopiero później właściwa dziewczynka. Sam pies nie dał się nam namówić do przejażdżki wewnątrz rury, ani wepchnąć do niej siłą czy podstępem.

Po kolacji, na którą dostaliśmy dwa litry mleka i dowolną ilość chleba własnego wypieku (gospodyni poczęstowała nas pieczywem widząc, że zabieramy się do surowych płatków owsianych) zagrzebaliśmy się w sianie i zasnęliśmy.


Wtorek. 2-gi sierpnia.

Od rana było pochmurno. Zaraz za wsią droga rozgałęziła się. Uprzednio zasięgnąłem informacji, którędy należy iść do najbliższego sklepu w Łebskiej (Łebieńskiej?) Hucie, gdzie spodziewałem się dostać chleb, informacja nie uwzględniała jednak tego, czy pieczywo będą tam mieli. Wybraliśmy kierunek w prawo, gdyż w tę stronę widać było las. Jakoż droga była bardzo ładna. Poza tym jednak nie wiodło się nam: najpierw Zosia przypomniała sobie, że zostawiła swoją czapkę w miejscu noclegu i wracała się ze mną (na szczęście ze skutkiem), następnie zaczęło padać, a wreszcie, gdy dostaliśmy się do sklepu, okazało się, że: 1-o chleb będzie dopiero o godzinie jedenastej, 2-o zmyliliśmy kierunek i doszliśmy do wsi Donimierz. Na pociechę los zesłał nam przedszkole z bardzo gościnnymi dwiema przedszkolankami, które nie tylko pozwoliły nam schronić się przed deszczem w obszernej sieni, ale poczęstowały gorącą herbatą (ja nie skorzystałem, najbardziej zaś zadowolona była Tesia, którą rano bolało gardło) i wystawiły krzesła, byśmy mieli większą wygodę.

Po paru godzinach, gdy otwarto sklep i dowiedzieliśmy się, że pieczywa nie ma, postanowiliśmy ruszyć do Łebna, gdzie też jest sklep, do którego chleb zawozi ten sam samochód co i do tutejszego sklepu. Szliśmy szosą i dziewczynki usiłowały zatrzymywać samochody. Przez dłuższy czas zabiegi te nie dawały rezultatu, aż wreszcie, gdy dochodziliśmy do lasu i rozglądałem się za miejscem odpowiednim dla odpoczynku po półgodzinnym marszu, dziewczynkom udało się zatrzymać jakąś "Nysę". Kierowca jechał do Kartuz. Po chwilowym wahaniu, gdy rozsznurowywaliśmy z tyłu plandekę okrywającą skrzynię ciężarówki, by dostać się do środka, poprosiliśmy, by zabrał nas ze sobą do końca trasy: w mieście na pewno dostaniemy chleb, a ponadto można będzie kupić dla Kasi tenisówki (trampki boleśnie ocierały jej nogi) i dla Tereni zatrzask błyskawiczny do portek. Kierowca polecił nam schować się tak, byśmy byli niewidoczni z zewnątrz. Nysa była czyściutka, więc położyliśmy się na podłodze i jechaliśmy wygodnie, jedynie na ostrych wirażach turlaliśmy się z lewej na prawą i odwrotnie.

Do Kartuz dojechaliśmy w strugach deszczu. Kierowca wysadził nas na środku kwadratowego rynku zmienionego w parking samochodowy. Założyliśmy plecaki, okryliśmy się, czym kto mógł, od deszczu i poszliśmy po zakupy. Deszcz stopniowo natężał się i wreszcie wylądowaliśmy pod osłoniętym wejściem do kina. Na dworze rozszalał się istny potop. Wykorzystując przerwy w deszczu (tzn. momenty, gdy nie lało, a tylko padało) dziewczynki załatwiły na pobliskiej poczcie korespondencję i dokonały zakupów.

Wreszcie deszcz zamienił się w mżawkę i ruszyliśmy szosą w kierunku Sierakowic. Tym razem nie mieliśmy szczęścia w autostopie: zatrzymał się, i to dopiero po dłuższym czasie wypełnionym machaniem rękami, autobus PKS. Teraz znalazłem się w kłopocie: nie miałem nawet pewności, dokąd prowadzi szosa, którą maszerowaliśmy (że do Sierakowic, doszedłem dopiero później), a tu pytają się, do jakiej miejscowości chcę jechać? Wybrnąłem z kłopotu mówiąc, że chcę wysiąść na drugim z kolei przystanku, a zapomniałem nazwy miejscowości (najbliższy przystanek mógł być jeszcze w mieście, gdzie nie dostalibyśmy z braku stodół noclegu, a dalej to znowu niepotrzebny koszt). Po takim wyjaśnieniu okazało się, że jedziemy do Łapalic, czemu skwapliwie przytaknąłem, choć prawdę rzekłszy pojęcia nie miałem, co to za wieś?

Wkrótce byliśmy na miejscu. Przy szosie stały domy przypominające raczej miejskie wille niż zabudowania wiejskie, ale w bok, w kierunku na południe odchodziła droga zabudowana z obu stron. Ruszyliśmy w tę stronę. Jakoż zabudowa stopniowo zmieniała swój charakter, aż na końcu wsi ujrzeliśmy typowo wiejskie obejście.

Było jeszcze wcześnie, chyba trochę po południu. Naprzeciw "naszego" gospodarstwa, po przeciwnej dlań strony drogi budowano dom jednorodzinny. Gotowa już była piwnica, czy może raczej niski parter, przykryta sklepieniem jeszcze podpartym drewnianymi stemplami, ale doskonale chroniącym przed deszczem. Tam umieściliśmy się dla ugotowania obiadu.

Po wodę do gotowania udały się dziewczynki do "naszego" gospodarstwa. Po chwili wróciły z wodą i wyśmienitymi plackami kartoflanymi. W gospodarstwie zastały jedynie starszą już gospodynię, która, jak to wynika z placków, przyjęła je bardzo gościnnie.

Rozsiedliśmy się w jednej z piwnic. Dziewczynki zbudowały mi jako głównemu kucharzowi ławkę z cegieł i desek pod okienkiem, przez które niestety od czasu do czasu wpadały bryzgi wody, gdy deszcz natężał się, albo znowu Butluś, gdy go kto nieopatrznie zawołał z wnętrza piwnicy (ten czworonóg zdaje się, że uznaje w każdej sytuacji tylko jedną drogę do celu - geometrycznie najkrótszą). Od deszczu Zosia zasłoniła mnie (niestety nie całkiem skutecznie) moją plastikową płachtą, Butluś zaś, za drugim skokiem, gdy zaskoczony jego nieoczekiwaną obecnością na mojej głowie zasłoniłem się ręką, odbił się od mojego ramienia i gruchnął mordą w ścianę, raniąc sobie górną prawą powiekę.

Ponieważ deszcz siąpił bez nadziei na zmianę pogody, poprosiliśmy o nocleg w gospodarstwie "Babci placuszkowej". Gościny udzielono nam na sianie nad oborą, co połączone było z windowaniem Butlusia do góry. Ponieważ sam po drabinie po wczorajszym wyczynie chodzić nie potrafił, jako główny spec od wnoszenia i znoszenia psa zarządziłem, że ma on cały czas pozostawać na górze, gdy my będziemy schodzili na kolację itp. Miałem przy tym nadzieję, że pies nie będzie się na sianie krępował ze swoimi potrzebami. Omyliłem się w tej mierze całkowicie: nasz czworonóg dzielnie wytrzymywał, a gdy nazajutrz zdjęliśmy go z góry, oczywiście podniósł nogę nad pierwszym napotkanym przedmiotem, którym na moje nieszczęście okazał się noszony przeze mnie chlebak.


Środa. 3-ci sierpnia.

Noc była ciepła, dzień wstał pochmurny. Pożegnaliśmy gospodarzy, którzy mieli córkę zamieszkałą w naszym falowcu bodaj w klatce 4B. Było dość późno - zanim Teresa i Zosia obudziły się, zdążyłem wraz z Kasią odbyć spacer nad jezioro Łapalickie.

Ruszyliśmy do Chmielna, aby jednak skorzystać z uroków tutejszej okolicy, wybraliśmy drogę okrężną wokół jeziora Reskowo. Szliśmy skrajem olbrzymiego łanu bujnego żyta. Wszystko było mokre, to też zdjęliśmy obuwie i spodnie. Bezdroże skończyło się, gdy blisko północnego skraju jeziora przeszliśmy przez gospodarstwo przylegające do wody. Tam napastował nas jakiś mały złośliwy kundel, który mimo całej ostrożności złapał Tesię lekko za łydkę. Od tego miejsca szliśmy drogami.

Gdy minęliśmy północny występ jeziora, nagle lunął deszcz. Okrywszy się, czym kto mógł, ruszyliśmy do najbliższego gospodarstwa, gdzie w stodole, na śmierdzącej myszami słomie, przez długi czas pisałem kronikę, podczas gdy dziewczynki zajmowały się kurami i stojącym opodal ciągniko-spychaczem jakiegoś przedsiębiorstwa budującego drogę.

Gdy deszcz ustał całkowicie, poszliśmy dalej. Wydrapaliśmy się na pobliskie łyse wzgórze (chyba była to góra Biskupia oznaczona na mapie jako punkt widokowy), potem daliśmy nurka w las. Na południu potężnie grzmiało, spotkany jakiś jegomość przestrzegał nas przed deszczem, ja jednak z wyglądu chmur i kierunku wiatru wywnioskowałem, że może nie będzie tak źle i wędrowaliśmy. Jakoż pogoda zaczęła się poprawiać. Urządziliśmy sobie dłuższy postój z kąpielą, a raczej myciem się w jeziorze i gotowaniem na kocherze. Ze względu na niepewną pogodę gotowałem jedynie "zupki błyskawiczne".

Wreszcie doszliśmy do Chmielna. Tu znowu nastąpił dłuższy postój. Pogoda nadal poprawiała się, trochę nawet przyświecało słońce, a dziewczynki nalegały, by wypożyczyć kajak. Niestety tylko ja miałem kartę pływacką i wynikające stąd prawo korzystania z kajaku. Wypożyczyliśmy go na dwie godziny (od 16-tej do 18-ej) za 10 zł (5 zł za jedną godzinę). Pływałem kolejno z Kasią, Zosią i Terenią. Ponieważ panny wiosłowały słabo, przypadła mi rola głównej siły napędowej, wkrótce też zrobił mi się pęcherz na dłoni. Jednocześnie dziewczynki przygotowały na kocherze kisiel uzupełniony herbatnikami.

Pogoda zaczęła się psuć. Gdy kończyłem rundę z Teresą, trochę nawet pokropił deszcz. Biegiem opchnąłem swoją porcję kisielu i pomaszerowaliśmy dalej.

O nocleg zagadnęliśmy w pierwszej napotkanej zagrodzie przy drodze wiodącej wzdłuż północnego brzegu jeziora Raduńskiego. Tam odesłano nas do domku skrytego za drzewami na tyłach gospodarstwa. Właściciel domku udzielił nam gościny w jednym z dwu baraków. Były to nadwiozia (bez kabiny kierowcy i obudowy silnika) samochodów wojskowych mieszkalnych ustawione na prostym fundamencie. W jednym baraku rezydowały dwie córki właściciela, drugi barak zajęliśmy my.

Chociaż właściciel zastrzegał się, że domki nie są jeszcze wyposażone, mieliśmy tam wszelkie wygody: dwa tapczany, przy tym jeden na całą długość baraku mieścił wygodnie dwie osoby, nadmuchiwany materac i kilka koców, światło, dywaniki na podłodze. Materac rozłożyliśmy na podłodze, a jako poduszek użyliśmy zbędnych koców lub - jak ja - dziennego przyodziewku. Wodę braliśmy z wodociągu w sąsiednim gospodarstwie, gdzie również kupowałem mleko.


Czwartek. 4 sierpnia.

Przez cały dzień przechodziły mżawki i utrzymywało się całkowite zachmurzenie. Nasz gospodarz zgodził się, byśmy zostali na następną noc. Do prośby o to skłoniła mnie nie tyle niepogoda, która do wędrówki nie byłaby najgorsza, ile złe samopoczucie Teresy, która przespała prawie cały dzień. Kasia z Zosią załatwiły zakupy w Chmielnie, ja z Kasią wykąpaliśmy się w jeziorze (kąpiel była trochę nieudana z powodu wodorostów obficie porastających płytkie dno jeziora), ugotowaliśmy sobie obiad na kocherze. Dziewczynki zawarły znajomość ze swoimi rówieśniczkami w gospodarstwie obok.

