Powrót do spisu tematów



REFLEKSJE PO KONGRESIE KULTURY 2016[X 2001 r.]

Obawiam się, że myśl, której wyrazem jest Kongres Kultury 2016 r. z 7–9 października w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, od początku słabo widoczna w przestrzeni publicznej, nie tylko znikła z niej całkowicie, lecz nawet przestała funkcjonować w kręgu uczestników tego wydarzenia, co wyraźnie widać na zmartwiałych stronach internetowej witryny http://www.kongreskultury2016.pl. Warto jednak zastanowić się nad pytaniami o to, czy ten zanik jest rzeczywiście całkowity, jakie są przyczyny wywołujące stan poniżej naszych oczekiwań i szczególnie, co należy uczynić, by nadzieje związane z inicjatywą zwołania kongresu zostały spełnione w możliwie dużej skali.

Usiłując wnieść jakiś udział do poszukiwania odpowiedzi na tak postawione pytanie, zacznę od tego, że zgłoszoną przeze mnie propozycją tematu dla dyskusji kongresowej nie zainteresował się ani zespół organizujący to wydarzenie, ani mniej lub bardziej przejęte kongresem osoby, z którymi miałem możność rozmawiać lub korespondować. Tematem tym zaś jest dialog jako podstawowy warunek istnienia tego, co nazywamy kulturą, a zarazem jako czynnik bardzo w polskiej społeczności upośledzony. Uważam, że kultura, jakkolwiek pojmujemy to słowo, może istnieć tylko w wieloosobowej społeczności, że jej istota i sens (racja istnienia) polegają na relacjach międzyludzkich, wśród których decydującą rolę odgrywa dialog, szeroko pojęty, społeczny. Jeżeli dialog kuleje, a to nas, Polaków, dotyka wyraźnie, nie pomogą żadne dywagacje nad brakami pomniejszych czynników. Stąd moje przekonanie, że pominięcie wskazanego przeze mnie tematu było błędem i więcej, że zaniknięcie realnego dyskursu ogarniającego wszystkich, jest przyczyną - może nie jedyną, ale bardzo istotną - zauważalnych patologii życia zarówno społecznego, jak politycznego i przede wszystkim kulturalnego.

Przy tym - w moim przekonaniu - o ile każda, pozbawiona irracjonalnych wtrętów, wymiana zdań przyczynia się do budowania właściwych relacji międzyludzkich, to zdolność kulturotwórczą, uzyskuje ona dopiero po spełnieniu kilku warunków, z których najważniejszy - jak sądzę - dotyczy proporcji. Po prostu, podobnie jak to przypisujemy Sokratesowi, osoba dominująca w dialogu winna dbać o to, by co najmniej 50 % wypowiadania się oddać do dyspozycji rozmówcy, co najmniej 30 % poświęcić rozważaniu jego zdań i tylko nie więcej niż 20 % zachować dla przedstawienia swojego tematu. Drugi zaś ważny postulat, to że dialog powinien odbywać się w przestrzeni publicznej i w formie dającej osobom postronnym poczucie realnego uczestniczenia tak, by wymiana zdań między dwiema osobami stała się rzeczywistym porozumiewaniem się grup, a w dalszym upowszechnieniu budowała wspólnotę. Takiego właśnie dialogu nam niedostaje, co spróbuję wykazać, i co - powtarzam - bardzo upośledza naszą kulturę. Tylko takie relacje międzyludzkie stwarzają w nas świadomość podmiotowości, poczucie tego, że jesteśmy liczącą się częścią społeczeństwa, że za stan jego jesteśmy odpowiedzialni.

Tu wtrącę dwa przykłady zjawisk świadczących zarazem o braku dialogu i o istnieniu zapotrzebowania nań. Jednym jest obfitość publikowanych wywiadów, drugim - nadmiar internetowych postów na forach dyskusyjnych i komentarzy do publikowanych w internecie tekstów. O ile bowiem cieszące się od dawna powodzeniem wywiady i wywiady-rzeki są nadrabiającym brak dialogu jego podróbką, to w masowych (niekiedy ponad 1000!) wpisach (przez społeczność internetową określanych anglojęzycznie słowem post = słup) czytelników widzę rozpaczliwe wołanie o możliwość wypowiedzenia się bezimiennych jedermanów boleśnie odczuwających brak uznania swojej podmiotowości, brak poczucia udziału w wymianie myśli o skali przekraczającej podwórko czy stolik kawiarniany. Wiele materiału do przemyślenia daje też obserwacja niewątpliwych sukcesów odnoszonych przez pierwociny dialogu przedsiębrane przez Radio Maryja, tv TRWAM, przez niektórych blogerów i przez te nieliczne czasopisma, które prowadzą na swych łamach dział listów do redakcji.

Osobnego omówienia wymaga inny przejaw - nie tylko braku dialogu, lecz nawet zaniku zdolności myślenia. Jest nim uderzający brak dyskusji. W mediach zajmujących się naszą współczesnością społeczną, polityczną i kulturalną widzę same monologi. Autorki i autorzy podejmują albo opracowania podporządkowane rozgrywkom wpływowych ugrupowań, albo prowadzą rozważania oderwane od tego, co uprzednio głosili inni, ogólnikami zastępując twierdzenia wymagające imiennego określenia sprawcy. A przecież od dawna wiadomo, że brak polemik jest możliwy tylko wśród osobników bezmyślnych, a więc niezdolnych do generowania rozwoju kulturalnego.

Z kolei, gdy zastanawiamy się nad przyczynami niedostatku więzi między ludźmi, specjalną uwagę należy poświęcić zjawisku, które umownie nazwę wyobcowaniem elit. Dotyczy ono tych osób ze świata nauki, kultury i polityki, którym wydawcy, redakcje i komentatorzy udostępniają łamy mediów informacyjnych. Otóż sporo czytam, oglądam w telewizji i wysłuchuję na spotkaniach, jednak nie przypominam sobie, bym spotkał się, ze strony kogokolwiek należącego do tej kategorii osób, z choćby śladem zainteresowania tym, co myślą, jak reagują na przedstawiane poglądy odbiorcy, czytelnicy i słuchacze. Dziwne jest przy tym, że zjawisko to nie jest zauważane, lub zostaje nazwane mylnie, jak to uczynił np. Radosław Markowski ("DELIBERATYWNE PAŃSTWO" w Kultura i Rozwój 1/2016) w mgliście sformułowanej uwadze, iż "polskie elity są tradycyjnie nieufne wobec społeczeństwa". Zjawisku temu towarzyszy zanik odpowiedzialności za słowa, z których każde, raz wypowiedziane, powinno albo zachować swą aktualność, wagę i wynikającą z nich potrzebę kontynuacji, albo wymaga wycofania go wyjaśnionego przed tymi, do których zostało skierowane, wytłumaczenia się przed publicznością ze zmiany przekonania. Wiąże się to również ze wspomnianym wyżej brakiem dyskusji w publicystyce.

I tak np. prof. Maria Szyszkowska niejednokrotnie określająca się jako humanistka zaprzecza temu w swoim blogu, gdy wprost demonstracyjnie okazuje brak zainteresowania uwagami czytelników, zaś w licznych swoich esejach zdobiących łamy Przeglądu Socjalistycznego podobnie "nie dostrzega" równoległych myśli innych autorów (nb. równie jak ona "mało spostrzegawczych" zarówno w stosunku do niej jak i ogólnie). Innego przykładu dostarcza prof. Janusz Reykowski, który w artykule "Czas dla lewicy" zamieścił apel o dyskusję, po czym, w dalszej jego publicystyce nie ma śladu zainteresowania zarówno poruszonym tematem, jak i ową dyskusją, czy przyczynami jej ew. braku. Podobnie prof. Jan Hartman, ogłosił ongiś ognisty apel zatytułowany "Budujmy Polskę partyjną" (http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,2125), po czym nie tylko nie zainteresował się 27-ma komentarzami czytelników, lecz w ogóle porzucił temat, na pytanie zaś o przyczynę tak radykalnej zmiany nastawienia, cynicznie wyjaśnił, że "nie może" rozwijać rzuconej myśli, gdyż jakoby redaktorzy nie życzą sobie powtórzeń. Podobnie oceniam postawę inicjatorów Kongresu, którzy, jak Edwin Bendyk, po chwilowym wzlocie entuzjazmu wyrażonego w eneuncjacjach prasowych i przemówieniach zamilkli (vide np. witryna internetowa Kongresu). Ani nie widać z jego i innych osób strony prób kontynuacji, ani bilansowania dokonań i niepowodzeń, ani wyjaśnień wyrażających poczucie zobowiązania wynikającego z wypowiedzianych i napisanych deklaracji.

Tego rodzaju przykładów jednoczesnego braku zainteresowania myślami innych, oraz braku odpowiedzialności za słowo można znaleźć w naszej publicystyce mnóstwo. Nie potrafię natomiast znaleźć przykładu szczerego zaangażowania i przejęcia propagowaną ideą rozumianą zarazem jako zobowiązującą autorkę czy autora do odpowiedzialności wobec tych, którym proponuje się rzecz do rozważenia. Co więcej, brak tego zaangażowania i odpowiedzialności podkreśla uderzające, powszechne odmawianie podmiotowości tym, którym myśl zostaje przekazana. Autorka czy autor w każdym znanym mi przypadku wyraźnie okazuje, że ani go nie obchodzi ślad (lub jego brak) pozostawiony w umyśle odbiorcy, ani jakie jest tło przekonań, na które usiłował nałożyć swoją wizję. Wszystko wskazuje na to, że albo mamy do czynienia z mrożkowskim (wg dramatu pt. "Indyk") bezwładem, albo odbiorca jest traktowany jako zdolny jedynie do biernego zapisania w pamięci nadanego tekstu, albo jedynym celem jest wywarcie wrażenia i uzyskanie popularności. Tak więc albo mamy do czynienia z inicjatywą krótkotrwałą i bezrefleksyjną, albo z pragnieniem, by przekazywana treść została przyjęta bezmyślnie i bezwarunkowo wykreowując idola, a przynajmniej kandydata na posła (przypuszczalnie, ze względu na koincydencję z jakimiś wyborami, wspomniany wyżej casus prof. Hartmana).

W konkluzji, na postawione w pierwszym akapicie pytanie, można odpowiedzieć niezależnie od własnej oceny Kongresu. Czy spełnił on oczekiwania odpowiadającego i jedynie chodzi o pragnienie, by osiągnąć więcej, czy - jak w moim przypadku - odczuwamy zawód, musimy spostrzec zatruwający kulturę niedostatek tego, co umownie nazwałem dialogiem społecznym. Mniej to jest widoczne, gdy rozważamy tzw. kulturę wyższą, gdy patrzymy z pozycji pracownika kultury pojmowanej jako dział ujęty w klasyfikacji sposobów zarabiania na życie, lub gdy udzielamy się w amatorskim ruchu artystycznym. Jeżeli jednak stawiamy sobie pytanie o to, jak przedstawia się kultura w naszej codzienności, w spotkaniach towarzyskich, w rozmowach, w pracy, w polityce, to odrzucając z góry w poszukiwaniu odpowiedzi możliwość, iż braki są spowodowane także przez niedostatek porozumiewania się, pozostajemy w przeświadczeniu o niemożności określenia przyczyny niezadowolającego stanu rzeczy. Jeżeli jednak przyjmiemy, że być może, jednym z czynników formujących kulturę jest opisany wyżej dialog, uzyskujemy nie tylko obraz przyczyny, lecz także możność wskazania łatwych do wykonania zaleceń nie tylko dla poprawienia - jak to nazwałem na wstępie - funkcjonowania myśli wyrażonej przez Kongres, lecz także dla ożywienia ogólnego, całej kultury polskiej.

