Powrót na str. główną



SPOSTRZEŻENIE FUKUYAMY [I 2015 r.]
Tekst ten rozesłałem przez e-mail 2015-01-04

Otrzymałem list zawiadamiający o dostępnej w Internecie interesującej wypowiedzi Franciszka Fukuyama. Za wiadomość jestem nadawczyni bardzo wdzięczny, co chcę wyrazić przedstawiając zarazem swoje uwagi, które powstają w wyniku pobudzenia wyobraźni przez poruszające zdarzenie. W tym wypadku chodzi o przekonanie, iż treść omawianego wywiadu zdradza istnienie błędu i to nie tylko popełnionego przez Autora, lecz również, pośrednio nasuwa przypomnienie potrzeby refleksji nad stanem lewicy. W szczególności mam na myśli lewicę przyznającą się do marksizmu.

Otóż Fukuyama otwarcie przyznaje się do przekonania, iż bieg dziejów nie podlega żadnym poznawalnym prawom pozwalającym przewidywać przyszłe wypadki i skutecznie modyfikować ich szczegóły wg zasady maksimum korzyści przy minimum strat. Marksizm, jak wiadomo zajmuje stanowisko przeciwstawne. Prawa rządzące rozwojem społeczeństwa są poznawalne (materializm), a jedynie skomplikowane zależności tych praw od warunków bazowych i splątanie ich z kształtem nadbudowy (dialektyka) sprawiają, że zdobycie wiedzy o tych regułach jest zadaniem trudnym i - ze względu na zmienność warunków w czasie - wymagającym nieustannego powtarzania, aktualizacji.

Zauważmy krótką wzmiankę we wprowadzeniu do omawianego wywiadu. Chodzi o słowa "... był Marks. Zdaniem Fukuyamy na tym jednak koniec ...", w których zawarto przekonanie FF o wartości i znaczeniu marksizmu, zamykając je jednak w czasie przeszłym. Dlaczego człowiek, którego inteligencja ujawniła się w tym, że mimo wyznawanego agnostycyzmu w kwestiach społecznych zdolny jest docenić wartość sprzecznej z uznawanymi przezeń poglądami metody badania, widzi wartość marksizmu w przeszłości, a nie dostrzega tego współcześnie? Czy zawiodła go ta inteligencja, czy rzeczywiście współczesny marksizm utracił dawniej posiadane walory? Twierdzę, że ani jedno, ani drugie, lecz po prostu wszyscy ci, którzy obecnie deklarują się jako marksiści, marksistami są jedynie z nazwy, co sprawia, iż postronny a prawidłowo rozumujący obserwator spostrzega związane z tytułem "marksizm" wartości jedynie w czasie przeszłym.

Jedni więc z uważających się za marksistów usiłują uczynić z tej naukowej teorii filozofię, co czynią wbrew Marksowi, który swą gruntowną znajomość filozofii traktował jedynie jako narzędzie na równi z ekonomią, antropologią itp.. Należą do nich np. Etienne Balibar ("Filozofia Marksa"), Alain Badiou ("Etyka. Szkic o świadomości zła"), Louis Althusser ("W imię Marksa") i inni. Do zamieszania przyczyniają się zresztą również niemarksiści, którzy posuwają się dalej, wmawiając marksizmowi, że stanowi on system filozoficzny konstruujący światopogląd, w czym wyróżniają się filozofowie chrześcijańscy ze zmarłymi niedawno papieżem Janem Pawłem i księdzem Tischnerem na czele, a w sposób umiarkowany sugeruje taki pogląd niezależny filozof Andrzej Walicki ("Marksizm i skok do królestwa wolności: dzieje komunistycznej utopii") a także najbliższy - jak sądzę - oryginalnej myśli Marksa György Lukács.

Liczniejszą grupę stanowią jednak i zarazem powodują większy zamęt ci, którzy naśladują metodę księdza Benedykta Chmielowskiego zastosowaną w dziele zatytułowanym "Nowe ateny, czyli ..." na przykładzie konia, którego opisywać i definiować nie ma sensu, gdyż "koń jaki jest, każdy widzi", nie zawracają sobie głowy ani wyjaśnianiem, co rozumieją przez marksizm, ani jakie kryteria stosują przy rozróżnianiu, kto jest marksistą, a komu przyznawanie się do tej klasy myślicieli nie przysługuje. Po prostu przyjmuje się, że "marksizm jaki jest, każdy widzi", oraz iż "ja jestem" najdoskonalszym wcieleniem owego "każdego widzącego jaki jest marksizm". Do tej klasy "znawców marksizmu" zaliczam wszystkich znanych mi autorów deklarujących swoją marksistowskość, a także tych, którzy określają siebie jako uważających dzieła Marksa i Engelsa za "interesujące" zachowując ostrożny dystans wobec usiłowań ich kontynuowania. Ci drudzy są to wymieniając przykładowo tych, o których zdarzyło mi się pisać: Leszek Nowak, Slavoj Żiżek i Ernest Mandel.