Nasz barak tkwił malowniczo położony na łagodnym stoku wzgórza nad jeziorem wtulony w kępę wysokich drzew. Przy kępie tej, od strony drogi znajdowały się zabudowania gospodarstwa wiejskiego, z przeciwnej - willa, czy jak nazwać mały domek z garażem w piwnicy zamieszkały przez naszego gospodarza i obok dwa zaimprowizowane z wozów wojskowych domki kampingowe. Przed barakami mieliśmy niewielką łąkę, z której widać było jezioro i okoliczne wzgórza. Do jeziora schodziło się drogą w dół jakie 200 m w kierunku przeciwnym niż należałoby iść do Chmielna. W tym miejscu, nad wodą znajdował się krótki szpaler drzew ocieniających ni to łąkę, ni to zarośnięty trawą dojazd do jeziora. Zaraz obok tego zejścia, po przeciwnej stronie drogi stał elegancki dom otoczony siatką.

Na szczycie wyniosłości, nad naszym barakiem widać było duży sad należący ponoć do właściciela miliona kur. Przed wieczorem wybrałem się tam z Kasią i Terenią po owoc. Przyjęła nas seniorka rodu, która za 20 zł pozwoliła nam zaopatrzyć się w całkiem sporą, pokaźną ilość papierówek i porzeczek. Przy okazji widziałem bardzo porządnie wyglądające zabudowania gospodarskie - prawdopodobnie mieszkanie owych miliona kur.

Gdy wróciliśmy, zastaliśmy barak elegancko wysprzątany przez Zosię. Wieczorem urządziliśmy owocowe przyjęcie, na które dziewczynki zaprosiły swoje przyjaciółki z gospodarstwa obok. Z córkami naszego gospodarza, choć przywitaliśmy się jeszcze poprzedniego dnia, nie mieliśmy więcej kontaktu.

Punkt kulminacyjny przyjęcia stanowiło prawykonanie publiczne (odśpiewania w ścisłym gronie rodzinnym nie liczę) piosenki skomponowanej przeze mnie (zarówno słowa i melodia w rytmie mazura), którą nazwałem "Lament amatora pieszych wędrówek na deszczowe lato 1977 roku wierszem do śpiewania ułożony", a która w ostatecznej wersji brzmi:

Niech bogowie się zlitują!
Co z pogodą począć głupią?
Że turyści nie wędrują,
Lecz dzień cały w karty łupią!

Ciągle chmury, wiatr i słota,
W butach woda głośno chlupie,
A gdy spoczniesz, to od błota
Zaraz plamę masz na ... spodniach.

Jedna tylko jest wygoda:
Myć nie trzeba sobie pyska,
Bo z ciemnego nieba woda
Jak z prysznica na łeb tryska.

Miast siąść pod telewizorem,
Kto się pcha w kałuże, błota?
Kto takim turysty wzorem?
Tylko wariat lub idiota.

Mądry przykład mu za mało,
Idzie w świat, choć z nieba leje
I jak na głupka przystało,
Jeszcze się radośnie śmieje.

Mądry rzecze: przyjacielu,
Czemu z ciebie wariat taki?
I dalej w miękkim fotelu
Wysiaduje swe żylaki.


Piątek. 5-ty sierpnia.

Spaliśmy do pół do dziewiątej, przy tym Teresa pobiła chyba wszystkie rekordy długości snu. Pogoda poprawiła się: świeciło słońce, chociaż chmur wdać było sporo. Stopniowo jednak ilość ich zmniejszała się, aż w końcu po południu pozostał czysty błękit.

Ruszyliśmy drogą do Reskowa. Prowadziła nas ona pod górę, to też mogliśmy podziwiać wspaniałą panoramę Szwajcarii Kaszubskiej: najpierw jezioro Raduńskie i wszystkie jeziora wokół Chmielna, potem rozliczne wąwozy i wzgórza, aż na koniec, gdy już przeszliśmy całe pasmo wzniesień w poprzek - dolinę rzeki Łeby i jezioro Reskowskie.

Do Reskowa przyszliśmy dwadzieścia minut przed zamknięciem sklepu, co nastąpiło o dwunastej. Ponieważ nazajutrz wypadała wolna sobota, zrobiliśmy zakupy na zapas i poszliśmy na szosę próbować szczęścia w autostopie. Aby ze sklepu dostać się na szosę Kartuzy - Lębork, należało albo cofnąć się do odpowiedniej drogi, albo pójść na przełaj przez pola i łąki. Wybraliśmy na swoje nieszczęście to drugie. Wkrótce utknęliśmy nad rowem melioracyjnym o niezwykle grząskim dnie. Nie mogąc go przebyć ruszyliśmy brzegiem pokonując masę bocznych dopływów tego rowu. Nie obyło się przy tym bez tego, by ten i ów nie zapadł się po kostki w błoto. Na koniec Tesia została pobodzona przez młodego koziołka, który pasł się przy jakiejś zagrodzie uwiązany do palika. Dziewczynki wybrały się do niego z czułościami: "o! jaki piękny koziołek ... itd. itd. Ten początkowo łaskawie przyjmował pieszczoty aż nagle, jak nie ruszy do natarcia! Jako cel wybrał sobie Teresę, która wycofała się spiesznie zasłaniając się od ciosu, kozioł zdążył jednak nabić jej na ręku bolesnego siniaka.

Wreszcie wylądowaliśmy na szosie przy stacji kolejowej Reskowo, na której wykorzystaliśmy piękny murowany z czerwonej cegły szalet stanowiący wraz z niewielkim, również czerwonym domkiem całość zabudowań tego obiektu Polskich Kolei Państwowych. Była godzina 12.25. Umówiłem się z dziewczynkami, że do 13-ej będą próbowały coś złapać, a jeśli do tego czasu nie powiedzie się im, ruszamy na piechotę w kierunku niedalekich lasów na północy.

Samochodów przejeżdżało sporo, jednak ich kierowcy byli nieużyci, aż wreszcie, gdy już wskazówka na moim zegarku minęła zastrzeżony punkt i zakładaliśmy plecaki, ukazała się czerwona ciężarówka. Dziewczynki wyskoczyły na skraj drogi i o dziwo, samochód ku memu niezadowoleniu zatrzymał się.

Teresę umieściliśmy w szoferce, reszta wylazła na pustą skrzynię i tam usiedliśmy na podłodze za szoferką. Zaczęła się piękna jazda! Trochę wpadały nam do oczu trociny, których resztki tłukły się po naszym lokum i wirowały z pędem powietrza, ale w ogóle było nadzwyczajnie.

Jechaliśmy przez Miechucino, Sierakowice, aż wreszcie wóz stanął w lesie nad jeziorem. Na poboczu ukazała się nam - uwięzionym w skrzyni samochodu - Tesia wołając, byśmy wysiadali, co też niebawem uczyniliśmy z pomocą jakiegoś gościa, który znał mnie z biura (nie mogłem jednak przypomnieć sobie jego nazwiska, a on nie chciał opowiedzieć się), a który właśnie przechodził obok. Podziękowaliśmy pięknie kierowcy i wkrótce zostaliśmy sami.

Okazało się, że jesteśmy parę kilometrów za wsią Pałubice w pobliżu jeziora Święte. Miejsce to wybrał nam na prośbę Tereni kierowca jako najbardziej atrakcyjne na trasie do Lęborka, dokąd jechał. Małe jeziorko widoczne po lewej stronie drogi nie nadawało się na obiekt, przy którym możnaby biwakować, gdyż odbywały się tu wielkie przygotowania do zabawy na świeżym powietrzu. Poszliśmy więc wzdłuż szosy w kierunku północnym. Wkrótce dotarliśmy do wspomnianego jeziora Święte i tu, przy kąpielisku ośrodka wczasów PKP zbudowałem z kamieni kuchnię i ugotowałem obiad.

Siedzieliśmy tak do 17-tej. Gdy już wykąpaliśmy się, zjedliśmy obiad i dowiedzieliśmy się, że osoby postronne nie mogą wypożyczyć sprzętu (chodziło głównie o łodzie z wiosłami w dulkach) ruszyliśmy na zachód. Kierunek ten obrałem spodziewając się, że wzdłuż rzeki zwącej się Bukowina nie tylko znajdziemy dużo lasów, co pokazano na mojej mapie, ale sama dolina rzeki będzie bardziej urozmaicona niż inne okolice, a wreszcie, że łatwo będzie można znaleźć dobre miejsca do biwakowania i kąpieli.

Ruszyliśmy kierując się według słońca. Prawie cały czas szliśmy lasem, tylko na początku napotkaliśmy na rozległej polanie gospodarstwo z obiecującą wygodę stodołą, na nocleg było jednak za wcześnie.

Marsz lasami był piękny. Pogoda zrobiła się bez chmurki na niebie. Rozebrałem się do kąpielówek. Przyjemny nastrój psuła jedynie stopa Teresy. Od dłuższego czasu Tesi dokucza ból w stopie występujący przy zmęczeniu czy z innej okazji.

Zauważyliśmy, że Butlusiowi już przeszło oszołomienie nową sytuacją. Nie biega jak oszalały, lecz kroczy z nami nie zwracając uwagi na zwierzęta i ptactwo domowe we wsiach, jedynie, gdy spotykamy kogoś w leśnej głuszy, obszczekuje go dokładnie. Zwłaszcza dostało się strachowi na wróble czy raczej na dziki, którego niewzruszona postawa narzuciła jednak psu respekt i dystans.

Marsz przez las trwał około półtorej godziny (z odpoczynkami - dwie godziny). Gdy stanęliśmy na polu, ujrzeliśmy na prawo od kierunku marszu wieś, nad którą górowały dwupiętrowe bloki mieszkalne. Niestety, zauważyłem, że stodoły we wsi są małe. Obawy moje okazały się słuszne: pola okoliczne należały w większej części do pobliskiego PGR, a we wsi mieszkali wyłącznie właściciele karłowatych gospodarstw, których podstawę utrzymania stanowiła praca w tutejszej Jednostce Wojskowej, w okolicznych zakładach przemysłowych, PGR, lub w leśnictwie.

Wieś nazywa się Siemirowice. O nocleg zapytaliśmy w pierwszym z brzegu gospodarstwie. Chętnie udzielono nam gościny, jednak gospodarz odradzał korzystanie z siana, w którym podobno zdarzają się węże, nie wiadomo, może jadowite? Zamiast siana otrzymaliśmy więc nieco słomy oraz kilka plandek na słomę i do przykrycia. Noc zapowiadała się chłodna. Nie mogąc zagrzebać się w sianie postanowiliśmy ułożyć się razem tak, by wzajemnie ogrzewać jeden drugiego. Na brzegach umieściliśmy z jednej strony Kasię, na którą wypadła kolej spania w jedynym naszym śpiworze, na drugim skraju leżałem ja jako najodporniejszy na zimno. Teresa i Zosia znalazły się we środku. Okryliśmy się kocami, na które jeszcze położyłem plandekę. Przed snem zjedliśmy jeszcze kluski na mleku, oraz trochę samego mleka i oglądaliśmy telewizję. Spać poszliśmy godzinę przed północą.


Sobota. 6-ty sierpnia.

W nocy było nam ciepło. Obudziłem się o 5-tej rano. Poranek był piękny, niebo bez chmur, trawa pokryta rosą. Usiadłem w progu naszej szopki i w towarzystwie psa pisałem kronikę.

Nasz gospodarz autobusem o szóstej rano wyjechał do pracy. Sobota dzisiejsza jest wolna, ale on pracuje jako portier piątek czy świątek.

O siódmej, nie mogąc ścierpieć tego, że najpiękniejsze godziny upływają, wywaliłem dziewczynki z legowiska i po wypiciu mleka poszliśmy dalej. Najpierw udaliśmy się po zakupy do otwartych dzisiaj z rana sklepów między blokami mieszkalnymi Jednostki Wojskowej. Potem ruszyliśmy w kierunku zachodnim do lasu.

Zaraz za blokami natrafiliśmy na tamtejszy ośrodek rekreacyjny pusty o tej porze dnia. Było tam niewielkie jezioro powstałe ze spiętrzenia potoku będącego lewym dopływem naszej Bukowiny. Na tym jeziorku urządzono pływalnię z trampoliną i obok domek dla łabędzi, których parę z sześciorgiem już wyrośniętych ale jeszcze szaro upierzonych młodych, mieliśmy możność oglądać.