Przystępując do omówienia niektórych z tych zaleceń naprawczych, zacznę od celu ogólnego, zastrzegając zarazem, że nie dotyczą owe wskazówki tych autorów i redakcji, którzy i które jako główny cel stawiają sukces finansowy i zdobycie popularności, co - obawiam się - może bardzo ograniczyć krąg adresatów. Namawiam w takim razie, tych, którym przynajmniej zależy na tworzeniu pozorów, jakoby ich własne zaangażowanie w propagowanie publikowanych idei było autentyczne, by przemyśleli, czy moje uwagi mogą się przydać także im.

Otóż, gdy mowa o celu ogólnym, czyli o pobudzeniu życia kulturalnego w naszym kraju, w pierwszej kolejności zwracam uwagę na dotyczące publicystyki zaangażowanej relacje w trójkącie: autorzy - redakcje - odbiorcy (czytelnicy, słuchacze, internauci itp.). Uważam przy tym za pewnik, że wystąpienie nie mające dalszego ciągu jest potrójną kompromitacją. Tak więc autora dyskwalifikuje nie tyle brak odzewu, ile niewytłumaczenie się przed publicznością z braku przemyślenia przyczyn niepowodzenia i rezygnacja z powtórzeń wykonywanych na wzór katonowskiego "ceterum censeo", względnie brak przyznania się do pomyłki. Okazał on bowiem, że nie poczuwa się do odpowiedzialności za głoszone idee. Okazał również lekceważenie odbiorcom, których traktuje jako niezdolnych do samodzielnego przemyślenia sprawy. Z kolei niekompetencja i nieodpowiedzialność redakcji tylko częściowo przejawia się w tym, iż przyjęto - być może - pracę bezwartościową. Głównie kompromitacja ta wynika z widocznego lekceważenia odbiorców, gdy osoby odpowiedzialne za upowszechnienie przyjętego tekstu, nie tylko - na podobieństwo autora - okazują, że nie obchodzi ich ani opinia odbiorców, ani otoczenia, lecz na dodatek "nie dostrzegają" tego, iż przedstawiony materiał myślowy nie spełnił swojego zadania - pobudzania umysłów, a przyczyn fiaska nie próbują przemyśleć i naprawić. Na koniec publiczność kompromituje się, gdyż zlekceważona przez odmawiających uznania jej podmiotowości nie bojkotuje odbioru (ten zarzut, biorąc pod uwagę np. nikłą poczytność większości periodyków społecznych, politycznych i kulturalnych jest wątpliwy), nie domaga się uznania swojego prawa do korygowania i współtworzenia omawianych treści.

W konkluzji zalecam:
Osobom zajmującym się publicystyką (autorki i autorzy), by w ich twórczości widać było zainteresowanie tym, co głoszą inni publicyści i publiczność, oraz tym jak te gremia odbierają przedkładane im treści;
Redakcjom współpracy z odbiorcami, ujawniania, komentowania i wykorzystywania ich spostrzeżeń, oraz świadomości tego, że monolog może dominować w beletrystyce, natomiast omawianie realiów musi bazować na doświadczeniu i sądach wielu.
Wszystkim zaś zalecam umiar w posługiwaniu się zwrotami takimi jak "jest ważne", "należy to czynić", "proszę o ..." itp.. Z kolei, w wypadku, gdy słowa te padną, gdy przedmiot opisywany przez nie uzyska istnienie w sferze informacji publicznej, każdy biorący udział w ich rozgłaszaniu, uznał swój obowiązek wytłumaczenia się przed tymi, do których były one skierowane, z dalszego spełniania się tego, co wyrażono, owi zaś odbiorcy winni uświadomić sobie swoją za głoszone treści odpowiedzialność i wynikające z niej swoje uprawnienia śmiało egzekwować.

Takie więc widzę pierwsze z licznych wynikających z przedstawionych rozważań wskazówek prowadzących do polepszenia ogólnie pojętej kultury naszego społeczeństwa. Te same zresztą zalecenia, są odpowiedzią na postawione na wstępie pytanie: "co należy uczynić, by nadzieje związane z inicjatywą zwołania kongresu zostały spełnione w możliwie dużej skali?". Oczywiście są jeszcze inne, bardziej szczegółowe wnioski i zalecenia wypływające z rozważań nad istotą i rolą tak pojętego dialogu, o czym zresztą pisałem przy różnych okazjach.

Powrót do spisu tematów

22 Maj 2004 16:05. Forum e-polityka. Temat postu: Re: Kara śmierci a prawa człowieka.
jaroslaw napisał:
...czy uważacie karę śmierci za przejaw łamania praw człowieka ? Czy ta kara jest jeszcze potrzebna ...
[moja uwaga:]
Wobec tego pytania czuję się bezradny. Sądzę, że odpowiedzi są w stanie udzielić jedynie ludzie odpowiednio przygotowani: psychologowie, socjologowie, prawnicy filozofowie, etycy.
Ze swej strony mam jedno zastrzeżenie: nie rozumiem dlaczego jako alternatywa dla kary śmierci nie jest brane pod uwagę - przynajmniej w przypadku niektórych zbrodni - chirurgiczne pozbawienie zbrodniarza możności powtórzenia bandyckiego czynu? Przecież obecny stan wiedzy o budowie i działaniu organizmu pozwala na wykonanie operacji, która przy zachowaniu innych sprawności potrzebnych dla godnego życia, uniemożliwi np. zdolność efektywnego posługiwania się bronią. Osiągnięty zostaje w ten sposób najważniejszy cel: zabezpieczenie społeczeństwa.
Zgred

Forum e-Polityka Strona Główna -> Historia
30 Wrz 2005 17:09 Temat postu: z pozycji widza
Nie wiem, jak długo jeszcze będzie trwała dyskusja, którą mam zamiar nadal obserwować mimo, iż dawno utraciłem orientację w niezrozumiałych dla mnie skrótowych nazwach jednostek wojska i typów wyposażenia. Zdumiewa mnie ilość informacji jakie potraficie zdobyć i wyinterpretować z zachowanych źródeł. Nie mogę jednak powstrzymać się od uwagi:
Przypomnieć należy, że sprawa zaczęła się 05 Sie 2004 10:08 od zdania "...Zgadza się, ale za to odpowiadają przede wszystkim ci, którzy w czasie powstania stali bezczynnie po drugiej stronie Wisły..." i następującego po nim zakwestionowania przedstawionej tezy o celowej bezczynności Armii Czerwonej. Otóż w tej kwestii, na podstawie zgromadzonego materiału jest udowodnione, że, o ile można mieć wątpliwości co do tego, czy wojsko radzieckie realnie było, czy nie było w stanie przedsięwziąć dodatkowe działania przeciw hitlerowcom, to nie jest możliwe z całą pewnością stwierdzić, że w skomplikowanej sytuacji dowództwo sowietów miało pełne przekonanie o braku ryzyka zwiększenia wysiłku ofensywnego. A tylko w takim wypadku można mówić o odpowiedzialności czy winie zaniechania. Ponadto w cywilizowanym świecie przyjęto, że wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego.
Czy to jest "wybielanie" stalinizmu? Sądzę, że jeśli nawet w tym przypadku przyznać, że, być może, zbrodni nie popełniono, pozostaje aktualny tak obfity rejestr innych "dokonań", że kolor czarny bynajmniej przez to nie wyblaknie, a za to oskarżyciele mogą uniknąć zarzutu naciągania faktów.

Stach M. Głąbiński Odp: Watykan 2007-06-12 13:18:32 http://forum.histmag.org/index.php/topic,4704.msg131116.html#msg131116 Cytuj za: albin 11 czerwca 2007, 09:27:53 Czy Watykan,jako instytucje można uznać za ludobójce?
[ja:]
O ile mi wiadomo (nie jestem prawnikiem), termin "ludobójstwo" został wprowadzony do słownictwa prawniczego po II Wojnie Światowej (chyba w trakcie tzw. procesu norymberskiego) jako określenie przestępstwa polegającego na masowym mordowaniu ludzi w celu całkowitego wyeliminowania, lub zmniejszenia liczebności konkretnej grupy wyodrębnionej rasowo, pod względem narodowości itp. Dotyczy to więc sytuacji, gdy konkretna osoba zostaje zabita niezależnie od jakichkolwiek uwarunkowań dających się przez nią samą zmienić. Z tego względu zbrodnie popełnione w wojnach religijnych, ponieważ - przynajmniej w teorii - delikwent ma do wyboru oprócz śmierci "nawrócenie się na prawdziwą wiarę", nie są ludobójstwem. Jeśli moja wiedza prawnicza w tej kwestii jest poprawna, to ludobójstwem jest "likwidacja" osób upośledzonych umysłowo, natomiast np. hitlerowskie mordowanie Polaków, jeżeli da się udowodnić, że miało ono na celu jedynie spacyfikowanie naszego narodu jako niewolników rasy panów, bez świadomie zamierzonego "ograniczenia ilości", za ludobójstwo uznane być nie może.
Inna sprawa, to znaczenie słowa "winny", które, choć w cytowanym poście nie zostało użyte, występuje w formie "uznać za". Otóż to określenie, w odniesieniu do grupy, występuje jedynie w znaczeniu moralnym i symbolicznym, natomiast jako termin prawniczy, generujący uzasadnienie karania, może być odniesione jedynie do poszczególnych osób. W "procesie norymberskim" o winę ludobójstwa oskarżano nie państwo, naród, organizację, lecz Göringa, Keitla i in. Osądzenie SS jako organizacji zbrodniczej, co miało (nie jestem tego pewien) miejsce na tym procesie, skutkowało jedynie w zakazie kontynuowania jej istnienia i w - mającym charakter symboliczny - potępieniu posługiwania się jej znakami, odznaczeniami itp. co np. w NRF, USA, Argentynie itd. w praktyce wyglądało różnie. W odniesieniu do osób, fakt członkostwa przed wydaniem tego orzeczenia, w zasadzie winien być co najwyżej okolicznością uzasadniającą podjęcie dochodzenia w sprawie udziału w zbrodni (w krajach "bloku wschodniego", gdzie stosowanie prawa było rozumiane specyficznie, wyglądało to oczywiście inaczej).

http://forum.histmag.org/index.php/topic,5318.0.html Odp: Kontrowersje wokół Trybunału Norymberskiego. 2007-10-01 12:13:32
Cytuj za: Dagget 29 września 2007, 20:48:59
... Oczywiście Trybunał nagiął prawo ...
[ja:]
Twierdzenie bezpodstawne. Zdumiewające są szczególnie wypowiedzi, których autorzy napisali, że stosowano "działanie prawa wstecz" i że nie osądzono jednocześnie innych wojskowych czy polityków, którzy ew. mogli okazać się tak samo lub bardziej winni.
Co do pierwszej sprawy, to "Trybunał norymberski" orzekał wyłącznie na podstawie praw, których aktualności nigdy reżym hitlerowski czy inne czynniki w Niemczech nie kwestionowały. Jedyne novum stanowiło ustanowienie "zbrodni przeciw ludzkości" polegającej na skazywaniu za przynależność rasową, jednak nie było tu "działania wstecz", gdyż inkryminowana wina w tym wypadku całkowicie zawarta była w skazaniu bez udowodnienia określonego prawem przestępstwa (prawodawstwo hitlerowskie znało określenie "niższości rasowej", ale nie określało jej jako przestępstwa podlegającego karze, co zresztą było by zupełnym nonsensem).
Co do drugiego: gdzie kto słyszał, by ktokolwiek domagał się stosowania zasady, że osądzenie i wykonanie wyroku winno być uzależnione od równoczesnego rozpoczęcia procesu przeciw innym przestępcom? Każde postępowanie sądowe podejmowane jest przeciw konkretnym oskarżonym, a fakt, że inni, może nawet dużo bardziej niebezpieczni dla społeczeństwa pozostają na wolności, nie może być w żadnym wypadku brany pod uwagę.
Cała dyskusja bardzo mnie niepokoi, gdyż wskazuje ona na to, że wiedza o podstawach prawa i sądownictwa jest u bardzo wielu niedostateczna, co powoduje, że łatwo przychodzi wmawianie naiwnym najbardziej dziwacznych poglądów w tej sprawie. Nb. przykładem tego są sukcesy "Prawa i Sprawiedliwości".