Kąpać się nie mieliśmy ochoty tym bardziej, że - jak nas informował gospodarz, w południe powinniśmy dojść do jeziora. Za to dziewczynki wykorzystały atrakcje pobliskiego ogródka jordanowskiego, oraz olbrzymiej betonowej zjeżdżalni urządzonej przy kąpielisku. Zjeżdżalnia ta, o wysokości co najmniej 5 metrów, powierzchnię miała chropowatą jak tarka. Na szczęście opodal w rowie ktoś rzucił kilkanaście olbrzymich plastikowych toreb - chyba od nawozów sztucznych. Te właśnie torby podkładały sobie dziewczynki pod siedzenia i ku mojemu przerażeniu zjeżdżały, aż kurzyło się.

Wreszcie ruszyliśmy przez las. Było pięknie. Wędrowaliśmy najpierw ścieżką, potem bezdrożem, potem drogą leśną mijając z boku tablice ostrzegawcze z napisem: "wstęp wzbroniony, ostoja zwierzyny dzikiej". Odpoczynki robiliśmy bardzo długie na puszystych mchach. Spotykaliśmy sporo krzaków jagodowych niestety bez owoców. Upału nie było, gdyż chłodny wiatr pędził olbrzymie ciemne chmury, które często przesłaniały słońce. Wreszcie nasza droga skończyła się. Z opisu podanego mi wczoraj wnioskowałem, że jesteśmy blisko jeziora i wobec tego skręciliśmy na północ w kierunku rzeki. Płynęła ona w tym miejscu szerokim jarem, którego brzegiem szliśmy jakiś czas. Gdy przebywając poprzeczny parów zeszliśmy nad rzekę, zauważyłem, że po drugiej stronie, na łące jest droga. Przeprawiliśmy się więc przez zimny i kamienisty nurt po czym, po odpoczynku ruszyliśmy dalej.

Wkrótce minęliśmy wieś Oskowo i przeciąwszy szosę, zagłębiliśmy się znowu w las, wciąż wędrując drogą na prawym brzegu Bukowiny. Był już najwyższy czas, by urządzić biwak obiadowy. Dziewczynki, zwłaszcza Kasia, zaczęły marudzić, a tu tymczasem nie tylko, że nic nie wskazywało na bliskość jeziora, lecz na dodatek brzegi naszej rzeki obrosły szerokim pasem błotnistych zarośli i trzcin. Sytuacja wyglądała niewesoło, gdy wreszcie doszliśmy do miejsca świetnie nadającego się na biwak.

Rozłożyliśmy się obok ruin wysokiego, murowanego z kamienia i cegły wiaduktu kolejowego, którego ocalałe łukowe przęsła obrośnięte drzewami i zielskiem przypominały arkadyjskie ruiny. Środkowe przęsło rozsypało się na kamienie, które runęły do potoku i utworzyły na nim niewielki wodospad. Błota przy wodzie skończyły się już wcześniej i dojście do wody choć strome, było dobre - jedynie utrudnione w niektórych miejscach przez pokrzywy. Wokół rósł wysoki mieszany las, można w nim było znaleźć także i świerki, których dolne zeschłe gałęzie dostarczyły nam wspaniałego paliwa na ognisko. Kuchnię zbudowałem z odłamków gruzu, których tu było pełno. Aby zabezpieczyć się przed pożarem lasu oraz przed deszczem, który wciąż zagrażał, umieściłem ją pod łukiem wiaduktu.

Ugotowałem cztery posiłki jednodaniowe oraz upiekliśmy w popiele trochę ziemniaków - niewielką ilość, gdyż na pobliskim polu, gdzie nalazłem te ziemniaki, stwierdziłem, że bulwy są niewielkie i należałoby stosunkowo wiele krzaków zniszczyć, by zdobyć odpowiednią dla nas porcję.

Ruszyliśmy o 18-tej. Teraz dolina rzeki była niezwykle malownicza, obrośnięta wysokim lasem złożonym z sosen, świerków z dodatkiem (głównie nad rzeką) rozmaitych drzew liściastych. Po krótkim marszu wyszliśmy na podmokłą łąkę rozciągającą się między rzeką a sporym jeziorem. Było to zapewne owo poszukiwane przez nas jeziorko, nad którym planowałem postój południowy. Mieliśmy do wyboru: albo obchodzić je dokoła, albo przebyć łąkę i dostać się do przeciwległego nam bliskiego lasu. Ze względu na późną porę zdecydowaliśmy się iść przez łąkę.

Już w połowie drogi stało się jasne, że trzeba zdjąć buty, a na zbawczym skraju lasu widziałem podejrzane zarośla i trzciny. Zostawiłem dziewczynki z plecakami, a sam w towarzystwie psa poszedłem zbadać sytuację. Obawy moje okazały się słuszne: pod lasem przebiegał płytki na szczęście kanał łączący jezioro z rzeką obrośnięty krzewami i zielskiem, wśród którego przeważały pokrzywy. Po bliższym zbadaniu sytuacji znalazłem jednak przejście, gdzie pokrzyw było tylko trochę. Dno kanału okazało się twarde i czyste, jedynie na brzegach nieco błota. Zakasawszy spodnie do kolan, można było przejść. Musieliśmy jednak zdejmować plecaki, gdyż wzdłuż strugi przechodziło ogrodzenie z rozciągniętych poziomo kilku drutów, pod którymi przeciskaliśmy się.

Szliśmy jeszcze z godzinę wzdłuż rzeki podziwiając po drodze sarny, bociany, krowy i piękny las, aż dotarliśmy do wyjeżdżonej drogi odchodzącej w bok. Droga była uczęszczana, co zdawało się gwarantować bliskość wsi i to skłoniło nas do zmiany kierunku marszu z zachodniego na północno-zachodni.

Szliśmy znowu godzinę przez piękne lasy rosnące na silnie sfałdowanym terenie, aż po wahaniach i deliberacjach dotarliśmy do wsi Kozy (czy coś podobnego). Tam najpierw natknęliśmy się na PGR w okazałym pałacyku, oraz domy mieszkalne pracowników tego gospodarstwa, aż wreszcie ukazało się nam obejście z potężną stodołą.

Przyjęto nas niezwykle gościnnie, o spaniu w stodole nie było jednak mowy. Mimo mego tłumaczenia gospodyni przygotowała nam pokój, w którym starsze dziewczynki położyły się w pościeli na szerokim tapczanie, a ja z Kasią "na waleta" (tzn. odwróceni względem siebie: głowa jednego przy stopach drugiego) na drugim. Na kolację otrzymaliśmy nie tylko mleko, ale również jajka, chleb, masło i na deser wspólnie z gospodarzami i ich młodzieżą herbatę z ciastem własnego wypieku. Wszystko to odbyło się w trakcie oglądania jakiegoś westernu pokazywanego w telewizji. Przed samym snem umyliśmy się w łazience.


Niedziela. 7-y sierpnia.

Dziewczynki spały do dziewiątej. Podziwiałem ich możliwości: Terenia i Zosia jeszcze ubiegłego dnia spały dobrą godzinę na biwaku w lesie.

Na śniadanie otrzymaliśmy znowu mleko, do tego wziąłem nasz chleb z kiełbasą. O zapłacie gospodyni nie chciała nic słyszeć.

Na mszę poszliśmy - zabierając wszystkie swoje manatki - do oddalonego o dwa i pół kilometra Kozina na godzinę 10.30. Była to w tym kościele jedyna msza niedzielna. Popędzałem dziewczynki, by nie spóźnić się, chociaż Kasia narzekała, że okropnie się czuje i jest ciężko chora.

Szliśmy szosą w kierunku południowym. Pogoda była piękna: niebo bez chmurki, temperatura powietrza utrzymywała się jednak niska: odczuwało się miły chłodek. Słońce nie dokuczało, gdyż droga była obrośnięta wysokimi, dającymi dużo cienia drzewami. Wokół roztaczała się wspaniała panorama. W każdym kierunku widoczne były ciągnące się daleko lasy.

Droga stopniowo schodziła w dół. Przeszliśmy wieś Kozin, przekroczyliśmy most na Bukowinie, minęliśmy ruiny wiaduktu podobne do napotkanych wczoraj i znaleźliśmy się na skrzyżowaniu: w lewo i prawo mieliśmy szosę chyba z Bytowa do Lęborka, prosto na południe biegła wzdłuż rzeki Łupawa droga polna. Postępując za idącymi przed nami ludźmi skręciliśmy w lewo dróżką do świerkowego lasu na wzgórzu. Znajdował się tam kościół.

Plecaki i psa zostawiliśmy między licznymi rowerami i motocyklami w cieniu wieży kościelnej, a Terenia stanęła w drzwiach świątyni z zadaniem zwracania uwagi na nasz dobytek. Pozostali członkowie wyprawy weszli do środka.

Po mszy usiedliśmy pod cienistym drzewem przy skrzyżowaniu, by przebrać się, przepakować itp. Poszedłem szosą, by z mostu obejrzeć Łupawę. Robiła ona lepsze wrażenie niż Bukowina, była głębsza i nie tak zarośnięta wodorostami. Rzeka płynęła z południa na północ dość szeroką doliną, której krawędzi porastał las. Sama rzeka nie była dostępna, gdyż od lasu oddzielał ją pas błotnistego gruntu gęsto porośnięty m. in. pokrzywami.

Poszliśmy wspomnianą już drogą wzdłuż prawego wschodniego brzegu Łupawy. Ponieważ rzeka sama nie była dla nas widoczna, o mało nie skierowaliśmy się wzdłuż jej dopływu, nad którym przeszliśmy po moście ubrudziwszy się przy tym smołą użytą w wyraźnym nadmiarze do konserwacji konstrukcji.

Wreszcie las skończył się. Przed nami rozciągały się łąki zamknięte ze wszystkich stron lasem. Łąki leżą przypuszczalnie na terenie depresyjnym w stosunku do Łupawy, gdyż przecięto je rowem zakończonym w pobliżu naszego miejsca postoju stacją pomp.

Rozłożyliśmy się pod grupą sosen i dębów. Ponieważ droga przez łąki pod południowym słońcem prażącym z czystego nieba nie wyglądała zachęcająco, poszedłem rozejrzeć się za miejscem, gdzie można by przejść Łupawę oraz otaczające ją zarośla i dostać się do lasu po przeciwnej stronie. Rzeka była niedawno regulowana, o stromych brzegach i jednakowej wszędzie głębokości, takiej że woda sięgała do połowy uda. Łatwe do przejścia miejsce było tuż obok, gdzie wybudowano śluzę łączącą wspomniany wyżej kanał z rzeką. Stąd, aby dostać się do lasu, musiałem cofnąć się lewym wałem ochronnym na północ w dół rzeki około 100 m, do miejsca gdzie las, obrastający suche pagórki z piachu i żwiru, zbliżał się do rzeki. Największy kłopot na tej drodze stanowiły pokrzywy.

Wróciłem do dziewczynek, które moją propozycje przyjęły z entuzjazmem, tylko Kasia, która od rana była "ciężko chora", gdyż bolało ją gardło i ogólnie czuła się bardzo źle, zaczęła wyrażać obawę, że po wejściu do wody stan jej zdrowia może się pogorszyć. Sprawę załatwiłem w ten sposób, że Kaśkę przeniosłem "na barana" przez wodę, potem to samo zrobiłem z plecakami itp. a Terenia i Zosia przebrane w kostiumy kąpielowe przeszły rzekę same.

Szliśmy dalej. Mimo słonecznej pogody nie odczuwało się upału, a nawet chwilami w cieniu było mi chłodno (szedłem jedynie w szortach). Popasaliśmy często i długo: po przeprawie najpierw trochę suszyliśmy się i przebierali, potem ja z Teresą wracaliśmy po radio pozostawione na brzegu rzeki przy przeprawie. Wreszcie o czternastej dotarliśmy do miejsca, gdzie po obu stronach rzeki rozciągały się łąki otoczone lasem i tu rozłożyliśmy biwak.

Ułożyliśmy się przy drodze, która przechodziła brodem przez rzekę. Było tam sucho, rosła wygodna trawa, a kilka drzew dawało dostateczną ilość cienia. Rzeka czysta i o piaszczystym dnie nadawała się świetnie do kąpieli. Najwygodniejsze wejście do wody było w miejscu brodu, gdzie koryto było szerokie i połączone z brzegami płyciznami o łagodnym spadku. Błota tam nie było, chodziło się albo po trawie, albo po piachu, albo po kamienistym żwirze.