[.c.d.] Odp: Kontrowersje wokół Trybunału Norymberskiego. 2007-10-02 13:44:32
Cytuj za: kaj 01 października 2007, 15:30:38
... Naginasz. Oczywiscie formalny feler prawny to nie był. ...
[ja:]
Praktyka pokazuje, że wszelkie próby uniezależnienia sądu od ścisłego formalizmu prawnego (Lynch, Czerezwyczajka, Sondergericht itd.) prowadzą do bezprawia. Konieczność radykalnie ścisłego stosowania procedur prawa rzymskiego jest więc faktem, a świadomość tragicznych skutków odstąpienia od tej zasady niestety w Polsce wygląda kiepsko.
Cytuj za: kaj 01 października 2007, 15:30:38
... Gdzie miałeś w prawie niemieckim czy innym przestępstwo "przygotowywanie się do wojny"?
[ja:]
Nie znam niestety szczegółów aktu oskarżenia, jednak ze względu na niezaprzeczalne kompetencje członków TN jestem przekonany, że "przygotowywanie się do wojny" było użyte nie w sensie przepisu prawnego, który został przekroczony, lecz jedynie jako jeden z argumentów uzasadniających tezę, że rozpoczęcie wojny nie było - jak to twierdziła propaganda hitlerowska - aktem obrony, lecz agresją, udział w której przestępstwem jest i był w uznawanym przez III Rzeszę prawie międzynarodowym.

[c.d.] Odp: Kontrowersje wokół Trybunału Norymberskiego. 2007-10-12 12:20:32
Cytuj za: Adso de Melk 06 października 2007, 14:34:01
... uznano, że część prawa III rzeszy, jako lex iniustissima, nie miała mocy prawnej...
[ja:]
Chyba mylisz prawo z rozporządzniami administracji (rozporządzenia dotyczące postępowania z osobami niższymi rasowo, z "zagrażającymi" państwu i tp.), które były podstawą działań zbrodniczych. Rzeczywiście, obrona nieraz powoływała się na okoliczność, że oskarżony działał pod przymusem wywieranym przez przełożonych (dowódców). Jest to oczywiście okoliczność łagodząca, ale poleceń wydanych przez władze nie można utożsamiać z prawem, ze stanowieniem jego przepisów! Nie znam prawa obowiązującego w III Rzeszy, ale z niektórych znanych mi opisów przewodów sądowych, oraz z argumentacji używanej przez hitlerowców w materiałach propagandowych wynika (np. "sprawa katyńska" i in. piętnowane przez hitlerowców zbrodnie aliantów), że system prawny, jego literalna treść i powszechna w Niemczech świadomość prawna, były zgodne z zasadami obowiązującymi w krajach naszej cywilizacji (podobnie było w ZSRR!). To, że administracja wydawała zarządzenia, których zgodność z literą prawa była uzasadniana pokrętnie (podobnie jak wspomniana wyżej ustawa o IPN), lub były z prawem w jawnej sprzeczności, nic do rzeczy nie ma. Należałoby jeszcze objaśnić, jakie muszą być spełnione warunki rozróżnienia ustaw parlamentu czy uprawnionego władcy zmieniających system prawny od zarządzeń nie mających takiej powagi. Wymagałoby to obszernego wywodu, wspomnę więc jedynie, że m. in. jest tak, gdy nowy przepis nie odwołuje sprzecznego z nim poprzednio obowiązującego. Sądzę, że tego dotyczyło wspomniane "uznanie części praw III Rzeszy za nielegalną".
W innej sprawie dodam wyjaśnienie: określenie "prawo rzymskie" odnosi się nie do konkretnych przepisów obowiązujących (należałoby dodać, kiedy?) w Rzymie, lecz określa zasady (filozofia prawa) uznawane jako podstawa cywilizacji łacińskiej. Oczywiście, że - jak zawsze - realizacja idei przez poszczególnych mniej lub bardziej światłych władców różniła się od tego pierwowzoru.
12:55:03
Do powyższych wywodów dodam, że użyta przeze mnie argumentacja w znacznej części nie da się zastosować do procesów wytoczonych po wojnie Japończykom. Chodzi mianowicie o - jak to określiłem - powszechną świadomość prawną, która bardzo różniła się (różni się?) od naszej. Być może, iż literalnie prawo japońskie zadośćczyniło kryteriom charakteryzującym cywilizację europejską, natomiast mentalność była zupełnie inna. I tak np. oddanie się do niewoli zamiast popełnienia samobójstwa było uważane powszechnie za postępowanie niegodne. W Niemczech (podobnie stalinowcy w ZSRR) Hitler usiłował upowszechnić takie nastawienie, jednak skutek osiągnął mizerny, co nb. przekonująco objaśnia hipoteza tzw. memów. Ta różnica powoduje, że jednak zbrodnie popełnione na jeńcach wojennych należało nieco inaczej rozpatrywać w Norymberdze i w Tokio. W sprawie innych przestępstw, również tego rodzaju różnice wypadło uwzględnić. Na mniejszą skalę kwestia takiej odmienności występuje przy rozpatrywaniu zbrodni dokonanych przez Rosjan, Arabów itd.

21-11-2007 13:42 Głąbiński (512 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (340)
(rozpoczęcie nowego tematu) Wyrzucanie ateistów poza nawias.
W wątku pt. "Ateizm vs. katolicyzm" natrafiłem na zdanie będące pytaniem:
"Podaj mi przykład, żeby wyrzucono Cię poza margines?", a w dalszych postach, przy niezbyt dokładnym (liczne, długaśne wywody) czytaniu, odpowiedzi nie zauważyłem. A chyba warto się nad tym zastanowić. W moim przekonaniu, przykładów można by podać wiele, mnie - ze względu na możliwość zakwestionowania - zainteresował jeden, raczej drugorzędny:
Jak wiadomo, nasi prezydenci, premierzy itp. mają zwyczaj klękania przed papieżem i obcałowania go po rękach. Nie są znane natomiast przypadki jakiegokolwiek honorowania osób będących czymś w rodzaju przywódcy, lub tzw. postaci sztandarowej, całkiem licznej gromady obywateli też zjednoczonych pod względem światopoglądu, tyle że nie określanego przez dogmaty Kościoła, lecz przez tzw. materializm. Prezydent itp., niezależnie od swoich przekonań, we wszelkich sytuacjach o charakterze publicznym występuje jako przedstawiciel wszystkich obywateli, wobec czego, jeżeli wyróżnia w gestach symbolicznych którąś opcję, to tym samym inne słusznie mają pretensję, że zostały "usunięte poza nawias".

22-11-2007 13:10 Głąbiński (512 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (340) Odp: wyrzucanie ateistów poza nawias [c. d.]
[Szulc napisała:]
Kwaśniewski, mimo, że niewierzący, zachowywał się w stosunku do Jana Pawła z należnym mu ceremoniałem.
[ja:]
Nie wiem, czy K. rzucał się na kolana i obcałowywał dłonie. Niezależnie zaś od tego niestosowna jest wzmianka o "należnym mu ceremoniale", zamiast "ceremoniał należny wszystkim ..." (kropki należałoby zastąpić właściwym określeniem. Wg mnie mogło by to być "osobom reprezentującym poglądy znaczącej liczby obywateli"). Bez tej podmiany, Twój post pojmuję jako przykład usiłowania wyrzucenia wszystkich z wyjątkiem papistów "poza nawias". Inna jest sprawa, że w ogóle klękanie i obcałowywanie rąk, choćby dotyczyło to najbardziej zasłużonego, godnego szacunku człowieka, nawet wykonywane przez osoby prywatne, razi mnie.

c. d. 24-11-2007 12:11 Głąbiński (512 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (340) Odp: Wyrzucanie ateistów poza nawias.
Rozpoczynając ten wątek miałem wrażenie, że nawiązuję do kwestii dotyczących tolerancji w sensie ogólnym. Ponieważ nie wyklarowało się to samoistnie, spróbuję swoje wątpliwości wyartykułować wyraźniej. A wiec:
Brak tolerancji w praktyce objawia się głównie w formie drastycznej: palenie na stosie, więzienie, konfiskaty, a w łagodniejszej formie - publiczne napiętnowanie, okazywanie wzgardy. Czy w porównaniu z takimi formami dyskryminacji jest sens oburzać się na tak łagodny przejaw lekceważenia jak wystąpienie o czysto symbolicznej wymowie mojego oficjalnego reprezentanta faworyzujące opcję wg jego prywatnych zapatrywań?
A po drugie: czy zwolennicy opcji określanej jako ateizm powinni odczuwać historyczne obciążenia w postaci okrucieństw rewolucji francuskiej, wyczynów republikan w Hiszpanii, czy okrucieństw stalinizmu, podobnie jak katolicy mają pamiętać o prześladowaniach kultów przedchrześcijańskich, inkwizycji, krucjatach?
Otóż uważam, że na obydwa te pytania należy dać odpowiedzi potwierdzające: łagodne formy dyskryminacji, jak pokazuje praktyka, występują w warunkach, gdy agresywna opcja jest przez okoliczności zewnętrzne zmuszona do ograniczania swoich poczynań, a jeśli nie przeciwstawiać się temu zjawisku w jego formie zalążkowej, nastąpi eskalacja.
Z kolei ateiści i jakiekolwiek inne ugrupowania muszą pamiętać, że brak tolerancji nie jest organicznie związany z jakimikolwiek ideologiami. Zwolennicy każdej, choćby najpiękniejszej idei (jak np. głoszące miłość, łagodność i wykluczenie przymusu chrześcijaństwo), rozpaleni przekonaniem o swojej racji, jeśli nie napotkają na sprzeciw, są zdolni do najgorszego.
Ostatecznie więc każdy, komu zależy na zachowaniu sprawiedliwości społecznej winien występować przeciwko nawet zalążkowym formom nietolerancji i to właśnie przede wszystkiem w swoim własnym obozie: katolicy u katolików, ateiści wśród ateistów, mahometanie ... itd. "Obrona" swojego ugrupowania przed zarzutami jest rażącym błędem.

http://forum.histmag.org/index.php?topic=6323.0 Odp: Ataki na pociągi "Osy" 2008-04-11 17:12:15
Prawo wojenne czy inne, jako zbiór reguł jest na tyle różne od moralności, że nie dadzą się rozpatrywać razem: albo mówimy o zgodności postępowania z prawem, albo z zasadami etyki. Laik - wg mnie - odnosząc się do "filozofii AK" jednoznacznie określił, że chodzi mu o tą drugą. Nie mniej, ponieważ ponieważ nie można udawać, że prawo nie zostało w dyskusji w sposób istotny przywołane, wspomnę o nim, mimo że odchodzę od tematu.
Otóż w stanie wojny prawo rozpoznaje żołnierza po tym, że nosi on mundur i z tej racji posiadanie i wykorzystanie przez niego broni jest uznane za dozwolone, natomiast cywilem posiadającym czy ukrywającym broń prawo wojenne się nie zajmuje, wskutek czego potraktowanie takowego pozostaje kwestią wyłącznie etyki. Kwestie szczegółowe, np. czy cywila z opaską biało-czerwoną na rękawie, którą można szybko usunąć, uważać za umundurowanego, czy nie, to rzecz osobna. Zabronione jest celowe zabijanie cywilów, ale w sytuacji, gdy nie da się z całą pewnością zaprzeczyć temu np., że bomba pozabijała ludzi w wyniku niedoskonałości urządzeń celowniczych, co np. w sytuacji nalotu z wysokości 6 km jest oczywiste, winy nie ma.
Z osądem moralnym jest o tyle trudna sprawa, że poza zasadą "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe", próby jakiegokolwiek kodyfikacji, uzyskania przepisów obowiązujących wszystkich, okazały się daremne. Nawet prawo odwetu, chociaż potępiane przez zdecydowaną większość, często - zwłaszcza w praktyce - znajduje aprobatę. Szczególnie często znajduje zrozumienie usprawiedliwienie rewanżu dokonanego jakoby w zamiarze uświadomienia drugiej stronie, że to ona uczyniła nam, to co jej niemiłe.
Jeśli chodzi o moje prywatne zdanie, to uważam, że wojna jest złem i każdy, kto w niej bierze udział, wychodzi z tego brudny, a zarazem, o ile pozbawione skłonności do wyrokowania rozpatrywanie dylematów etycznych jest czynnością chwalebną, to osądzający moralność uwikłanych w tragedię wzajemnego mordowania są hipokrytami.

25-05-2008 14:01. Głąbiński (822 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (550) Odp: Nietykalny pomnik??
[ja:]
Nawiązując do treści poprzedzającego posta:
[keymark:]
... nigdy nie poznamy całej prawdy ...
[ja:]
dodam: prawda jest taka, że donosicielstwo istniało zawsze i nadal istnieje - w polityce, w parafii, w urzędach, na wiosce i w mieście. Ludzie, gdy chcą sąsiadowi zaszkodzić, albo są przekonani, że występują przeciw jakiemuś złu, zawiadamiają o ukrywanych wydarzeniach policję, gazetę, szefa, Urząd Skarbowy, proboszcza itd. zachowując przy tym anonimowość, co w jednym przypadku jest podłością, w innym - koniecznym zabezpieczeniem się przed niesprawiedliwym odwetem. Nazywanie poszczególnych tego typu zdarzeń historią i traktowanie jako "pamięć" z dodatkiem "NARODOWA"(!?) jest objawem aberracji umysłowej.
Wspomnę jeszcze, że w takich krajach jak RPA, Argentyna i Chile żadnej lustracji nie ma, dochodzenia dotyczące popełnionych zbrodni (tam nie chodziło o podpisanie lojalki, lecz o poważniejsze sprawy) prowadzone są wyłącznie w formie normalnej działalności prokuratury lub z oskarżenia cywilnego. No ale cóż, wymienione kraje są silnie zlaicyzowane i przykazania "kochaj bliźniego" i "nie sądźcie" nie są w nich tak intensywnie nauczane, jak to ma miejsce u nas.

03-06-2008 12:03 Głąbiński (830 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (557)
[Rozpocząłem nowy temat w dziale "Religie":] Miłość
W wątku o sektach pojawiło się (J. Szulc, muzawik) słowo "miłość", przy tym wymiana uwag wskazuje na różnicę pojmowania sensu tego słowa przez dyskutantów, a w konsekwencji wynika potrzeba zdefiniowania. Sądzę, że sprawa jest bardzo trudna.
I tak np. w podstawach chrystianizmu można dopatrzyć się przekonania o istnieniu miłości doskonałej, będącej cechą Boga, która na tym najwyższym stopniu abstrakcji (czy raczej mistycyzmu?) jest tożsama z istnieniem, pięknem, mądrością, wszechmocą i czym tam jeszcze, co stanowi istotę bóstwa. W tym ujęciu miłość ludzka jest bardzo ograniczoną, uproszczoną kopią tego ideału ("na wzór i podobieństwo"). Jest oczywiste, że ten opis nie definiuje miłości, na jego podstawie nie da się określić, co jest miłością, a jedynie można w niektórych przypadkach opisać co jest jej zaprzeczeniem.
Inny sposób - najczęściej stosowany - to określenie jako miłość instynktownych zachowań wynikających z genetycznie uwarunkowanego dążenia do przetrwania potomstwa (miłość matczyna, ojcowska, synowska itp.). Podobnie przedstawia się patriotyzm będący wyrazem instynktu społecznego (łączność ze stadem jako warunek przetrwania).
Jako trzecią próbę zdefiniowania miłości podam mającą podstawy racjonalne postawę wyrażoną powiedzeniem "nie czyń drugiemu. co tobie niemiło". Jest ta wyrozumowana zasada pobudowana zdolnością współczucia - wczuwania się w sytuację innej istoty (rozumianej bardzo ogólnie: znam przypadki odczuwania dyskomfortu psychicznego spowodowanego widokiem zepsutego = "cierpiącego" samochodu, czy nawet krzesła).
Spotykam również przekonanie, że miłość może wynikać z pragnienia uzyskania satysfakcji estetycznej, z dążenia do piękna.
Wydaje się, że wskazane cztery próby definicji słowa "miłość", współistnieją i że na tą wieloznaczność nie ma rady, a sam wątek chyba należało umieścić w dziale "Filozofia".

http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,139640/i,95 16-06-2008 19:13 Głąbiński (860 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (574) Odp: Na marginesie tekstu "Sędziowie".
[Miłosz:]
...tekst Marii Szyszkowskiej p.t Sędziowie. Tekst tekstem, ale to co się działo w komentarzach do niego trochę nadszarpnęło moją wiarę w możliwość istnienia enklawy racjonalności ...
[ja:]
Sądzę, że w dużej mierze zawiniła sama autorka opisując problem w oderwaniu od konkretów. Jedyne odwołanie do sytuacji rzeczywistej dotyczy enigmatycznej wzmianki o sędziach hitlerowskich. Doprowadziło to komentatorów do zupełnego pogubienia się. I tak któryś z nich np. wspomina, że pani S. uwalnia od odpowiedzialności sędziów hitlerowskich, co jako ogólne stwierdzenie nie ma sensu. Były bowiem przypadki orzekania zgodnego z prawem (nb. prawo obowiązujące w Niemczech hitlerowskich czy w państwach obozu socjalistycznego nie wyglądało najgorzej) i tych sędziów absolutnie nie można karać, a zdarzało się (nieistniejąca w przepisach, a zasądzona kara śmierci dla Polaka, który uderzył Niemca w twarz) inaczej. Z kolei np. gestapo zbrodnie popełniało bez sądu, na podstawie rozkazu. U nas wątpliwości budzą głównie te przypadki, gdy korzystano z zeznań wymuszonych lub z dowodów jawnie fałszywych (hitlerowcy naogół takich przedstawień nie urządzali, chyba że chodziło o skazanie obywateli niemieckich - np. procesy po zamachu na Hitlera w 1943 r.), a sędzia, prokurator i asystujący adwokaci tego "nie dostrzegali" (casus prokurator Woleńskiej i licznych oskarżanych obecnie sędziów z okresu stalinowskiego).
Wątpliwe jest też stwierdzenie przez kogoś, że wyroki tzw. procesu norymberskiego orzekano niezgodnie z prawem pozytywnym obowiązującym w III Rzeszy. Z takim zdaniem spotkałem się kilka razy. W każdym przypadku, gdy domagałem się konkretu, okazywało się, że delikwent nie wiedział, o co skazany był oskarżony.
Jeśli zaś chodzi o jedyną dopuszczalną formę niezgody sędziego na niesprawiedliwe prawo, jest nią rezygnacja z funkcji. Decydując się na ten krok sędzia naraża się na utratę pracy i ew. szykany ze strony władzy, a również na konflikt sumienia podobny do rozterki lekarza odmawiającego aborcji (w obu wypadkach sprawa może zostać powierzona partaczowi, który przez swoją niekompetencję spowoduje zło większe niż wynika to z okoliczności niezależnych od osoby sędziego/lekarza).

25-03-2009. Głąbiński. Życie jako wartość nadrzędna [założyłem nowy wątek]
Z dwuletnim opóźnieniem przeczytałem http://www.polityka.pl/archive/do/registry/secure/showArticle?id=3356634 http://www.polityka.pl/ciaza-z-marza/Lead33,1141,285859,18/ [med-mora.txt. -. Edyta Gietka. Pięć kropek]. Przeoczyłem we właściwym czasie tą informację i ew. związaną z tym tematem dyskusję na nin. forum, jednak niezależnie od tych okoliczności widzę konieczność wspólnego przeanalizowania, co o tym myśleć? Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: uważam, że te setki tysięcy złotych wydane na podtrzymanie życia pięciorga dzieci zostały zabrane tysiącom innych dzieci równie zasługującym na współczucie i pomoc. Czy jestem bezdusznym materialistą przeliczającym wartość życia na pieniądze?

2009-03-27 11:26. Głąbiński (1372 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (797) Odp: Życie jako wartość nadrzędna.
[Zawecki:]
... zachodnie szpitale zatrudniają specjalistów od "złych wieści", to tacy dedykowani psycho. Zatem nie musiałabyś prowadzić tych "strasznych" rozmów...
[ja:]
Ten fragment nasuwa mi uwagę: o ile zrozumiały jest lęk przed bólem i dążenie do jego zwalczenia, to przecież śmierć jest najbardziej oczywistym składnikiem natury i traktowanie jej jako szczególnego nieszczęścia niezależnego od straty, którą ew. ponosi społeczeństwo, wydaje się dewiacją, którą chyba trzeba leczyć, czy usuwać przez wychowanie. Przy tym chodzi mi o odczucia zarówno osoby umierającej, jak i otoczenia, które musi się pogodzić z tym, że trzeba będzie dotychczasowy przedmiot uczuć zastąpić innym. W tym drugim aspekcie, jako szczególny przypadek dewiacji uważam obserwowaną podobno wielekroć niemożność skierowania swoich uczuć do innej osoby, zastępowanie właściwego naturze człowieka emocjonalnego związku międzyosobowego jego atrapą w postaci nagrobka, czy jakiś "pamiątek". Podejrzewam, że te - jak je nazwałem - "dewiacje" są w sztuczny sposób generowane wpływem wytworzonego przez technikę środowiska, są szczególnym przykładem "choroby cywilizacyjnej". Z tego wynika, że wspomniana w zacytowanym zdaniu obecność psychologa jest leczeniem objawów, które nieudolnie próbuje zastąpić profilaktykę.