Zaczęła się kąpiel. W głównej mierze wyglądała ona w ten sposób, że z łączki, na której rozłożyliśmy się, skakaliśmy (najlepiej z rozbiegu) przez wąskie pasemko trzcin i wodorostów na nogi w sam środek koryta, po czym należało przepłynąć kilkanaście metrów z biegiem wody do brodu, tam wyjść i da capo.

Kasia widząc nasze wyczyny "poczuła się znacznie lepiej" a po dalszej chwili "całkiem zdrowa", po czym zaczęła mnie wypytywać, czy pozwolę jej "na chwilę" wejść do wody i wreszcie, gdy nie wyraziłem zastrzeżeń, pokłóciwszy się nieco z siostrami, które jej wypomniały poranne narzekanie, brała na pełnych obrotach udział w zabawie.

Zostawiwszy dziewczynki w wodzie zająłem się obiadem. Znalazłem dwa spore kamienie i na nich zbudowałem kuchenkę. Ugotowałem krupnik błyskawiczny na kiełbasie, której jeszcze mieliśmy znaczny zapas. Ku ogólnemu zdumieniu Butluś, który dotąd nie chciał jeść żadnej zupki, krupnik pałaszował z pełnym zapałem nawet bez kiełbasy. Dostał zresztą go sporo, gdyż jedna z menażek kochera wyleciał mi z chwytaka na trawę. Nie było w tym mojej winy. Chwytak był już stary i szczęki miał zupełnie wytarte. Kupiłem uprzednio w Gdańsku nowy, niestety zgubiliśmy go zaraz pierwszego dnia wycieczki.

W dalszą drogę ruszyliśmy po osiemnastej. Wreszcie dotarliśmy do szosy Kartuzy-Słupsk (dokładniej Sierakowice-Stara Dąbrowa). Z lasu na szosę wyszliśmy na sporym wzniesieniu. Przed nami w dali widać było wieś Zawiaty, za nią jezioro i wokół morze lasów. Ruszyliśmy do wsi.

Przyjęto nas tu nie tak gościnnie jak zazwyczaj: w kilku gospodarstwach odmówiono noclegu, wreszcie wylądowaliśmy w sianie nad oborą tuż przy drodze. Dostaliśmy mleko, które wypiliśmy po ciemku tam, gdzie mieliśmy spanie i zasnęliśmy.


Niedziela. 8-y sierpnia.

Na śniadanie napiliśmy się mleka, a dziewczynki zjadły chleba i resztę kiełbasy. Ruszyliśmy dalej zachodnim brzegiem jeziora. Najpierw minęliśmy ośrodek wypoczynkowy - wspólną własność PKS (Polska Komunikacja Samochodowa) i PSK (prawdopodobnie Polska Spedycja K..?) - , potem weszliśmy do lasu. Wędrowaliśmy brzegiem wody ścieżką wśród drzew, których gałęzie zwieszały się nad jeziorem. Było tu tak pięknie, że zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, by brodzić pod drzewami w czystej wodzie. Zarazem myliśmy zęby, a ja ogoliłem się.

Na biwak obiadowy zatrzymaliśmy się o jedenastej nad wodą na porębie pełnej suchych gałęzi. Było tu przy wodzie trochę trawy i wykrot, pod którym urządziłem kuchnię. Główną atrakcję miejsca stanowił olbrzymi świerk (ten od wspomnianego wykrotu), który zwalił się do wody tworząc długi pomost, było trochę cienia, trochę słońca. Niestety gałęzie bardzo utrudniały chodzenie, a kąpiel ze względu na błotniste dno i obfitość wodorostów nieatrakcyjna. Tylko ja no i oczywiście pies urządziliśmy sobie zabawę. Wynalazłem pas wody dość czysty w pobliżu leżącego świerka. Wychodziłem na ten pomost, wykonywałem skok startowy i następnie płynąłem do brzegu, a Butluś asystował mi powtarzając wszystko za mną.

Na obiad ugotowałem grochówkę, którą zjedliśmy z chlebem i rybkami z puszki, a dla Butlusia porcję krupniku, którą wrąbał również z chlebem zostawiając tylko trochę zupy. Resztę wlaliśmy do puszki po rybkach i dziewczynki zaniosły ten pakuneczek do najbliższego postoju. Tam pies nabrał apetytu na nowo i spałaszował wszystko, co było do zjedzenia.

Kuchnię urządziłem między dwoma okrąglakami, pod wykrotem, który zabezpieczał przed rozbiegnięciem się iskier. Wśród rozlicznych zajęć jak kąpiel i głównie pranie (po paru godzinach obozowisko nasze obwieszone było suszącymi się rzeczami niczym obóz cygański) zeszło sporo czasu, słońce na niebie przesunęło się i nasz biwak początkowo zacieniony stał się oświetlony przez słońce. Wkrótce poczułem, że słońce "bierze mnie" i musiałem wykorzystać zakupiony uprzednio olejek do chroniący przed skutkami zbytniego naświetlenia skóry. Dziewczynki też opalały się, jak mogły, narzekając przy tym (Teresa), że "tata tak się opalił, a my nic".

Wyruszyliśmy po siedemnastej idąc dalej lasem wzdłuż jeziora. Znowu natrafiliśmy na niewielki wyrąb zasłany gałęźmi. Ta przeszkoda była możliwa do minięcia jedynie górą, wobec czego wspięliśmy się na krawędź doliny, skąd poprzez ogołoconą z drzew przestrzeń poręby mieliśmy piękny widok na jezioro. Po obejściu wyrębu wróciliśmy na ścieżkę w dole.

Kolejny postój urządziliśmy na pustej przystani wodniackiej jakiegoś ośrodka wypoczynkowego. Plecaki ułożyliśmy pod drzewami, pies zjadł swoje pozostałości po obiedzie, niepotrzebną już puszkę po rybkach zakopano w piasku i poszliśmy na pomost. Był on zbudowany na pływakach i kołysał się nieco wskutek falowania wody wywołanego przez wiatr. Do pomostu przywiązano trzy łodzie, na których dziewczynki zaczęły z zapałem urzędować. Ja wybrałem się zobaczyć, co mieści się na górze, oraz czy stamtąd da się obejrzeć okolicę? Gdy przechodziłem przez środek trawiastej łączki stanowiącej plażę i plac, na którym - jak to widać było ze śladów - urządzano ogniska i zabawy, z martwego dotąd głośnika zainstalowanego na maszcie pośród tego placu dobiegł zniekształcony głos wzywający "panią Kazię" czy coś podobnego "do kancelarii". Dziewczynki przekonane, że groźnie brzmiący bulgot połączony ze skrzekiem wydobywający się z głośnika ma związek z ich zabawą na łodziach, wyniosły się na brzeg i dla urozmaicenia zaczęły urzędować na zjeżdżalni. Zastanawialiśmy się, czy nie urządzić kąpieli, jednak było już późno, temperatura powietrza spadła i zrezygnowaliśmy. Żałowałem jednak, że zatrzymaliśmy się na biwak na naszej porębie zamiast iść dalej, chociaż przypuszczalnie w południe nie bylibyśmy tu tacy samotni.

W dalszym ciągu doszliśmy do szosy na przesmyku między jeziorami i popasając nieco, skierowaliśmy się do wsi Jasień. Wieczór nad jeziorami zrobił się piękny. Wiatr tutaj nie dochodził i odczuwaliśmy gorąco. Widzieliśmy tutejsze kąpielisko, na którym hałasowała gromada dzieci ze wsi. Zatrzymaliśmy się w pobliżu dla odpoczynku i wreszcie wyszliśmy z lasu między zabudowania. Już wkrótce okazało się, że nie możemy tutaj liczyć na nocleg. We wsi znajdowało się gospodarstwo uspołecznione z olbrzymią oborą, nad którą na stryszku widać było złożone siano, lecz o tym by nas tam ktoś wpuścił, nawet nie marzyłem. Były również i mniejsze obórki czy stodoły przy budynkach zamieszkałych przez pracowników, lecz ci odmawiali nam. Po godzinnych poszukiwaniach noclegu ruszyliśmy szosą w kierunku wsi Mydlita (północny wschód).

Było już po dwudziestej, do wsi zgodnie z drogowskazem mieliśmy osiem kilometrów i poważnie liczyłem się z możliwością noclegu w lesie pod gołym niebem, gdy zatrzymała się furgonetka jakiegoś przedsiębiorstwa z Gdańska i podwieziono nas do najbliższej wsi, która była zresztą, jak się okazało, całkiem niedaleko.

Wysiedliśmy przy gospodarstwie odosobnionym, przed wsią. Tu gospodarz, którego spotkaliśmy wyjeżdżającego na wozie, bez wahania dał swoje placet dla wpuszczenia nas na siano, a gospodyni potwierdziła tą decyzję. Miejsce do spania wskazano nam nad oborą. Było tam przestronnie i mnóstwo siana. Wejście mieliśmy po wygodnej drabinie. Dostaliśmy również mleko, które wypiliśmy w kuchni. Potem dziewczynki uczyły się łupać drzewo do pieca, pocięte piłą na trzydziestocentymetrowe okrąglaki. Jako instruktor wystąpił chłopiec w wieku dziewczynek, który przyjechał tu ze Słupska do swoich wujostwa.


Niedziela. 9-y sierpnia.

Mieliśmy wstać bardzo rano (o siódmej), ale wreszcie dziewczynki spały znacznie dłużej i dopiero moje nalegania i pomstowanie wypędziły je z siana. Spanie było bardzo dobre: ciepło, świeże powietrze. Na śniadanie znowu dostaliśmy mleka, a Kasia dorwała się do roweru naszych gospodarzy i ujeżdżała sobie na nim.

Mimo, iż dokoła wabiły nas lasy, poszliśmy szosą do Jasienia, co zajęło nam z odpoczynkiem około godziny. Tam zrobiliśmy w sklepach zakupy i skierowaliśmy się w stronę Bytowa. Chciałem okrążyć jezioro możliwie blisko brzegu rozglądając się zarazem za odpowiednim miejscem na biwak. Ze wsi wyszliśmy szosą i następnie pierwszą napotkaną drogą skierowaliśmy się w prawo ku wschodniemu brzegowi jeziora. Niespodziewanie wyszliśmy na kąpielisko z przystanią łodzi i rowerów wodnych. Początkowo planowałem, że tutaj wykąpiemy się i umyjemy, a właściwy biwak rozbijemy gdzieś dalej w bardziej odludnym miejscu. Złożyliśmy plecaki pod drzewami na skraju łąki ciągnącej się wzdłuż brzegu i służącej jako plaża, miejsce rozbijania namiotów i parking dla samochodów. Tych ostatnich zresztą było tylko dwa, poza tym na łące bawiła się gromada dzieci z jakiejś kolonii letniej zainstalowanej w tutejszym pałacyku pozostałym po niegdysiejszym majątku ziemskim. Opodal stał namiot, a w oddali poprzez krzaki widać było jeszcze jeden.

Kąpiel była niezła, choć dalej od brzegu spotykało się wodorosty. Skakałem sobie z pomostu dla łodzi, mimo iż ze względu na niewielką głębokość mogłem skakać tylko płasko na wodę. Butluś za każdym razem, gdy wpadałem do wody, rzucał się za mną, po czym musiałem go wciągać na pomost, gdyż nie miał wcale zamiaru płynąć do brzegu.

Tymczasem Kaśka wypęchciła, że można tu wypożyczać łodzie wiosłowe po 15 zł za godzinę. Zostawiliśmy więc rzeczy w domku ratownika i popłynęliśmy. Wiosła były na dulkach, łódź bez steru. Wiosłowaliśmy na zmianę. Dopłynęliśmy do dwu wysp na jeziorze. Po drodze głupi Butluś wyskoczył z łodzi na samym środku wody i potem zmoczył nam rzeczy.

Pogoda stopniowo psuła się. O ile rano podobnie jak w poprzednie dni niebo było czyste, już w południe obłoki zasłoniły słońce całkowicie, a gdy płynęliśmy łodzią, pokropił deszcz. Niepewny pogody przystąpiłem do szykowania gorącego posiłku na kocherze. Ugotowałem jedną menażkę krupniku, co zjadły dwie dziewczynki i pies, jedną grochówki dla pozostałych, a wreszcie Terenia przygotowała dla nas herbatę z herbatnikami. To ostatnie danie kończyliśmy już w deszczu.

Tymczasem kąpielisko wyludniało się zupełnie: kolonia odeszła już dawno, ratownik poszedł na obiad i już nie wrócił, właściciele namiotów schowali się w swoich domkach, a wreszcie właściciele samochodów zapakowali się i odjechali. Zostaliśmy sami.