2009-05-12 19:53 Głąbiński (1540 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (884) Odp: Co daje forum? http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,207555/i,33#w208080
[Adamiak:]
...z Twoim postem -... życzliwego klimatu argumentacji, ...
[ja:]
Ten urywek nasuwa przykre refleksje. Życzliwość wyrażająca się w usiłowaniu zrozumienia motywów w ich pełnej złożoności powinna być - i to nie tylko na forum - normą w stosunkach między ludźmi. Zaprzeczeniem tego jest nastawienie, że każdego należy "na wszelki wypadek" traktować jako wroga, który przy każdej nadarzającej się okazji będzie usiłował mi szkodzić, lub przynajmniej okazać swą przewagę, wyższość. Podkreślenie pozytywnego nastawienia widocznego w moim postcie sugeruje, że postrzegasz to jako sytuację wyjątkową, godną podkreślenia. To byłoby przygnębiające tym bardziej, że mam ambicję, by takie podejście do innych było nie funkcją emocji, lecz stanem naturalnym, zgodnym zresztą z racjonalnym pojmowaniem świata - jak oddychanie. Staram się, by pisać po prostu to, co myślę, nie oglądając się na jakiekolwiek względy, czy ktoś mi wymyśla, czy prawi komplementy. Natomiast swoje myślenie próbuję uformować tak, by nie zawierało śmiecia nierozumnych pretensji, fobii, uprzedzeń itp. Jeśli to się powiedzie, pozytywne nastawienie do świata będzie niekontrolowanym odruchem, który nie zależy od życzliwości nie zasługującej w tej sytuacji na wzmiankę.

2009-05-13 14:41 Głąbiński (1550 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (888) Odp: Co daje forum? http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,207555/i,85#w208362
[ja:]
nikt nie ma prawa piętnować czyichkolwiek błędów lub braków
[belvedere (Aneta Dziwińska):]
Taka zasada może obowiązywać na prywatnych czatach lub na zamkniętych forach
[ja:]
Piętnowanie niegdyś polegało na wypaleniu złodziejowi trwałych znaków na twarzy i miało działać jako czynnik odstraszający od kradzieży. Poprawę moralną raczej utrudniało, gdyż skaza była niezmazywalna. Dziś znaczenie tego słowa zmieniło się, lecz tylko częściowo. Oznacza ono brak tłumaczenia pozwalającego piętnowanemu poprawienie błędnego przekonania, przy jednoczesnym publicznym ujawnieniu jego domniemanej winy. Cóż, można sobie wyobrażać, że ten sposób karania bywa skuteczny w stosunku do przestępcy jako bolesna "nauczka" (rodzaj tresury), dla innych jako przestroga przed konsekwencjami. Nie bawiąc się jednak w rozważania penitencjarne można jednak stwierdzić, że wszelkie karanie w żadnym wypadku nie może odbywać się na podstawie czyjejś prywatnej decyzji. Podstawowym postulatem naszej cywilizacji jest, że orzekać o winie i karze ma prawo tylko sąd. I nie stanowi różnicy, czy chodzi o karę więzienia, czy o piętnujące wskazanie kogoś jako "złego".
[belvedere (Aneta Dziwińska):]
... kto pisze głupoty, sam wystawia się na kopa.
[ja:]
Można się z tym zgodzić pod warunkiem, że "kop" oznacza (nieraz rzeczywiście boleśnie urażające własną dumę) wykazanie błędu, czego przy najbardziej rozszerzonym pojmowaniu tego słowa, nie można nazwać "piętnowanie".
[belvedere (Aneta Dziwińska):]
Zawsze się znajdzie coś, co kłóci się z moimi poglądami lub zasadami, a ja, w imię jakiegoś świętego spokoju, nie będę udawać, że tego nie widzę.
[ja:]
Tu ciebie nie rozumiem. Czy mogłabyś podać przykład z tego forum postępowania innym trybem? Czy chodzi ci o pozostawanie przy swoich poglądach? Przecież na tym forum post wyrażający przyznanie się do błędu jest rzadkością, co zresztą jest zrozumiałe, gdyż zmiana przekonań naogół wymaga wielokrotnego przemyślenia, jest procesem długotrwałym.
[belvedere (Aneta Dziwińska):]
... atakuje się człowieka, którego szanujesz. Stajesz w jego obronie, następnie zadawane jest Ci pytanie: "Po co tu przyszedłeś?", a następnie czytasz: "To troll, omijać."
[ja:]
Poszczególni forumowicze miewają tego rodzaju wyskoki, ale przecież jednego czy nawet kilku zapaleńców nie można traktować jako forum! Rozsądek nakazuje nieodpowiedzialne wybryki lekceważyć, najlepiej nie reagować.
[belvedere (Aneta Dziwińska):]
Albo piszesz tak, jak reszta, i dotyczy to treści i formy, albo będziesz mówił do obrazu.
[ja:]
Niestety tak bywa, ale czy to powód do zniechęcania się? Ja w to wątpię, a nie jestem w tym pierwszy, przecież powiedzenie o wołaniu na pustkowiu jest znane od tysiącleci!
[belvedere (Aneta Dziwińska):]
Ile pozostałoby z literatury, gdyby twórcy myśleli tak, jak Ty? Czy literat tworzy czy kalkuluje na ile jego dzieło zostanie zrozumiane?
[ja:]
Cała literatura jest przykładem na stosowanie konwencji, formy akceptowanej przez odbiorców. Widać to w pracach naukowych zawsze zaopatrzonych w objaśnienie wprowadzające, rozwinięcie tematu wg schematu przyjętego w środowisku autora i we wnioski końcowe. Pisarze przemawiający do szerokiej publiczności swoje myśli ubierali w formę wielowątkowego opisu zdarzeń, tak pomyślanego, by czytelnik zaciekawiony fabułą, nieznudzony, z zapałem przestudiował całość i w trakcie tego przekonał się do idei ukrytych tam przez autora. Nazwano to powieścią zaangażowaną, choć szczerze mówiąc, nawet byle ramota napisana lewą nogą przez mającego na względzie wyłącznie zysk kombinatora, też pozostawi w umyśle czytelnika jakiś ślad, też jest w coś "zaangażowana". Proust ten schemat odrzucił, jednak, choć nie tak oczywista, konwencja warunkująca odbiór idei nadal w beletrystyce istnieje. Przekazanie myśli bez dostosowania się do możliwości czytelnika jest niemożliwe.

2009-07-26 10:20 http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,233617/i,33#w234183 Głąbiński (1943 punktów) Pokaż wypowiedzi autora (1077) "Nasi bracia mniejsi"
[kanik:]
Jestem wędkarzem i faktycznie wielokrotnie zastanawiałem się nad kwestią etyki tego procederu. ... jest to proceder ohydny ...
[ja:]
Nie jestem pewien, czy kwestię współczucia można zaliczyć do etyki. W wypadku naszego stosunku do zwierząt, mamy do czynienia z przyjęciem założenia, że obowiązuje/nie obowiązuje nas solidarność pozagatunkowa? Przyjęcie założenia mającego konsekwencje w odczuwaniu winy, nie musi być etyczne/nieetyczne? Użycie słowa "ohydne" wskazuje nie tyle na moralność, co na estetykę, a to już inny zakres pojęć. W moim przekonaniu etyka, podobnie jak prawo, sprawiedliwość i inne podobne, nie jest absolutna, lecz jest systemem reguł wyprowadzonych z założeń przyjmowanych nie tyle dowolnie, ile pod wpływem okoliczności formowanych przez otoczenie takie, jakie jest w danym momencie historii, w konkretnym miejscu i środowisku, no i last not least - przez własne ja.
Inna jest sprawa, że jakiekolwiek przyjmiemy reguły postępowania, nie da się w momencie podjęcia decyzji o działaniu wyprowadzić jednoznacznych wniosków, zawsze możliwe jest powstanie wątpliwości. Racjonalne postępowanie - jak sądzę - polega na wypośrodkowaniu. Z jednej strony nie powinniśmy stępić swojej wrażliwości, z drugiej zaś nie można przesadzić w rozpamiętywaniu skrupułów.

http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,346920#w347018. Temat: Islam - TAK
17-07-2010 13:41 Głąbiński (2437 punktów). Pokaż wypowiedzi autora (1313)
[Paolo Monstro:]
... prawdziwy muzułamnin to człowiek dobry...
[ja:]
Liczne mam zastrzeżenia do tego zdania. Niejasny, bardzo podatny na manipulacje, jest sens słów "prawdziwy" i "dobry", nie będę jednak tego omawiał, gdyż częściowo uczynili to już inni, a przede wszystkim wyczerpanie tego wymagało by całej rozprawy. Natomiast muszę zwrócić uwagę na to, że konstrukcja zdania jest nadużyciem, właściwe jego brzmienie to: człowiek w zasadzie (z natury, nieobciążony wypaczającymi go oddziaływaniami) jest dobry. Zastąpienie słowa "człowiek" przez "muzułmanin" jest nadużyciem popełnionym dla nieuzasadnionego przypisywania religii tego, co posiadamy dzięki genom, a dodanie "prawdziwy" jest pozbawione sensu. To w zasadzie wszystko, jednak dla wyraźniejszego objaśnienia, o co mi chodzi muszę kilka zdań dodać.
W czasie okupacji i później, czytając wspomnienia i opisy faktów, przekonałem się, że hitlerowcy w większości byli to ludzie dobrzy, życzliwi dla tych, których oceniali jako nieuprzedzonych względem okupantów. Czemu więc ci "dobrzy Niemcy" tak nam dopiekli? wyjaśnia to zależność od otoczenia, które aczkolwiek pod względem formowania postępków zdarza się w nieograniczonej ilości odmian, rozpatrzę jedynie dwa krańcowe przypadki: gdy grupa (wyznaniowa, narodowa, polityczna itd.), do członkostwa w której poczuwa się dobry (pomijam osoby o psychice zdeformowanej przez wychowanie, fanatyzm itd.) człowiek, rządzi, oraz gdy podlega obcej władzy (ta druga sytuacja do 1945 roku była większości dobrych hitlerowców nieznana). Nie trzeba być znawcą historii, by zauważyć, że "dobry człowiek" w każdej z tych sytuacji postępuje inaczej. Konformizm, solidaryzm, autorytet przywódców sprawiają, że poza zdolnymi do samodzielnego myślenia jednostkami uczestnicy sfery uprzywilejowanej wykonują działania zalecane przez swoiście rozumiejących interes grupy liderów, zaś w ugrupowaniu stanowiącym margines społeczny, dla którego tolerancja jest kwestią bytu, uznanie znajdują względy humanitarne. Wierzenia lub ideologia mają tu pewien wpływ, jednak pamiętajmy, że człowiek (dobry, zły, lub pośredni) głoszone maksymy stosuje wybiórczo. Chrześcijanin, mahometanin, czy ateusz, gdy rzeczywiście a nie deklaratywnie, z pełną świadomością (ten warunek narzuca kwestionowanie autorytetów) za podstawę przyjmie miłość bliźniego czy spolegliwość, okaże się w działaniu "dobrym" w sensie pełniejszym niż potoczne rozumienie tego określenia. Nie doktryna więc decyduje, lecz indywidualny wybór i samokontrola.