Deszcz stopniowo natężał się. Dziewczynki początkowo dokazywały na spiętych łańcuchami rowerach wodnych, wreszcie jednak schroniły się do kabiny jachtu pozostawionego bez opieki na przystani. Rzeczy ubezpieczone plastikowymi płachtami leżały na łące, a ja przeczekałem ulewę w kąpielówkach. Trwało to trochę przydługo: ogoliłem się, umyłem zęby, pozmywałem naczynia, a tu leje i leje. Deszcz był ciepły, jednak nieco marzłem i dla rozgrzewki wykonywałem co jakiś czas rozmaite ćwiczenia gimnastyczne.

Wreszcie deszcz ustał. Panny wyszły z jachtu i zaczęliśmy pakowanie. Najbardziej od deszczu ucierpiała Kasia (a raczej jej rzeczy). Pozostali mieli mokre jedynie stroje kąpielowe i ręczniki. Trochę - jeszcze podczas pływania w łodzi - zwilgotniały nam skarpetki i buty.

Ponieważ las ociekał wodą po deszczu, wróciliśmy na szosę. Ta zresztą prowadziła nas w pobliżu jeziora a raczej jezior, które mijaliśmy z prawej i lewej strony. Zrobiło się spokojnie, bez najmniejszego powiewu. Powierzchnia wody była gładka, bez zmarszczek. Wędrowaliśmy robiąc co pół godziny długie przerwy, w czasie których raczyliśmy się obfitymi tu jagodami. Przeszliśmy rzekę Słupię, potem jeszcze przez jakiś czas wędrowaliśmy szosą, aż wreszcie skręciliśmy na dobrze wyjeżdżoną drogę w lesie wiodącą na zachód. Wkrótce wyszliśmy na pola i idąc skrajem lasu doszliśmy do wsi.

Z oddali zabudowana prezentowały się okazale: wysokie dachy stodół, dużo drzew. Wkrótce jednak okazało się, że o nocleg nie będzie tu łatwo. W kilku gospodarstwach odmówiono nam, aż wreszcie przygarnęło nas dwoje starszych już ludzi likwidujących swoją gospodarkę po odejściu dzieci do miasta. Nie chcieli jednak puścić nas na siano, lecz zabrali do domu, gdzie oddali nam jeden pokój: dziewczynki ulokowano na zestawionych łóżkach małżeńskich, a mnie - na tapczaniku obok. Przed zaśnięciem oglądaliśmy w tv pierwszą część filmu francuskiego o małżeństwie. Na kolację dostaliśmy herbatę. Starałem się o mleko, jednak nasi gospodarze nie mieli już inwentarza, a u sąsiadów krowy gdzieś zapodziały się w lesie.


Środa. 10-y sierpnia.

Spaliśmy długo: ja chyba do siódmej, dziewczynki do dziewiątej. Poznałem drogę do ubikacji, która mieści się w sąsiedniej zagrodzie, załatwiłem mleko na śniadanie, zjadłem poranny posiłek, pisałem kronikę. Okazało się przy tym, że wczoraj u sąsiadów krowy nie zaginęły, lecz pasące je dziewczęta kąpały się do późnego wieczora w rzece.

Dzisiaj mieliśmy w programie zakupy w Bytowie. Poszliśmy drogą do Pomyska, gdzie znajduje się najbliższy przystanek PKS. Po półgodzinnym marszu znaleźliśmy się na szosie. W chwilę później pokazał się autobus jadący do Bytowa. Mimo iż w tym miejscu nie było przystanku, kierowca zatrzymał się na nasze machanie rękami i wsiedliśmy. Za bilety zapłaciłem 20 zł., przy tym konduktorka nie chciała przyjąć opłaty za psa, ku mojemu niezadowoleniu, gdyż obawiałem się kłopotów w wypadku kontroli. Jakoż w Bytowie, gdy już wysiadaliśmy, pojawił się kontroler, akurat, gdy Terenia i Zosia z psem jako ostatnie pasażerki szykowały się do zejścia na ziemię. Na szczęście zdążyłem już odejść kawałek od autobusu razem z biletami i skończyło się na strachu. Zresztą widząc zbliżającego się kontrolera przyspieszyłem kroku udając jednocześnie absolutne skupienie uwagi na studiowaniu miasta z mocnym postanowieniem udawania głuchego, gdyby mnie wołano.

Bytów zawiódł moje oczekiwanie. Zawsze wyobrażałem go sobie jako centrum turystyki, tymczasem ani taniego baru mlecznego, ani schroniska, ani nawet planu miasta nigdzie nie uświadczyliśmy. W barze, do którego skierowano nas jako do mlecznego, zdarto z nas skórę za bigos i kaszankę z dodatkami jarzynowymi i chlebem zamiast ziemniaków. Tylko jeden Butluś używał tam na kotletach niezjedzonych przez gości. Kotlety te najpierw za 10 zł. otrzymałem od pomywaczki, a wreszcie sam z wielką pomocą Kasi zacząłem zbierać z talerzy po jakiejś wycieczce spytawszy się ostatnich wychodzących jej członków, czy pozwolą?

Z Bytowa wyjechaliśmy pociągiem o czternastej dziesięć do Lipusza. Było duszno. Słońce świeciło przymglone, w wagonach - prawie pustych - atmosfera wprost nie do wytrzymania tym bardziej, że okna nie dawały się otwierać (wszędzie pourywane były korbki do podnoszenia i opuszczania szyb). Szczęśliwie był w składzie pociągu jeden wagon, w którym dwa okna były otwarte. Usadowiliśmy się przy jednym z tych okien, a Terenia z Zosią i Butlusiem na pierwszym przystanku usiadły w otwartych drzwiach wejściowych do wagonu.

Wysiedliśmy na stacji Studzienice wraz z jakąś parą (chyba było to młode małżeństwo), która podobnie jak my jechała z plecakami oraz psem w nieznane. Uśmiechnięty konduktor spytał się, czy już wszystko zostało zabrane z wagonu, po czym pociąg odjechał, a my ruszyliśmy drogą w kierunku wsi i jeziora. Drogę mieliśmy niedaleką. W pierwszej napotkanej zagrodzie poprosiłem o pozwolenie przenocowania na sianie. Zostaliśmy przyjęci bardzo gościnnie. Umówiwszy się na nocleg ruszyliśmy nad jezioro.

Miejsce do kąpieli z pomostem i ratownikiem oraz raczej bez wodorostów, których obfitość w jeziorze odstraszała od kąpieli w innych miejscach, znaleźliśmy w lesie około jednego kilometra za wsią. Tam spędziliśmy resztę dnia pojadając i grając w zakupione w Bytowie karty (jak się okazało, straszliwie tandetne). Kasia wyprosiła u ratownika pozwolenie na korzystanie z kajaka (tylko na obszarze ogrodzonym linką z pływakami dla dzieci). Ja uczyłem dziewczynki grać w brydża.

Gdy przyszliśmy do kąpieliska, panował jeszcze parny upał. Wkrótce po nas zjawił się w kajaku ratownik i trochę wczasowiczów z dziećmi, oraz - szczęśliwie na krótko - jakieś towarzystwo z suczką, która akurat przechodziła swój okres. Butluś oczywiście wpadł w miłosny zapał, tamci bronili cnoty swojej pupilki. Musieliśmy uwiązać psa na smyczy w obawie by nam nie zginął. Minęła chyba godzina czasu, zanim nie uspokoił się.

Tymczasem niebo zachmurzyło się, temperatura spadła, towarzystwo stopniowo odchodziło. Wreszcie zostaliśmy sami, jeśli nie liczyć tkwiących nieruchomo w oddaleniu wędkarzy. Na jeziorze buszowały już wyłącznie nurki i dzikie kaczki. Wreszcie o pół do ósmej spakowaliśmy się i odeszliśmy.

Nocleg otrzymaliśmy nad obórką na sianie. Ponieważ zagroda stoi na zboczu wzgórza, wejście na to siano mieliśmy bez drabiny tak, że Butluś nie miał żadnych kłopotów z wchodzeniem i wychodzeniem. Na kolację zaproszono nas do domu, gdzie otrzymaliśmy mleko, i oglądaliśmy wraz z rodziną gospodarzy drugą część filmu - dzieje nieudanego małżeństwa opowiedziane przez żonę (poprzednia część była to ta sama historia widziana oczami męża). Zarazem Tesia otrzymała klej, którym ratowała rozlatujące się po krótkim użyciu nasze nowe karty.

Gospodarz nasz pracuje w zakładzie obróbki drewna. W czasie naszej bytności pozostawał w domu na zwolnieniu lekarskim po wypadku w pracy z widoczną zagojoną raną na głowie. W domu oprócz niego i żony były jeszcze dwie panienki starsze od Tereni. Jedna z nich nosiła odznakę rajdu szlakiem Wału Pomorskiego.


Czwartek. 11-y sierpnia.

Noc miałem przerwaną, gdyż spadł deszcz i trzeba było zebrać z płotu suszące się ręczniki i kostium Zosi. Spałem do pół do siódmej. Obudziło mnie pianie młodych kogutów. Było ich kilka i przekrzykiwały się gorliwie. Do tego hałasu włączyła się Kasia, prosięta, krowy itp. Ogólny harmider skończył się dopiero, gdy cały inwentarz został nakarmiony.

Na dworze było pochmurno i chłodno. Powiewał lekki wiatr - zdaje się, że ze wschodu, chociaż nie jestem pewny, gdyż zarówno strony świata jak i kierunek, skąd przychodziły nieregularne powiewy, trudno było określić. Przez chwilę również padała mżawka.

Panny spały niemożliwie długo. Napisałem wszystko, co było możliwe w kronice, aż wreszcie zabrałem się do śniadania. Była godzina dziewiąta. Po jakimś czasie dołączyła do mnie Kasia i wreszcie, gdy około dziesiątej Tesia jako ostatnia wylazła z siana, okazało się, że w garnku zostało tylko pół szklanki mleka. Wynikła z tego wielka awantura, ja obiecałem, że nie zasiądę na przyszłość do rannego mleka bez dziewczynek, a one zobowiązały się wstawać wcześniej - jeżeli będę je budził.

Ruszyliśmy przez lasy do jeziora Wieckiego, skąd bierze początek Wda. Najpierw poszliśmy szosą w kierunku Somin i Dziemian, a gdy po przejściu przez wieś zagłębiliśmy się dostatecznie w las, skręciliśmy drogą na wschód. Orientowałem się trochę według słońca chwilami przeświecającego przez chmury, a poza tym według kompasu Kasi, który udało mi się zreperować dziś rano u naszych gospodarzy.

Po jakimś czasie droga, która biegła prosto, zaczęła wykręcać ku północy. Obawiając się, że wyjdziemy z lasu i miniemy upragnione jezioro, poprowadziłem naszą grupę przez las bezdrożem. Wkrótce napotkaliśmy obfitość jagód i przerwaliśmy marsz, by zrobić sobie posiłek. W ciągu jakiejś półtorej godziny uzbieraliśmy dwie pełne menażki jagód i zjedliśmy to z cukrem.

Dalej wiodłem dziewczynki według kompasu. Co chwilę odchylaliśmy się od wybranego przeze mnie kierunku EES omijając gęste młodniaki sosnowe lub świerkowe, mokradła i pola, o które otarliśmy się przechodząc kilkakrotnie ich południowym skrajem. Dwukrotnie przeszliśmy obok zagród zagubionych w lesie. Zosia usiłowała zasięgnąć tam języka, jednak nie udało się.

Wreszcie drogę przecięła nam podmokła łąka, środkiem której przebiegał widoczny z dala rów. Postanowiłem, że spróbujemy przeszkodę tą sforsować. Zatrzymaliśmy się nad rowem, który wydawał się być trudnym do przebycia. Ruszyliśmy więc jego brzegiem, gdzie było całkiem sucho, na południe. Wkrótce dotarliśmy do kładki powstałej z dwu palików sosnowych położonych w poprzek rowu. Wszedłem pierwszy - kładka doskonale wytrzymywała mój ciężar, jednak utrzymać równowagę było trudno. Zdecydowałem, że przejdziemy przerzucając bagaże przez rów, a mój plecak zbyt ciężki na to, by udało się go wyprawić w podróż napowietrzną, przeniosę w ręku.

Pierwsza, nie czekając aż ktoś przejdzie na drugą stronę, by chwytać fruwające manatki, rzuciła swój plecak Teresa. Plecak pięknie wylądował na pochyłej skarpie rowu, po czym majestatycznie potoczył się w dół i po chwili żeglował spokojnie po nieruchomej, pokrytej rzęsą tafli wody. Skoczyłem jak tygrys, biegiem przebyłem kładkę, i wydobyłem nieszczęsnego topielca oblepionego mokrym zielskiem oraz ociekającego wodą. W kieszeni z mapami i kroniką chlupało, lignina nie nadawała się do użytku, rzeczy były pomoczone. Przeprawiliśmy się na drugą stronę rowu i doszedłszy do jakiejś suchej łąki na skraju sosnowego lasu, rozłożyliśmy teresiny majątek, by podsuszyć go.

Wreszcie ruszyliśmy dalej. Wędrowaliśmy już dość długo i według mojego szacunku powinniśmy byli znajdować się blisko jeziora. Wciąż wypatrywałem jakiś oznak jego bliskości. Obawiałem się zwłaszcza tego, że nie utrzymując stałego kierunku ominiemy je z południa, lub od północy. Miałem nadzieję, że zaprowadzi nas do niego napotkany rów, jednak przyglądając się jego wodzie, nie zauważyłem, by płynęła - robiła wrażenie zupełnie nieruchomej.

Wkrótce napotkaliśmy jakąś drogę prowadzącą mniej więcej w kierunku naszego marszu. Przeszliśmy nią kawałek i znaleźliśmy się przed dwoma gospodarstwami. Po prawej stronie drogi stał niewielki murowany domek z zawieszonym na ścianie portretem Gierka. Z lewej widać było duże zabudowania gospodarcze ustawione w czworobok z murowanym piętrowym budynkiem mieszkalnym, w którym część okien zabito deskami.

Kasia i Zosia poszły dowiedzieć się o drogę. Domek z prawej strony stał pusty, tylko za ogrodzeniem biegał potężny, czarny, kudłaty pies. Weszły do domu stojącego z lewej strony. Jakiś czas błądziły trochę przestraszone po domostwie, aż wreszcie natknęły się na gospodynię. Okazało się, że jezioro jest tuż i można się tam kąpać - jest dobry dostęp do wody.

Otrzymawszy tak dobre wieści, postanowiłem spytać się o nocleg. Uzyskawszy pozwolenie przespania na sianie i obietnicę sprzedania mleka, udaliśmy się nad jezioro. Było tam bardzo ładnie, lecz o kąpieli trudno było mówić: zrobiło się chłodno, w wodzie było sporo wodorostów, a w dodatku wspomniany uprzednio pies obszedł przez wodę ogrodzenie z siatki i przyłączył się dość natarczywie do naszego towarzystwa. Był bardzo przyjacielski, na zawody z naszym Butlusiem aportował gałęzie, ale jego duże rozmiary i potężna, uzbrojona w olbrzymie zębiska paszcza narzucały mimowolnie szacunek i dystans. On zaś niedwuznacznie zdradzał ochotę zapoznania się z naszymi zapasami jedzenia.

Wreszcie jednak zauważyłem, że wymachując mu groźnie przed nosem złożoną we dwoje smyczą Butlusia, mogę utrzymać go w pewnej odległości od naszego posiłku. Zacząłem szykować grochówkę błyskawiczną, a dziewczynki rzucały mu coraz większe kłody drewna podziwiając łatwość z jaką on je dźwigał w pysku.

Tymczasem zaczęło padać. Teresa, która stanowczo odżegnała się od jedzenia grochówki, zabrała, co mogła, z najbardziej narażonych na zmoknięcie rzeczy i powędrowała pod dach, my reszta w pośpiechu łykaliśmy gorącą zupę, a gdy dzieło ukończyliśmy, podążyliśmy za nią unosząc resztę dobytku.

W gospodarstwie zastaliśmy już również pana domu. Okazało się, że jesteśmy w leśniczówce Sominy. Niegdyś mieściło się tu nadleśnictwo, potem przez kilka lat budynki były bez opieki, obecnie zaś, od kilku miesięcy zagospodarowują się tutaj obecny leśniczy z żoną. W sąsiedztwie mają jakiegoś artystę (mąż piosenkarki Katarzyny Gertner), który wyjechał niedawno zostawiając psa (podobno rasowy o wartości 60 000 zł?!) i nie wiadomo, kiedy wróci. Tymczasem osamotniony pies, bardzo zresztą przyjacielski względem wszystkich napotkanych ludzi, wpychał się wszędzie, gdzie było coś do zjedzenia i niedwuznacznie okazywał zainteresowanie królikami leśniczego. Wreszcie leśniczy, trochę z litości nad głodnym zwierzęciem, a trochę dla własnego spokoju, dał psu coś do jedzenia i zamknął w pustym pokoju na górze swego domostwa, gdzie pies do późna w nocy ujadał.

Tymczasem nasza czwórka rozlokowała się na wskazanym nam poddaszu stodoły, gdzie wśród groźnych odgłosów przechodzącej burzy dziewczynki kontynuowały naukę gry w brydża rozpoczętą wczoraj nad jeziorem Kłączno w Studzienicach. Nie trwało to długo, gdyż zrobiło się ciemno. Niewielką ilość siana, które znajdowało się na pięterku, zebraliśmy w jeden kąt i tam urządziliśmy legowisko, po czym zeszliśmy na dół. Wkrótce zjawili się też oboje leśniczostwo, którzy wyszli byli uprzednio do lasu szukać grzybów, i zaprosili nas do domu. Jeszcze Zosia z Kasią poszły z panią leśniczową po krowy i zasiedliśmy w kuchni. Butluś został w stodole na smyczy, gdyż wpychał się do mieszkania.

Leśniczy opowiadał nam o swojej pracy i o bogactwie grzybów w tej okolicy, a następnie zaprosił na oglądanie "Kobry" przez telewizję. Skorzystały z tego zaproszenia głównie dziewczynki, ja zaś myłem naczynia po kolacji, zęby, trochę spacerowałem, aż wreszcie przyłączyłem się do reszty towarzystwa, by ujrzeć jak dzięki sprytowi młodej pielęgniarki schwytano łajdaka, który usiłował zamordować bogatą starszą panią zupełnie sparaliżowaną. Wkrótce po tym poszliśmy spać.


Piątek. 12-ty sierpnia.

Wczoraj będąc na kolacji w leśniczówce zostawiłem tam kronikę i obudziwszy się, jak zwykle na tegorocznej wycieczce o pół do siódmej, nie miałem co robić. Przespacerowałem się kawałek w jedną i drugą stronę drogą podziwiając niezwykle malownicze położenie leśniczówki. Z drogi jednak nie schodziłem, gdyż było bardzo mokro i przemoczyłbym sobie buty. Usiłowałem też ujrzeć sąsiadów, którzy widocznie wrócili, gdyż przed ich domkiem stał samochód. Wreszcie zauważyłem leśniczego i poszedłem spytać, czy można wejść do mieszkania. Okazało się, że obydwoje już dawno byli na nogach, a w garnku czekało na nas świeże mleko. Zbudziłem dziewczynki, zjedliśmy, spakowaliśmy się i pożegnawszy gościnnych leśniczostwa ruszyliśmy w drogę. Ponieważ kończyły się nam zapasy, udaliśmy się w kierunku Somin.

Zaraz za leśniczówką stał na rozstaju kamienny drogowskaz, na którym strzałka wskazywała właściwy kierunek i podano odległość, jednak po drodze kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się pełni wątpliwości, w którą stronę iść, gdyż droga rozwidlała się. Minęliśmy jakieś gospodarstwo, na podwórzu którego uwijało się kilkanaście gęsi (każda przez nozdrza miała przewleczone piórko), spotkaliśmy wóz, którego woźnica rozwiał moje wątpliwości co do drogi i wreszcie stanęliśmy na skraju lasu. Wypadał nam tu postój, który przedłużył się, gdyż pomagaliśmy zbierać zżęte zboże i ustawiać snopki w rzędy. Gdy robota została ukończona i żniwiarze wraz ze snopowiązałką powędrowali gdzieś w kierunku następnego pola, ruszyliśmy dalej.

Wkrótce okazało się, że idąc drogą nałożymy sporo marszu obchodząc dokoła łąki oddzielające nas od wsi, toteż widząc jakiś rów skierowany prosto ku środkowi zabudowań, skręciłem w jego stronę. Jak spodziewałem się tego, wzdłuż rowu wydeptano wyraźną ścieżkę, którą doszliśmy do wsi. Tu bez trudu trafiliśmy do sklepu. Po drodze minęliśmy szkołę z zainstalowanym w niej schroniskiem wycieczkowym i obok niej, wyglądający na historyczną pamiątkę jakiś budynek z okrąglaków - jakby zajazd - przykryty strzechą.

Po dokonaniu zakupów powędrowaliśmy dalej drogą wzdłuż brzegu jeziora, nad którym rozłożyły się Sominy. Szliśmy w kierunku zachodnim rozglądając się za miejscem do biwakowania i kąpieli. Rozłożyliśmy się na łące ogrodzonej płotem z żerdzi. Umieściliśmy manatki pod drzewami, które zrzadka obrastały brzeg jeziora, na wyskubanej przez krowy trawce. Między nami a drogą biło źródełko krystalicznie czystej, zimnej wody. Widać było jak na jego dnie piasek wytryskuje z dna pod naporem wypływającego spod ziemi zdroju. Niewielki strumyk biorący swój początek z tej krynicy okrążał wzdłuż drogi łąkę i przez zarośnięty rzęsą stawek oraz dalej rowem wpływał do jeziora.

W miejscu tym pozostaliśmy przez kilka godzin. Wykąpaliśmy się, wszyscy (poza psem) elegancko umyli się porządnie mydłem i ugotowałem na kocherze obiad. Przeszkadzało nam w tym stado krów, które pędził jakoś staruszek. Krowy dość nachalnie pchały się na nas i nasze rzeczy, na szczęście jednak nie zabawiły długo - przeszły jedynie mimo w powolnym marszu do wsi na południowy udój.

Miałem trochę trudności z poderwaniem dziewcząt do wymarszu. Wreszcie jednak powstały i skierowaliśmy się na wschód z powrotem przez wieś, gdzie chciałem uzupełnić zakupy, doszedłem bowiem do wniosku, że chleba mamy za mało. Wstąpiliśmy do sklepu, zmówiliśmy pacierz w kościele, a dziewczynki wykorzystując brak utrudnień i świadków zwiedziły dość dokładnie wszelkie zakamarki tej drewnianej budowli wchodząc na chór i nawet wyżej - na dzwonnicę.

Gdy wyszliśmy za wieś, znaleźliśmy się przy ogrodzeniu jakiegoś ośrodka wczasowego i doszliśmy do mostu nad wpływającą do jeziora rzeką. Okazało się, wbrew mojej mapie, że jest to przesmyk między dwoma jeziorami. Tu pod drzewami przeczekaliśmy deszcz podziwiając malowniczość nowopoznanego jeziora. Zwabieni pięknem okolicy, po przejściu mostu skręciliśmy z szosy na drogę wzdłuż brzegu. Drogą tą maszerowaliśmy dość długo mijając kampingi, oraz dziwiąc się urodzie krajobrazu. Przy końcu jeziora napotkaliśmy duży kamping zatłoczony do granic możliwości. Zatrzymaliśmy się tam, by odpocząć i wykorzystać ubikację.

Dalej droga nasza prowadziła skrajem łąki, przez której środek meandrowała rzeka. Z obu stron na wzgórzach rósł las. Doszliśmy do grupy zabudowań, między którymi znajdowały się: leśniczówka z obejściem, jakiś dom mieszkalny i młyn napędzany przez wodę wypływającą ze stawu na naszej rzece. Było tu bardzo ładnie, dziewczynki nie miały wielkiej ochoty na dalszą wędrówkę, a chmury, które od rana dominowały na niebie wyglądały coraz podejrzaniej - poprosiłem o nocleg. Młodzi leśniczostwo przyjęli nas gościnnie: wskazali miejsce na sianie i tylko z mlekiem okazało się, że nie da się nic zrobić - wszystko mleko w całej okolicy jest wypijane przez wczasowiczów.

Spaliśmy na stryszku obory. Wchodziło się tam po całkiem wygodnych schodach. Strych dzielił się na dwie części: większa z nich służyła do przechowywania siana, a obok, za drewnianą ścianą, znajdował się skromnie urządzony pokój, czy raczej skład. Wchodziło się doń przez drzwi umieszczone zaraz obok schodów. W pomieszczeniu tym stał niewielki, sklecony z desek stół, który świetnie nadawał się do szykowania na nim posiłków i do gry w karty. Światło mieliśmy z okna, czy raczej otworu od podwórza, a po zapadnięciu zmroku korzystaliśmy za zgodą gospodarzy z zainstalowanego tam oświetlenia elektrycznego.