http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,361252/i,43#w361771 2010-09-23 11:50 Głąbiński (2677 punktów) wypowiedzi 1440
[prof. Grabowska:]
Czy zauważyli Państwo, że seks jest bardziej potępiany niż zbrodnia zabójstwa?
[ja:]
Jest to w ograniczonej mierze uzasadnione przez obserwacje formowania się psychiki dziecka. Jest faktem, że łatwy dostęp do osiągania odczucia przyjemności, zwłaszcza silnej (rozkosz) powoduje osłabienie woli i deformuje zakres zainteresowań ograniczając je do zaspokajania tego, co popularnie nazywamy zachciankami. Oczywiście z tego doświadczenia wynika potępienie nie tyle edukacji seksualnej dokonywanej za pośrednictwem filmu, prozy itp., lecz potępienie udostępniania małolatom korzystania z prostytucji (a także z alkoholu i innych podniet). Pozostaje dość trudna do ścisłego ujęcia sytuacja pośrednia między wstrzemięźliwością a burdelem. Gdy Romeo i Julia zamiast przeżywać swoje młodzieńcze uniesienia idą po prostu razem do łóżka, też mamy łatwiznę pozbawiającą ich ważnego etapu kształtowania się zdolności do dorosłego, odpowiedzialnego życia we współczesnej rodzinie, której warunki cywilizacyjne stawiają znacznie wyższe wymagania moralne, niż było to w społeczeństwie pierwotnym. Otóż widoczne w niektórych utworach uproszczenie seksu do czystej fizjologii niekiedy może formować cynizm. Ze swojego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że oddziaływanie filmów i pism jest znikomo małe w porównaniu z tzw. "edukacją podwórkową", która - zwłaszcza, gdy rodzice i szkoła odmawiają młodzieży prawa do poznania swoich intymnych potrzeb - skutkuje fatalnie.
Oczywiście to, co napisałem dotyczy pytania zacytowanego na wstępie, natomiast z jakąkolwiek krytyką omawianych filmów nie ma nic wspólnego. W tej sprawie - sądzę - mamy do czynienia z rozpowszechnionym przekonaniem, że elementy "prawdziwej" religii muszą być uznawane przez wszystkich, nie tylko przez wiernych. W islamie wyraża się to w uśmiercaniu "bluźnierców", chrześcijanie na razie poprzestają na bardziej cywilizowanych formach nacisku.

http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,437144/i,8#w437684 24-07-2011 18:18 Głąbiński (3091 punktów)
[Ironhide:]
Nie wiedziałem, że nie mam obowiązku zawiadomienia organów ścigania o znanym mi przypadku molestowania, czy gwałtu.
[ja:]
W dalszym ciągu zacytowanego urywka posta okazuje się, że chodzi o przypadek, gdy wiedzę o zaistnieniu przestępstwa uzyskano w wyniku zrelacjonowania tego faktu przez przestępcę osobie, której ów przestępca ufa co do zachowania tajemnicy. Wiadomo, że istnienie takich osób w społeczeństwie jest zjawiskiem b. cennym, że ich gotowość do przyjęcia zwierzeń z zachowaniem absolutnej dyskrecji (spowiedź, telefon zaufania, adwokat i przypadki nieinstytucjonalne) wielokrotnie zapobiegały i zapobiegają nieszczęściom dużo poważniejszym niż ew. uniknięcie kary przez winowajcę. Pamiętajmy o tym, że kara sama w sobie ma wartość minimalną (wątpliwa "satysfakcja" poszkodowanych osób), chodzi w pierwszym rzędzie o zapobieżenie podobnym wypadkom w przyszłości, a w dalszej kolejności o resocjalizację przestępcy i ew. o wyrównanie szkód materialnych, a winowajca zmuszony do zwierzenia się na ogół bywa podatnym na podjęcie usiłowania naprawy wyrządzonego zła. Zarazem zdajemy sobie sprawę, że wspomniana osoba lub instytucja dysponująca kredytem zaufania traci ten swój atrybut, gdy raz jeden nie dopełni warunku tajemnicy.

Stach Głąbiński 15 kwietnia 2012 12:30 Autor krakauer: "Kaczor pogryzł kaczkę a Wolność i Prawda" http://obserwatorpolityczny.pl/kaczor-pogryzl-kaczke-a-wolnosc-i-prawda/#comment-1525
O ile porównanie cytowanego przemówienia Lecha K. z aktualnymi wypowiedziami Jarosław K. jest 100% słuszne, to pozytywną ocenę tego pierwszego expose uważam za przesadzoną. Chodzi o twierdzenia „Katyń i kłamstwo katyńskie … na długie dziesięciolecia zatruły relacje między Polakami i Rosjanami” oraz „Kłamstwo dzieli ludzi i narody”, które po prostu są nieprawdziwe. Po pierwsze nie sądzę, by „sprawa katyńska” interesowała gros naszych rodaków w stopniu usprawiedliwiającym twierdzenie o „zatruciu relacji”. Wg moich wiadomości tego rodzaju nastawienie dotyczy max. 1% Polaków. Pozostali albo w ogóle żadnych fobii nie przeżywają, albo swoje pretensje kierują głównie do ukraińskich banderowców, nacjonalistów litewskich, Niemców i kogoś tam jeszcze. A już wzmianka o „długich dziesięcioleciach” to zupełna fantazja. Z kolei drugi fragment nie ma potwierdznia w historii zarówno Polski jak i innych narodów. Jeśli tak samo jak w odniesieniu do zbrodni katyńskiej, za którą przecież Rosja wyraziła swoją skruchę, „prawdę” traktowały by takie kraje jak uciemiężone przez Anglików Irlandia, Szkocja i Indie, jak Ameryka Łacińska względem USA, Ukraina do Polski etc. etc., to cały świat utonąłby we wzajemnych pretensjach i animozjach. LK po prostu bredził! Pamięć o historii jest potrzebna, lecz nie może ona mącić teraźniejszości a tym bardziej spraw przyszłych.

http://studioopinii.pl/artykul/7936-tadeusz-mazowiecki-sad-nad-gruba-kreska#comment-7037
Stach Głąbiński pisze: 21 kwietnia 2012 o 14:51
W swoich niezaprzeczalnie słusznych wyjaśnieniach TM pominął trzy przemawiające za kreską argumenty, które należało uwzględnić:
Po pierwsze — winę osądzić można jedynie wówczas, gdy mamy pewność, iż nastąpiło świadome działanie na szkodę. Należy przy tym uwzględnić ew. wymuszające tego rodzaju postępowanie okoliczności, które mogą zmniejszyć odpowiedzialność, a w krańcowym przypadku nawet zastąpić ją uznaniem zasługi.
Po drugie — przy rozliczaniu przeszłości należy pamiętać nie tylko o złym, lecz także o dobru, którego PRL zrealizowało wiele.
Po trzecie — ci z nas (a wśród wrogów kreski dotyczy to większości), którzy twierdzą, iż są chrześcijanami, mają z tego tytułu specjalne zobowiązania.
I jeszcze uwaga luźno związana z tematem. W naszej cywilizacji obowiązuje zasada wzięta z tzw. prawa rzymskiego: „nulla poena sine lege“ (cyt. z pamięci). Otóż jedyne znane mi organizacje uznające donosicielstwo za przestępstwo są to IPN i mafia.

Stach Głąbiński http://obserwatorpolityczny.pl/?p=9170 2 kwietnia 2013 05:11
Krakauer napisał: „Nigdy nie wybaczymy im tego że nas mordowali, ale musimy z nimi żyć.” Ponieważ podejrzewam, że liczba mnoga w słowie „wybaczymy” nie jest to pluralis maiestatis, zastrzegam, że ja do tych niewybaczających „my” nie należę. Przypuszczam, że Sokrates i Zdziwiony – podobnie, a Lexx, co to za jeden, Polak, czy Niemiec, trudno wywnioskować. Z kolei wracając do sklasyfikowania mojej osoby pod względem wybaczania: nie zaliczyłbym siebie ani do wybaczających ani do niewybaczających. Jest mi to po prostu obojętne, całą IIWŚ traktuję jako fakt historyczny, a emocji z nią związanych nie odczuwam inaczej niż współczucie i oburzenie towarzyszące lekturze nt. okrucieństw Assyryjczyków, Timura Kulawego, czy eksterminacji Indian dokonanej w Ameryce. Historia winna być zbiorem doświadczeń, a nie resentymentów.

http://blog.wirtualnemedia.pl/andrzejbober/post/historia-polski-wedlug-anne-applebaum#comment-69755
Należy pamiętać o tym, że są ważniejsze zobowiązania wobec ludzi (w tym wypadku szczególnie wobec Polaków) niż zdrada polegająca na niedotrzymaniu litery zawartego porozumienia. Przecież do końca istniała możliwość tego, że nieobliczalny Stalin sprzymierzy się z Hitlerem, za co zapłacilibyśmy cenę przekraczającą wszystko, co nas spotkało i mogło nas spotkać. Zarazem wspomnijmy, że zachodnie mocarstwa w przeszłości popełniły podobną „zdradę”, którą aprobujemy. Przecież w 1918 roku wbrew zobowiązaniom sojuszniczym uznano niepodległość Polski łamiąc zoowiązania względem sojuszniczej Rosji. Nie jest etycznym uznanie podobnego postępowania nazwać lub nie nazwać zdradą zależnie od tego, czy dało nam korzyść, czy stratę.
Stach Głąbiński, 21 października 2013 o 12:19

Gość: Stach Głąbiński2013-11-01 13:37. Komentarz do:
Paweł Rzewuski. Moskiewskie początki ONZ. http://histmag.org/Moskiewskie-poczatki-ONZ-8618#comment
Jeżeli Autor ma ambicję, by stać się rzetelnym badaczem i interpretatorem przeszłych zdarzeń, winien wystrzegać się wyrokowania o tym, co czują i myślą aktorzy historii. Któż może wiedzieć, czy np. Mołotow był cynicznym grczem, czy uwiedzionym i zastraszonym exobrońcą ludu? Już na obecnym etapie widać, że takie osądzające podejście powoduje błędy. Nie było bowiem możliwe podpisanie zasad porozumienia w Berlinie. I to bynajmniej nie z tego powodu, żeby Ribbentrop stał moralnie niżej niż Mołotow, lecz ze względu, na różnicę ideowych założeń hitleryzmu i stalinizmu. Nie jest bowiem prawdą, ze zakłamanie przywódców zdolne jest całkowicie przekreslić wpływ humanitarnych fundamentów (lub ich braku) ustroju. Podobnie zresztą fałszywe jest twierdzenie, że mankamenty moralne założycieli ONZ odpowiadają za wady ONZ, których źródła są przecież dobrze znane.

Powrót do spisu tematów



REFLEKSJE PO SPOTKANIU Z TADEUSZEM MAZOWIECKIM[II 2013 r.]