Wkrótce okazało się, jak bardzo rozsądną była decyzja zatrzymania się na nocleg mimo dość wczesnej pory: lunęło jak z cebra. Z tym większą satysfakcją zasiedliśmy do brydża. Graliśmy tak wytrwale jedynie z przerwą na przygotowanie herbaty i chleba nie kończąc mimo, iż zapadła noc i deszcz ustał. Kartograjstwo trwałoby może przez całą noc, gdyby nie dwa nietoperze, które wleciały do naszego pokoju. Latały one wokół pozostając w wielkiej z nami komitywie i wszystko było bardzo pięknie aż do momentu, gdy jeden z nich urządzając sobie któryś już z kolei odpoczynek, zamiast uczepić się belki podtrzymującej dach, postanowił skorzystać z czarnej kuli, przypominającej niewielką gumową piłkę, zawieszonej w rogu pomieszczenia. Natychmiast okazało się, że owa kula, której natura już uprzednio bardzo mnie intrygowała, jest gniazdem os. Mieszkanki tego gniazda oburzone brutalnym przerwaniem nocnego odpoczynku, natychmiast zaczęły jedna po drugiej wyłazić ze środka. Nie czekając na rozstrzygnięcie, czy osy będą szukały właściwego winowajcy, czy też wywrą pomstę na pierwszym, kto im się nawinie, zostawiliśmy wszystko na stole, wypadliśmy na siano i zgasiwszy światło oraz zamknąwszy drzwi położyliśmy się spać.


Sobota 13-ty sierpnia i powrót do domu.

Rano, zanim wstały dziewczynki, poszedłem do potoku poniżej młyna i stojąc na drewnianej kładce wykonałem poranną toaletę. Potem szykowałem śniadanie. Wczoraj, gdy gotowałem wodę na kocherze, leśniczy zaproponował, że da mi wrzątku i z zaproszenia tego skorzystałem dzisiaj, jednak miałem wrażenie, że trochę przeszkadzam wchodząc co chwila do kuchni.

Ruszyliśmy dalej. Okolica wciąż niezwykle malownicza: na mojej mapie nasz potok był pokazany jako prosta, niebieska kreska na tle zielonej plamy oznaczającej las. Tymczasem napotykaliśmy wciąż jeziora i jeszcze jeden staw na dopływie naszego potoku, a przy nim pozostałość po młynie. Spotkany przechodzeń, który znał te okolice jeszcze z czasów okupacji, objaśniał nazwę przysiółka, lecz nie zapamiętałem jej.

Już od wczoraj studiowałem mapę - jak wędrować, by trzymając się lasów natrafić pod wieczór na wieś, z której będzie można rano dostać się do kościoła? Gdy przechodziliśmy w pobliżu wspomnianych ruin młyna, postanowiłem, że skierujemy się w stronę wsi Kalisz oznaczonej na mapie: albo będzie tam kościół, albo będziemy mogli dojechać pociągiem do pobliskiego Lipusza.

Tak wybrany kierunek marszu wymagał wyjścia z wąwozu wyżłobionego przez strumyk. Poszliśmy drogą, która przy grobli młyńskiej odchodziła od głównego traktu i wędrowaliśmy płaskim terenem na wschód. Postój urządziliśmy w wysokim lesie w miejscu, gdzie obficie występowały czarne jagody. Z wyjątkiem Zosi, która stale przejawiała dziwną obojętność dla tego smakołyka, korzystaliśmy z owocu, jak tylko się dało. Gdy w poszukiwaniu ustronnego miejsca oddaliłem się nieco w prawo, odkryłem, że znajdujemy się w pobliżu długiego jeziora o zielonej wodzie. Do brzegu wody schodziło się stromym stokiem głęboko w dół. Na kąpiel ochoty nikt nie miał, było jeszcze bardzo wcześnie, a zresztą woda jeziora obfitująca w wodorosty nie zachęcała do tego.

Dalsza droga upływała mi wśród zachwytów nad pięknem okolicy. Coś w tym rodzaju przeżywał również pies (chyba wywęszył jakąś zwierzynę), gdyż biegał po lesie jak oszalały znikając nam na kilka minut ku zaniepokojeniu dziewczynek. Na jakiejś polanie natrafiliśmy na leśnictwo, gdzie Butlusia opadły psy, a dziewczynki zostały skarcone za to, że wprowadzają psa na teren gospodarstwa nie bacząc na możliwość zagryzienia. Na innej polanie natrafiliśmy na grupę domów nad małym jeziorem. Z wysokiego wzgórza, przez które wiodła droga, widać było łódkę z wioślarzem i obok w wodzie kąpiącą się jakąś istotę ludzką. Zrobiła się piękna pogoda. Zastanawiałem się, czy nie urządzić w tym miejscu postój, przestrzeżono nas jednak, że tereny te są ściśle prywatne i zastrzeżone do wyłącznego użytku właścicieli jako tereny dla rekreacji. Jakoż koło domów stały samochody należące pewnie do letników lub właścicieli tych domów wykorzystywanych pewnie jako mieszkania na lato.

Dziewczynki już od czasu noclegu w leśnictwie Sominy opanowała pasja zbierania grzybów. Przez pewien czas udawało mi się powstrzymywać je, wreszcie nie dałem rady. Zapadła decyzja, że wracamy do domu i dziewczynki, zostawiwszy mnie przy manatkach, zniknęły w lesie wraz z psem. Przeżyłem wówczas ciężkie chwile obawy, czy mi się nie pogubią i od czasu do czasu zwoływałem je jak kura pisklęta. Wreszcie naznosiły jakiś - diabli wiedzą co za jedne - grzybów, z których poznawałem tylko czerwone kurki i ani jednego prawdziwka. Poszliśmy dalej.

Było już dobrze po południu, gdy stanęliśmy na skraju lasu. Mieliśmy przed sobą potężny piaszczysty dół, w którym można było rozpalić bezpiecznie ogień, obok rosły kartofle, odludzie było zupełne. Wodę w razie potrzeby miałem nadzieję otrzymać w gospodarstwie, którego dach widać było za wzgórzem. W tym to miejscu zatrzymaliśmy się na kilka godzin, by zjeść obiad z zupek i pieczonych w popiele ziemniaków.

O nocleg poprosiliśmy w gospodarstwie, o którym już wspomniałem. Przyjęto nas po dość długim wahaniu, ale za to niezwykle gościnnie. Podejmowano nas tam przez całą niedzielę i pół poniedziałku karmiąc świetnymi obiadami i innymi posiłkami. Spanie mieliśmy na sianie nad oborą. W kościele byliśmy w niedzielę i w poniedziałek (święto Matki Boskiej) w Lipuszu. Aby dostać się do tej miejscowości, trzeba było pójść kawałek przez las do stacji Kalisz Pomorski, przejechać jeden przystanek koleją i wysiadało się w Lipuszu niedaleko kościoła.

Pogoda popsuła się, było chłodno. Na granicy gruntów naszych gospodarzy było piękne jeziorko, w którym można było myć się i kąpać tak, że brudem nie zarośliśmy. Zgodnie z planem mieliśmy przed odjazdem do domu szukać grzybów, a córka gospodarzy (dużo starsza od Tesi) zaofiarowała się pokazać nam, gdzie można znaleźć prawdziwki. Poszliśmy w niedzielę kawałek do lasu, lecz okazało się, że w miejscach najbardziej grzybnych ani śladu prawdziwka i zniechęcona nasza przewodniczka zawróciła do domu. Jeszcze w poniedziałek Kasia pod moją opieką (Terenia i Zosia czuły się niedobrze) próbowała coś wskórać, lecz również bez skutku. Wreszcie w poniedziałek 15-go sierpnia, około godziny szesnastej załadowaliśmy się na pociąg Chojnice-Gdynia przez Kościerzynę i dojechaliśmy do Osowej, a stąd autobusem do Oliwy.


Powrót do spisu artykułów



Marzenie o książce z Internetu

List e-mail do redakcji miesięcznika "Nauka i Przyszłość".
Od: Glabinski
Do: Nauka i przyszłość
Temat: biblioteki sieciowe
Data: 14 sierpnia 2000 17:04

Notatka Krystyny Więcko "Bogatsi o nową bibliotekę" w lipcowym numerze NiP wywołuje refleksję wzmocnioną dodatkowo przez sąsiedztwo artykułu o "rewolucji cyfrowej": gdyby wspomniane 100.000 woluminów zgromadzić w postaci cyfrowej, a w czytelni ustawić 80 czytników komputerowych połączonych w sieć z serwerem zawierającym całą bibliotekę, jakże uprościłaby się cała sprawa! Zbędną staje się kosztowna budowa gmachu, znika konieczność zapisywania się w kolejce do pozycji bibliotecznych występujących w zbyt małej ilości egzemplarzy, nie ma oczekiwania na zwrot książki wypożyczonej przez pracownika naukowego uczelni, nie ma obawy o zniszczenie czy zaginięcie, niepotrzebne stają się wózki i windy, wypisywanie rewersów, pracownia introligatorska itp, itd. Można przynieść sobie dyskietkę i w czasie lektury wykonać na niej szczegółowe notatki wzbogacone skopiowanymi fragmentami! A jakie możliwości powstałyby po przyłączeniu do sieci sięgającej poza czytelnię! a poza teren uczelni! No cóż, trzeba na rzeczy patrzeć realnie, zdawać sobie sprawę z komplikacji wynikających z prawa autorskiego, szczególnie zaś z konieczności zapewnienia autorom należytego wynagrodzenia. Niemniej pomarzyć sobie można.

0.
Te refleksje skłaniają mnie do poruszenia tematu o niezwykłej - w moim najmocniejszym przekonaniu - doniosłości: chodzi mi o upowszechnianie wiedzy i kultury przez Internet. A obecny stan rzeczy jest wysoce niezadowalający. Np. Biblioteka Narodowa - jak się dowiedziałem w dziale informacji - nie tylko, że nie udostępnia żadnych dzieł w postaci plików komputerowych, ale w ogóle nie przewiduje cyfryzacji choćby części swych zbiorów. Inne przykłady: można z witryn organizacji religijnych uzyskać pełny tekst Biblii w języku polskim, jednak np. już przy poszukiwaniu historii zakonu Jezuitów udało mi się dotrzeć jedynie do opisu zdarzeń z terenu Polski. Są bardzo piękne i pożyteczne inicjatywy tworzenia Bibliotek Sieciowych (np. www.webmedia.pl), jednak wykonywana przez entuzjastów praca nie zastąpi działania zorganizowanego przez władze państwowe zapewniające zarówno minimum środków finansowych, jak również fachowe doradztwo.

Apeluję więc do Redakcji, by wykorzystać Wasze czasopismo do rozpropagowania idei stworzenia lobby dla sieciowego rozpowszechniania wiedzy i kultury, a właściwiej - rozpowszechniania zamienionych na zbiory komputerowe "obiektów" (wprowadzam to określenie jednak bez przekonania o właściwym jego doborze) zawierających odpowiednie treści. Sądzę, że wypowiadając się w tej sprawie można wprowadzić uporządkowanie wg nast. tematów:
1. Wybór obiektów,
2. Odbiorcy obiektów,
3. Zarządzanie tworzeniem obiektów i ich udostępnianiem.
Poniżej naszkicowałem swoje uwagi ograniczone jednak do plików tekstowych, co wynika z własnych zainteresowań, skromnego zasobu umiejętności posługiwania się komputerem, moich ograniczeń: sprzętowego i finansowego oraz braku czasu.

1.
"Obiekty" wymagające rozpowszechnienia ze względu na ich rolę dla wiedzy i kultury można pogrupować wg następującego schematu:
a) te, których powszechna znajomość ma podstawowe znaczenie dla społeczeństwa. W moim przekonaniu są to: encyklopedia powszechna, słownik języka polskiego, słownik wyrazów obcych i zbiór zasad pisowni polskiej ze słownikiem ortograficznym. Należy jednak zastrzec, że udostępnienie tekstów dopiero stwarza warunki do upowszechnienia korzystania z tych, jak je nazwałem, obiektów. Urzeczywistnienie tego może nastąpić dopiero w wyniku wyrobienia nawyku posługiwania się nimi np. w trakcie nauki szkolnej.
b) podręczniki i inne pomoce szkolne. Tych opracowań w znacznej mierze dotyczy również to, że społeczeństwo, a więc także reprezentujące je państwo, jest zainteresowane w ich dostarczeniu uczącym się.
c) dzieła klasyki piśmiennictwa.
d) literatura popularno-naukowa.
- z zastrzeżeniem, że granice tego podziału na zakresy a, b, c i d nie są ostre - szereg obiektów nie daje się przypisać do wyłącznie jednej z tych grup.
Pomijam publikacje dotyczące prawodawstwa i administracji, gdyż te są dostępne w Internecie i są wykorzystywane już obecnie w stopniu wystarczającym. Poza tym naogół (może poza tekstem Konstytucji) ich obecność w wydzielonym obszarze pojęciowym wiedzy i kultury jest problematyczna.
Również osobne zagadnienie stanowi rozpowszechnianie dzieł wybitnych (dotyczy to oczywiście również grup b i c) o nie wygasłych jeszcze prawach autorskich, co należy omówić w rozdziale 3.