Spotkanie odbyło się 11 XII 2012 r. pt. "XV odsłona Salonu Młodopolskiego im. Arkadiusza Rybickiego pt. Polska po 1989 roku, na kanwie najnowszej książki Tadeusza Mazowieckiego pt. Rok 1989 i lata następne". Niestety niedawno wydanej książki, której treść ma stanowić kanwę spotkania, nie znam. Ze zrozumiałych względów przeczytałem jedynie krótką recenzję na stronie wydawnictwa, jednak nawet tak skromna wiedza pozwala mi z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że końcowe wnioski tego dzieła sprowadzają się do zalewającego naszą publicystykę bezproduktywnego biadolenia nad obecnym stanem polskiego zarówno społeczeństwa i państwa.
[Wyjaśnienie: Mam na myśli liczne, pozbawione przekonującej refleksji nt. przyczyn, wzmianki o podatności ludzi na demagogię, niezachowaniu nauk JP II, zaprzepaszczeniu ideałów "Solidarności", panoszeniu się "partyjniactwa", powszechnej bezideowości oraz postawy konsumpcyjnej itp.]

Nie da się zaprzeczyć temu, że mentalny stan obywateli naszego kraju przedstawia się źle, zarazem nie jest on zjawiskiem niemożliwym do zbadania racjonalnego, a także umożliwiającego wskazanie środków naprawy. Jednak do rozpoznania przyczyn nie wystarczy poprzestać na zanotowaniu swoich obserwacji i wynikających z nich odczuć. Konieczne jest przeprowadzenie analizy faktów. Próbę takiego postępowania przedstawię na przykładzie wydarzenia stanowiącego w miarę odpowiedni materiał do dyskusji, gdyż odbyło się ono zarówno z udziałem TM, który oficjalnie zastępował tam patronującego imprezie (np. wspomniany patronat pre prezydenta RP jak i z moim uczestnictwem.

Mianowicie w dniach 19 i 20 września 2012 roku odbył się w Warszawie zjazd osób społecznie zaangażowanych, pod nazwą "Rzeczpospolita lokalna 2020". Cel tego przedsięwzięcia w skrócie można przedstawić jako pobudzenie i wykorzystanie dla dobra kraju kreatywności działaczy z możliwie licznych lokalnych społeczności w całej Polsce, którzy na miejscu otrzymali sposobność nawiązania kontaktów, wymiany doświadczeń i wskazania tematów dla wspólnego opracowania zarówno w skali gminy, miasta, regionu czy całego kraju. Zgodnie z objaśnieniem na własnej witrynie zamierzenie nie ograniczało się do wskazanych dwu dni, lecz miało być kontynuowane w formie kontaktów e-mail i relacji publikowanych w Internecie na łamach wspomnianej witryny. W szerszej perspektywie - jak dowiedziałem się w trakcie obrad - zjazd był powtórzeniem podobnej imprezy (imprez) z poprzednich lat i ma być w przyszłych latach ponawiany.

Zjazd odbył się z wielkim zadęciem (np. wspomniany patronat prezydenta Komorowskiego) i kosztem, uświetniony obecnością z wygłoszonymi pięknymi przemowami prominentnych osób, założono specjalną witrynę internetową http://rzeczpospolitalokalna.roefs.pl), po czym wszyscy rozjechali się do swoich domostw, sporządzono listę zgłoszonych propozycji ... i na tym sprawę - mimo zapowiedzi dalszych działań w zespole kilkuset uczestników - zakończono. Ponieważ organizatorzy utajniają informacje o korespondencji, nie wiem, czy inni obecni na zjeździe okazali wolę dalszej współpracy. Nie mniej jest faktem, że moje propozycje nie tylko nie zostały przyjęte przez organizatorów, lecz również nie został podany do ogólnej wiadomości nawet sam fakt ich zgłoszenia. A co więcej, nikt ze wspomnianych prominentnych osób łącznie z TM, nie zainteresował się dalszym losem dzieła, które swoją osobą i górnolotnymi słowami firmował, zaś moje prośby o interwencję nie tylko zostały zignorowane, lecz nawet nie otrzymałem zdawkowego potwierdzenia odbioru.

Całe to zdarzenie dowodzi wyobcowania się elity urzędniczej. Ludzie sprawujący władzę w sposób wyzywający lekceważą obywateli, czy nawet okazują pogardę. Wyraża się to w czysto formalnym uczestnictwie w zespołach obejmujących ludzi spoza sfery uprzywilejowanej i w nieliczeniu się z opinią osób niżej usytuowanych na darbinie hierarchii urzędowej. "Rzeczpospolita lokalna 2020" została potraktowana jako fasada udająca działalność społeczną, a zakrywająca rzeczywisty brak uznania dla demokratyzmu i samorządności. Tu przypomnę, że biorący udział np. w spotkaniu o określonym programie, obojętne czy zajmują miejsca na sali czy przy stole prezydialnym, moralnie zobowiązują się (zwłaszcza, jeśli wynika to choćby pośrednio z wygłoszonej przez siebie deklaracji) do działania na rzecz realizacji założeń, a "niedostrzeganie" np. listu czy e-mailu osoby spoza kręgu władzy jest oczywistym dowodem braku kultury oraz powodem wspomnianego wyobcowania się władzy.

Tak więc przedstawia się zapowiedziana w 2-gi akapicie analiza konkretnego zdarzenia. Wnioski wydają się tak oczywiste, że pozwolę sobie je pominąć. Dalej załączam uzupełniające opis kopie listów e-mail.


        Od: stachgla@gmail.com
        Do: izabela.grabowska@cpe.gov.pl
        Temat: Rzeczpospolita Lokalna 2020
        Data: 25 września 2012 20:48
List do Pani piszę zgodnie z tym, co uzgodniliśmy w trakcie naszej krótkiej rozmowy na zakończenie konferencji 20 b. m., swój udział w której krótko objaśniłem na stronie http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty/pozklub2.html#1. Przejrzenie po raz kolejny zawartości witryn internetowych C.A.L., ngo.pl, "Kapitał ludzki" i "Decydujmy razem", oraz podparte relacją Rafała Gębury (Burza mózgów lokalnych liderów http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/802404.html) przypomnienie przebiegu dwudniowej konferencji utwierdzają mnie w przekonaniu o braku rzeczywistego udziału uczestników spotkania w uporządkowaniu wniosków warsztatowych i tworzeniu programów działania. Na przykład, jak zapisał RG "Postulatów było więcej. Zdaniem Henryka Wujca, doradcy Prezydenta RP ds. społecznych, który uczestniczył w obradach - za dużo. - Część postulatów to nowe propozycje, część to pomysły sprzed lat. To wszystko wymaga uporządkowania". Niepokoi w tym urywku brak choćby zarysu koncepcji tego "porządkowania" - jak ono zostanie zorganizowane? R. G. zapisał wprawdzie iż "Organizatorzy zapewnili, że dwudniowa konferencja nie była jednorazowym wydarzeniem, a jej kontynuacja nastąpi już wkrótce", jednak z tego zdania wynika raczej przewidywanie kolejnego zjazdu nie będącego de facto kontynuacją, lecz rozpoczynającego od nowa jakąś akcję. Obawiam się, że "porządkowanie", podobnie jak we wszystkich znanych mi przypadkach, odbędzie się w bardzo szczupłym zamkniętym gronie nastawionym raczej na zaliczenie sobie w trybie urzędowym jakiegoś sukcesu, bez udziału większości uczestników, bez niezbędnego sceptycyzmu, a o całym wydarzeniu po kilku miesiącach nikt nie będzie pamiętał. Przecież i nasza konferencja, jak dowiedziałem się w rozmowach kuluarowych, była kolejną podobną, co jednak ani w programie, ani w wygłoszonych przemówieniach, ani w relacji R. G. nie zostało nawet wzmiankowane.
Nieco optymizmu w tej sprawie udzieliło mi zapewnienie, które usłyszałem od Pani, że wszyscy uczestnicy konferencji otrzymają od organizatorów jakieś listy e-mail, niezrozumiałe jest jednak, dlaczego sprawa tego podtrzymywania kontaktów nawiązanych w trakcie spotkania nie została oficjalnie zapowiedziana na sesji ogólnej. Znam bowiem rodaków i ich niechęć do wypowiadania się pisemnego, oraz brak zrozumienia istoty i sensu pracy zespołowej i wiem, że poczucie wspólnej odpowiedzialności za działanie, aby po chwilowym wybuchu entuzjazmu nie wygasło, należy systematycznie umacniać nadając mu przemawiającą do wyobraźni formę organizacyjną.
Sądzę więc, że w obiecywanym e-mail'u należy przedstawić wszystkim to, co niestety zostało zaniedbane w wystąpieniach na konferencji, że udział w spotkaniu zobowiązuje do kontynuowania pracy, co Internet bardzo ułatwia i upraszcza. Że powinniśmy się wszyscy poczuwać do odpowiedzialności przypominającej tak ważny w budownictwie nadzór autorski nad realizacją projektu, co zresztą nie wymaga znacznego czasu ani wysiłku. Po prostu każdy, nawet jeśli jego udział w autorstwie ograniczył się do biernego potakiwania, winien śledzić losy swoich oraz - w miarę możności - także wybranych cudzych postulatów i ew. swe zastrzeżenia lub nowe propozycje przekazywać innym.
Nie mając przekonania co do tego, czy moje pisanie nie trafi do przysłowiowego Berdyczowa, nie piszę o szczegółach zorganizowania pracy tak licznego zespołu z przesadą nazwanego przez R. G. "burzą mózgów". Na to będzie czas, gdy - być może - okaże się, że za Pani mglistymi obietnicami istnieje coś więcej niż pobożne życzenia i dobre chęci.
Stach Głąbiński. Gdańsk 2012-09-25

        Od: Izabela.Grabowska@cpe.gov.pl
        Do: stachgla@gmail.com
        Temat: RE: Rzeczpospolita Lokalna 2020
        Data: 26 września 2012 12:20
Witam, Do piątku 28/09 wyjdzie do wszystkich uczestników e-mail poruszający kwestie, o których Pan pisze. Będzie utworzony Sekretariat, na adres którego będzie można wysyłać komentarze, o których tez będziemy informować. W mailu opiszemy szczegóły, które jeszcze ustalamy. Jako materiał wstępny wyślemy postulaty w formie opracowanej na konferencji. Dziękując za uczestnictwo pozdrawiam
Izabela Grabowska Naczelnik Krajowego Ośrodka Europejskiego Funduszu Społecznego Centrum Projektów Europejskich ul. Domaniewska 39 A 02-672 Warszawa

        Od: stachgla@gmail.com
        Do: Izabela.Grabowska@cpe.gov.pl
        Temat: Re: Rzeczpospolita Lokalna 2020
        Data: 26 września 2012 14:06
Dziękuję za odpowiedź i zarazem proszę o przyjęcie kilku sugestii. Wspomniany Sekretariat, by spełniać rolę integrującą i aktywującą winien w możliwie dużym stopniu opierać się na ochotniczej, niepłatnej pracy osób rozliczanych z wykonywanych czynności i dyscyplinowanych, a zarazem nieodczuwających dyskryminacji w stosunku do zatrudnionych urzędowo. Oczywiście mowa jest o pracy zdalnej wykonywanej za pośrednictwem Internetu. Jako ważny czynnik integrujący i zapewniający łączność z całym środowiskiem powinna być wykorzystana witryna internetowa. Stanowiłaby ona zarazem "pokój" Sekretariatu, w której osoba współpracująca mogłaby mieć swoje "biurko" zapewniające poczucie kontaktu osobistego i umożliwiające jawność działania ważną jako czynnik integrujący w bardzo szerokim zakresie. Wyobrażam sobie, że zgłaszający się do współpracy (obojętne urzędnik, czy wolontariusz) winien zadeklarować wg swoich możliwości zobowiązanie co do czasu pracy (np. w każdy piątek godz. 20 - 21) i w tym zakresie powinien następnie podlegać dyscyplinie. Oczywiście kwestia, na czym ma polegać urzędowanie przy biurku zależy od wielu czynników i tu możliwości jest ilość nieograniczona tak, że omawianie tego przekracza pojemność krótkiego listu. W każdym bądź razie konieczne jest ustanowienie osoby operującej programem html, która odpowiada za to, by rezultaty pracy Sekretariatu były widoczne na właściwych stronach witryny (obsługa techniczna witryny). Zaznaczam przy tym, że jest to funkcja o minimalnych wymaganiach zarówno co do czasu jak i co do kwalifikacji (obsługuję w tym zakresie dwie witryny, więc wiem to z praktyki).
Stach Głąbiński

        Od: stachgla@gmail.com
        Do: rzeczpospolitalokalna@roefs.pl
        DW: izabela.grabowska@cpe.gov.pl
        Temat: Komentarz do postulatu
        Data: 1 października 2012 16:34

Dotyczy postulatu z grupy ZP - "Należy umożliwić wymianę elit w samorządzie. Trzeba wprowadzić dwukadencyjność. Niezbędna jest zmiana ustawy o samorządzie."
Postulat ograniczenia czasu pełnienia funkcji można realizować albo jako nakaz obciążony karami za jego niewykonanie, albo jako zalecenie moralnie obligujące wójta, burmistrza czy prezydenta miasta, jako że tych stanowisk głównie dotyczy sprawa. Mimo, że nie jest wykluczone propagowanie obu sposobów równolegle, zalecam rozwiązanie wolne od administracyjnego przymusu. Zarówno chodzi przy tym o znane mi zastrzeżenia wysunięte podczas dyskusji nad tą propozycją w grupie warsztatowej gminy Zakliczyn, jak i o uniknięcie mechanicznie stosowanych reguł przy jednoczesnym zapobieżeniu wpadaniu urzędów w rutynę. Ważnym argumentem za dokonywaniem zmian jest znana prawda (istotna np. w czasie operacji wojennych), że przywódca, który nie potrafi wychować sobie zastępców, z których każdemu może z pełnym zaufaniem powierzyć kontynuowania rozpoczętych prac, źle pełni swoją funkcję. Wymiana szefa powinna sprzyjać nowatorstwu, zapobiegać rutynie, zarazem jednak bez powodowania strat i nieporozumień na niższych szczeblach władzy.
Zarazem muszę wskazać grożącą nieporozumieniami niekonsekwencję widoczną w informacjach dostarczanych nam przez osoby nadzorujące działalność RL. Napisano np. w e-mailu, że "O wszelkich kwestiach będziemy Państwa na bieżąco informować głównie za pośrednictwem strony Rzeczpospolitej Lokalnej, ale także i korespondencji mailowej", gdy zarazem ani w liście elektronicznym, ani na witrynie internetowej nie ma śladu takiego działania poza opublikowaniem listy tematów, co do której także zresztą mam sporo uwag (np. brak informacji dotyczących autorstwa). Szczególnie chodzi w tym o przedstawianie do dyskusji otrzymywanej przez RL korespondencji. Biorąc bowiem pod uwagę, że listy są podstawową formą wpływającą na tworzenie się świadomej wspólnoty działania, należało po wspomnianym zdaniu dodać uwagę, albo że "dotychczas niestety żadnych listów od uczestników spotkania nie otrzymaliśmy", albo - zgodnie z prawdą - napisać parę słów o przysłanych przeze mnie (i być może jeszcze przez kogoś?) e-mailach (choćby: "przepraszam, ale nie mam czasu przeczytać"). Takie zupełne (poza nie mogącą nadrobić ten brak wspomnianą listą) pominięcie "wszelkich kwestii" zostało z pewnością odebrane jako oznakę przystosowania się RL do powszechnej niestety praktyki głoszenia pięknych zamierzeń (młodzież nazywa to mowa-trawa) bez zamiaru traktowania ich poważnie i przyzwyczajonych do takiej praktyki zniechęca do angażowania się w jakiejkolwiek formie.
Stach Głąbiński

        Od: Rzeczpospolitalokalna
        Do: StachG
        Wysłano: 2 października 2012 09:38
        Temat: Re: Komentarz do postulatu
Szanowny Panie, Dziękujemy za przesłane uwagi. Zgodnie z treścią naszej dotychczasowej korespondencji, do 15 października br. zbieramy uwagi, które po tym terminie zostaną umieszczone na stronach internetowych poświęconych wydarzeniu RL 2020.
Z poważaniem, Zespół Krajowego Ośrodka EFS

        Od: stachgla@gmail.com
        Do: "Rzeczpospolitalokalna" rzeczpospolitalokalna@roefs.pl
        Temat: Re: Komentarz do postulatu
        Data: 3 października 2012 15:05
Jestem bardzo zaniepokojony o realizację celów założonych dla RL 2020 ze względu na kilka faktów nasuwających obawę o możliwość wypaczenia społecznej treści przedsięwzięcia. Otóż z treści adresowanego wyłącznie do mnie e-mail wynika jednoznacznie, że zarządzający, wbrew zapewnieniu, że "Informacja o komentarzach, które wpłyną będzie Państwu przekazana, ... O wszelkich kwestiach będziemy Państwa na bieżąco informować głównie za pośrednictwem strony Rzeczpospolitej Lokalnej, ale także i korespondencji mailowej" (z treści apelu nazwanego podziękowaniem wg http://www.rzeczpospolitalokalna.org/index.php/o-wydarzeniu/podziekowanie), nie będą udzielali ogółowi uczestników informacji o postępie prac nad uporządkowaniem i rozwinięciem zaproponowanych w trakcie konferencji postulatów i projektów, że nie będziemy powiadamiani nawet o treści "komentarzy, które wpłyną". To odstępstwo od zadeklarowanych zasad postępowania, wynikające z treści e-mailu, a potwierdzone przez faktyczny brak - zarówno na witrynie internetowej, jak i w korespondencji - zapowiedzianego informowania, sprawia, że obiecywany raport, a także ew. dalsze efekty będą dziełem wyłącznie kilku osób. Przecież jedyne przekazane ogółowi zainteresowanych teksty, którym można (jednak z trudnością) przypisać przynależność do "wszelkich kwestii" to od ponad dwu tygodni nieaktualne zawiadomienie o możliwości udziału w zapowiedzianej konferencji, wspomniany apel, oraz załączone do listu rozesłanego przez e-mail przypomnienie zgłoszonych na konferencji tematów. Obawiam się więc, że naiwni uczestnicy RL 2020 zamiast rzeczywistego udziału w pracach, będą mieli złudne "poczucie wspólnej pracy nad raportem". W każdym bądź razie wobec mnie próba wmówienia takiego "poczucia" będzie nieskuteczna.
Z tego wszystkiego wnioskuję, że osoby urzędujące w centrum decyzyjnym mają niebezpieczną skłonność do składania nieprzemyślanych obietnic, których potem nie potrafią wypełnić, a zarazem - co stanowi problem ogólnopolski - nie radzą sobie z organizowaniem pracy w zespole większym niż kilka osób na dodatek zasiadających nos w nos przy jednym stole. Oczywiście, że obecnie, gdy zaniedbano założenia zrębów takiej wspólnoty działania podczas ogólnego spotkania, sprawa jest utrudniona, nie mniej można sporo uzyskać pod warunkiem jednak wykonywania na bieżąco obejmującej wszystkich wymiany informacji przez e-mail i z wykorzystaniem witryny internetowej. Nie sądzę, by możliwe było osiągnąć efekt zasługujący na określenie "burza mózgów", jednak zorganizowanie w skromnych wymiarach zdalnie wykonywanej nieustającej pracy zespołowej uważam za realne i to przy niewielkim nakładzie pracy.

Stach Głąbiński

        Od: stachgla@gmail.com
        Do: biuroposelskie@piotrzgorzelski.pl; piechota@piechota.info.pl; biuro@MieczyslawAugustyn.pl; sekretariatBM@mrr.gov.pl; listy@prezydent.pl; kontakt@premiermazowiecki.pl
        DW: izabela.grabowska@cpe.gov.pl; rzeczpospolitalokalna@roefs.pl
        Temat: Rzeczpospolita lokalna 2020
[powrót]
        Data: 26 stycznia 2013 19:10
19 i 20 września 2012 roku odbył się ze współudziałem PT Adresatów w Warszawie zjazd osób społecznie zaangażowanych, pod nazwą "Rzeczpospolita lokalna 2020" dokładniej objaśniony na stronie http://rzeczpospolitalokalna.roefs.pl/konferencja/rzeczpospolita-lokalna-2020-sejm-spolecznikow-bojowniko/opis/k. Cel tego przedsięwzięcia w skrócie można przedstawić jako pobudzenie i wykorzystanie dla dobra kraju aktywności działaczy możliwie licznych lokalnych społeczności w całej Polsce, którzy na miejscu otrzymali sposobność nawiązania kontaktów, wymiany doświadczeń i wskazania tematów dla wspólnego opracowania zarówno w skali gminy, miasta, regionu czy całego kraju. Zamierzenie nie ograniczało się do wskazanych dwu dni, lecz miało być kontynuowane w formie kontaktów e-mail i relacji publikowanych w Internecie na łamach wspomnianej witryny. W szerszej perspektywie - jak dowiedziałem się w trakcie obrad - zjazd był powtórzeniem podobnej imprezy (ew. posobnych imprez) z poprzednich lat i ma być w przyszłych latach ponawiany.
Niestety po zakończeniu zjazdu nie widzę żadnych oznak obiecanej kontynuacji: poza komunikatem z 28 IX (spis postulatów i zaproszenie do dyskusji) nie otrzymuję wiadomości, na wspomnianej witrynie ostatni zapis wykonano 24 września u. r., a na przesłane przez e-mail uwagi i pytania otrzymałem 26 IX jedynie ogólnikowe zapewnienia i obietnice. Wobec tak wyraźnych oznak zaniechania działalności organizatorów zjazdu apeluję do osób, które swoim autorytetem i wiedzą wsparły obrady, by wykorzystując posiadane możliwości podjęły działania zapobiegające zmarnowaniu wykonanej pracy i wyłożonych kosztów.
Stanisław Głąbiński http://stachglabinski.pomorskie.pl

List został przez wszystkich adresatów zlekceważony (brak jakiejkolwiek reakcji). Wiosną 2013 witryna internetowa "Rzeczpospolita lokalna 2020" została zlikwidowana, a jedyny ślad po konferencji stanowi kopia raportu na jednej ze stron ROEFS. Identycznie została potraktowana, zorganizowana 2015-03-12 przez Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Radę Działalności Pożytku Publicznego, konferencja na temat roli sektora non-profit w świadczeniu usług społecznych użyteczności publicznej.

Powrót do spisu tematów