2.
Ponieważ celem naszym jest stworzenie warunków dla powszechnego odbioru, należy w pierwszej kolejności uwzględnić rozwiązania najtańsze. Na podstawie własnego doświadczenia przyjmuję więc, że podstawowym typem odbiorcy jest posiadacz komputera z pamięcią operacyjną 4 MB, dyskiem twardym 40MB, zegarem 24 MHz, z monitorem monochromatycznym i oprogramowaniem Windows 3.1 + Word for Windows 6.0. Jak dowiadywałem się na giełdzie komputerowej w Gdańsku, taki zestaw kosztuje obecnie 350 zł. Odbiorca ten oczywiście nie ma możności połączyć się z Internetem bezpośrednio. Nie stanowi to jednak - przynajmniej dla mieszkańców większych aglomeracji miejskich - problemu, gdyż można wybrane teksty zapisać na dyskietce w "kawiarence Internetowej", a następnie odczytać je u siebie w domu na swoim prymitywnym sprzęcie (również podaję to na podstawie własnego doświadczenia). Odbiorca ten wykorzystuje swój komputer jedynie jako czytnik tekstów i maszynę do pisania - praktycznie bez możności oglądania grafiki, oraz korzystania z rozbudowanych baz danych. Jak łatwo zauważyć, przy takich założeniach koszt skompletowania biblioteczki podręcznej kilkuset tomów, uwzględniając zakup sprzętu, dyskietek i opłaty w cyberkafejce (do 5 zł/godz.) nie przekroczy w tych warunkach 500 zł.
Z wysuniętych warunków wynika, że "obiekty" winny być opracowane w postaci tekstów niesformatowanych. Dla potrzeb odbiorców dysponujących droższym sprzętem można opracować (np. encyklopedia) wersję uzupełnioną grafiką itd., lub utworzyć osobne pliki zawierające grafikę, a w pliku tekstowym w miejsce ilustracji dać odnośniki lub "linki". Osobne zagadnienie stwarzają "obiekty", w których tekst bez uzupełnień graficznych nie ma w ogóle sensu (np. podręczniki chemii czy niektórych działów matematyki).
Podobnie osobnym zagadnieniem jest, czy masowe wykorzystanie komputerów jako czytników jest realne, już nie ze względów finansowych, lecz zdrowotnych. Spotkałem się mianowicie z opinią, iż wielogodzinne wpatrywanie się w monitor bardziej jest męczące dla wzroku niż ślęczenie nad książką, a nawet, że promieniowanie monitora może mieć zły wpływ nie tylko na oczy, lecz i na inne organy. Własne doświadczenie (od około 6 lat systematycznie korzystam z komputera niejednokrotnie po kilkanaście godzin jednym ciągiem) nie potwierdza tego, jednak zapoznanie się z opinią lekarzy jest konieczne. Nie sądzę natomiast, by inne podobne względy miały wpływ na upowszechnienie posługiwaniem się komputerem jako narzędziem do czytania i pisania. Owszem - możliwość regulowania jasności ekranu i wielkości liter umacniają mnie w przekonaniu, że obiekcje w tym względzie wynikają jedynie z przyzwyczajenia do posługiwania się papierem.

3.
Dla grupy 1a należy zorganizować zespoły administrujące przedsięwzięcie. Zespół taki będzie miał za zadanie nie tylko utworzenie (najlepiej w oparciu o już istniejące - choćby niedoskonałe - wzorce) podstawowej wersji encyklopedii czy słownika. Przecież zarówno wiedza, jak i język ulegają ciągłym zmianom. Tak więc redagowanie tych "obiektów" powinno być czynnością nie ograniczoną w czasie.
Tworzenie zespołów ludzi o odpowiednich kwalifikacjach dotyczy również i pozostałych grup, które wyróżniłem w rozdziale 1. Oczywiście łączy się to z kosztami, które, aczkolwiek można liczyć również na udział sponsorów prywatnych (również uczelni i organizacji stawiających sobie za cel upowszechnianie wiedzy i kultury), winno zabezpieczyć państwo w ramach działalności edukacyjnej i opieki nad kulturą. Jak się wydaje, największe obciążenie finansowe omawianej działalności będą stanowiły wynagrodzenia autorów i chyba ten problem stwarza podstawowe ograniczenie. Udostępnienie wyniku czyjejkolwiek pracy nie może umniejszyć dochodu osoby posiadającej prawa autorskie. Przy tak ogólnikowym ujęciu tematu, jak to ma miejsce w moich "uwagach" nie ma sensu rozwodzić się nad szczegółami, jednak wydaje się realnym np. subsydiowanie wydania internetowego wybranych podręczników uniwersyteckich, czy tłumaczeń Galla Anonima, Wincentego Kadłubka itd.
I znowu jako osobne zagadnienie należy wymienić działalność edukacyjną i doradczą zmierzającą do rozpowszechnienia odbioru efektów działalności.

Na zakończenie wyrażam nadzieję, że przedstawiona przeze mnie wizja powszechnego dostępu do tekstów istotnych dla wiedzy i kultury ma szanse spełnienia się w niedługim czasie i minimalnym kosztem.

Powrót na str. główną



Biblioteki Internetowe
Tekst wysłałem 2003-02-13 e-mail m. in. do: Miesięcznik internetowy REPORTER, Redakcja tygodnika PRZEGLĄD, Redakcja tygodnika POLITYKA, Redakcja mies. NAUKA I PRZYSZŁOŚĆ, Redakcja biuletynu EBIB, oraz Polska Biblioteka Internetowa.

Jestem jednym z entuzjastów idei tworzenia Bibliotek internetowych (sieciowych) jako potencjalnie najszerzej dostępnego środka upowszechniania słowa pisanego. Przekonanie o pożytku wynikającym z tej działalności skłania mnie do apelowania u wszelkich instytucji i wszystkich osób prywatnych zainteresowanych edukacją i upowszechnianiem kultury o uwzględnianie tego szczególnego wykorzystania Internetu. A sytuacja pod tym względem jest zła.

I tak na przykład w licznych publikowanych w prasie wypowiedzi o stanie czytelnictwa, wśród alarmujących danych statystycznych świadczących o upadku czytelnictwa, oprócz towarzyszących tym danym apeli i pomysłów na poprawę sytuacji, nie spotkałem nigdy - jakże aktualnych w tym kontekście - informacji o książce w Internecie, o tym, że niezamożny potencjalny czytelnik, posiadający tani komputer, może minimalnym nakładem pieniężnym zaopatrzyć się w wartościowe dzieła literatury i publicystyki.

Inny uderzający przykład, to brak należytego zainteresowania tym tematem widoczny wśród instytucji opiekujących się bibliotekami. Szczególnie dotyczy to Biblioteki Narodowej, która jest przecież nie tylko "głównym archiwum piśmiennictwa narodowego", lecz również "centralną biblioteką państwa" (w cudzysłowie fragmenty tekstu ustawy o bibliotekach z 7 czerwca 1997 roku). Wydawałoby się, że m. in. z tego tytułu można się spodziewać zainteresowania BN rozwojem bibliotek internetowych. Przecież, znowu posługując się przykładem, gdy czytelnik w dostępnej dla niego prowincjonalnej bibliotece nie może otrzymać potrzebnej mu książki, ma do wyboru, albo wybrać się w podróż do miejscowości, gdzie biblioteka posiada odpowiednią pozycję, lub za pośrednictwem swojej miejscowej placówki sprowadzić żądane dzieło, co jest procedurą długotrwałą i obciążającą skromną pulę budżetu przeznaczoną na kulturę. Sprawia to, że wielu (przykład: moja skromna osoba), gdy nie chodzi o spełnienie warunku decydującego o wyniku pracy naukowej, rezygnuje z lektury. Jest oczywiste, że w przypadku, gdy potrzebna książka jest dostępna w postaci e-tekstu, sprawa staje się prosta. Dodatkowo nie ma obawy o zaginięcie czy uszkodzenie woluminu, a realne jest - bardzo dla czytelnika wygodne - korzystanie z lektury przy użyciu dowolnego komputera np. w swoim mieszkaniu.

Po tym wstępie pozwolę sobie zaproponować zestaw działań mających na celu poprawienie krytykowanej sytuacji. Podkreślam przy tym, co wspomniałem na wstępie, że nie mam zamiaru pisania paszkwilu przeciw Bibliotece Narodowej czy innej instytucji. Oczywiście BN, oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego są głównymi adresatami tych propozycji, co wynika z ich możliwości i kompetencji, jednak wiele zależy od całego środowiska, do którego się zwracam i które chciałbym zainteresować problemem. Tak więc ujmując w numerowanych punktach:
1. Należy udzielić bibliotekom sieciowym wsparcia nie wymagającego nakładów, a zarazem nie ograniczającego samodzielności tych bibliotek. Mianowicie:
1a. Biblioteki i czasopisma winny - w sposób bardziej widoczny niż to się dzieje obecnie - informować swych czytelników o możliwości korzystania ze zbiorów bibliotek sieciowych, a nawet zalecać ten sposób lektury.
1b. Potrzebne są: możliwość otrzymywania porad, wymiany doświadczeń i kompetentny krytyczny wgląd w funkcjonowanie bibliotek wirtualnych - zarówno dla nich samych w celu umożliwienia poprawy ew. błędów, jak i dla czytelników, by mogli zostać uprzedzeni o możliwościach czy niedostatkach poszczególnych księgozbiorów. Chodzi tu o bardzo różne kwestie, że przykładowo wymienię ocenę ogólną biblioteki pod względem jakości korekty dzieł, stosowania ortografii, interpunkcji i gramatyki (czy zachowane są zgodnie z oryginałem, czy też może skorygowane wg zasad obowiązujących obecnie?), sposobu opracowania spisu inwentarza, informacji o źródle tekstu itd.
1c. Działania mające na celu "włączenie czytelnictwa internetowego (biblioteki i czasopisma internetowe) do głównego nurtu życia kulturalnego". Mam wrażenie, że w chwili obecnej wpływowe ośrodki informacji i propagowania kultury oraz wiedzy, nawet jeżeli posiadają własne strony w Internecie, nie są zainteresowane tym, co w zakresie ich zainteresowań dzieje się w sieci. Do rzadkich wypadków należą w czasopismach poświęconych kulturze i zagadnieniom społecznym wzmianki o wydarzeniach mających miejsce w Internecie. A jestem przekonany, że dla rozwoju jakiejkolwiek inicjatywy najbardziej zjadliwa krytyka jest mniej niebezpieczna niż obojętność i milczenie.
2. Należy ustalić, w jaki sposób, w stosunku do książek wydawanych w formie e-tekstu, należy wypełniać przepisy wynikające z ustawy z dnia 7 listopada 1996 r. o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych (Dz. U. Nr 152, poz. 722).

Dodatek: Fragment z ustawy o bibliotekach z 27 czerwca 1997 roku.
Biblioteka Narodowa, podległa Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, działająca na podstawie art. 16 ust. 4 ustawy z dnia 27 czerwca 1997 r. o bibliotekach i Statutu Biblioteki Narodowej, nadanego zarządzeniem nr 4 ministra kultury i dziedzictwa narodowego z dnia 6 lipca 2000 r., jest centralną biblioteką państwa i jedną z najważniejszych narodowych instytucji kultury. Jej cechę charakterystyczną stanowi wielość i różnorodność funkcji, jakie są jej przypisane. Wypełniając zadania dużej biblioteki naukowej o profilu humanistycznym, pozostaje zarazem głównym archiwum piśmiennictwa narodowego i krajowym ośrodkiem informacji bibliograficznej o książce, znaczącą placówką naukową, a także ważnym ośrodkiem metodycznym dla innych bibliotek w Polsce.

Powrót na str. główną