W rezultacie mamy szereg rażących różnic między wzorcem i tym, co ma być kontynuacją. Najbardziej uderzającym wydaje się fakt, że o ile Marks za podstawę przyjmował fakty ustalane na podstawie gruntownych badań kronik, statystyk i prac naukowych, które poddawał analizie materialistyczno-dialektycznej (znaczenie tego określenia wyjaśniam w artykule pt. "Marksizm"), to jego następcy, w miarę upływu czasu coraz bardziej lekceważą żmudne gromadzenie wiedzy o faktach i poprzestają na spekulacjach przypominających arystotelesowską metafizykę: wytężenie wyobraźni, spojrzenie w niebo (ew. sufit) i przebłysk genialnej myśli rozstrzygającej wszelkie problemy.

O takim stanie rzeczy świadczy m. in. brak marksistowskiej analizy upadku I-szej Międzynarodówki, co o ile w odniesieniu do Marksa, Engelsa i im współczesnych można tłumaczyć brakiem dystansu czasowego, a do pokolenia pierwszej połowy XX wieku koniecznością rozwiązywania bieżących problemów, to obecnie jest dla mnie niezrozumiałe, jak można nie zdawać sobie sprawy z tego, że obecne trudności mają wiele wspólnego z tamtym fiaskiem.

Nie wiele lepiej przedstawia się rozeznanie okoliczności kształtujących np. rewolucje 1905 i 1917 roku, co do których obawiam się, że wartość mają jedynie pisma Lenina i - mimo znanych zafałszowań - prace niektórych teoretyków radzieckich, pozostali bowiem autorzy, w tym nawet tak znakomici jak Luxemburg czy Trocki traktują faktografię powierzchownie (możliwe zresztą jest, że opinia ta wynika z błędów popełnianych przez redakcje udostępniające materiały dotyczące historii marksizmu). Mamy więc z jednej strony szereg dobrych prac opisujących fakty (np. zbiór artykułów na www.1917.net.pl, książka Andrzeja Witkowica "Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923" i wiele innych) i z drugiej brak opracowań syntetyzujących, zestawiających fakty historyczne z tłem społecznym i ekonomicznym. Ilustruje to zaniedbanie fakt, że jako najlepsze całościowe opracowanie historii ZSRR rekomendowano (nie zapisałem kto i na której witrynie lewicowej) paszkwil na bolszewików zatytułowany "Odkłamana historia Związku Radzieckiego" (patrz moje uwagi o tym dziele).

A już zupełnie beznadziejnie przedstawia się kwestia objaśnienia teraźniejszości zwłaszcza w Polsce. Nasi lewicowcy bezradnie usiłują wyjaśnić, dlaczego mamy kompletną klapę i próbują znaleźć lekarstwo, unikając jednak przy tym krytycznej konfrontacji swoich hipotez z faktami. Jedyne opracowania, które uwzględniają wymóg wiązania zmian zakresu sympatyzowania społeczeństwa z faktami to wydane przez Centrum im. Daszyńskiego "Niezbędnik lewicowca" i Rafała Chwedoruka „Przyczyny i uwarunkowania porażki wyborczej SLD w 2011 roku”, których jednak nie można traktować poważnie. Chodzi m. in. o to, że np. Chwedoruk wymienia jako przyczyny ubytku poparcia dla SLD zdarzenia, dla których brak danych potwierdzających ten związek przyczynowy, a pomija te, (m. in. afera Rywina, zgoda na podatek liniowy), które korelują ze spadkiem w sondażach. Na dodatek, ponieważ ta subiektywna selekcja dotyczy faktów obciążających Millera, nasuwa się przypuszczenie, że ten polityk (aktualnie SLD i to przewodniczący, ale poprzednio różnie bywało) zarówno sponsorował obie wymienione prace jak i wymógł dalekie od obiektywizmu warunki konieczne do spełnienia w ich treści.

Jako wniosek z tych rozważań wywołanych uwagą FF wysnuwam apel o wspólne przemyślenie zarysowanego poglądu na błędy popełniane przy usiłowaniu wykorzystania marksizmu do rozwiązywania problemów.

Powrót na str. główną



MARKSISTA [IV 2015 r.]

Opierając się na objaśnieniu, czym jest marksizm, można wyrobić sobie prawidłowy sąd o tym, jakie zobowiązania nakłada na siebie osobnik stwierdzający, że jest marksistą. Ponieważ zaś twierdzę, że m. nie jest ani ideologią, ani doktryną filozoficzną, lecz nauką (gałęzią wiedzy o społeczeństwie), opisując tak określone warunki muszę konsekwentnie przyznać pierwszeństwo metodzie uzyskiwania twierdzeń, przed ich treścią. Np., jeżeli - jak to ma miejsce w przypadku mojej osoby - ktoś uważa, że konflikty międzyklasowe są jednym z podstawowych zjawisk decydujących o stanie współczesnego mi społeczeństwa, to istotny jest sposób, w jaki ten pogląd uzasadniam. Jeżeli uzasadniam to przekonanie tym, że należy ono do tradycji rewolucyjnej, lub że jego prawdziwość udowodnił Marks, albo że wynika ono z dążenia do sprawiedliwości społecznej itp., mam - być może - prawo nazwać siebie lewicowcem czy nawet socjalistą lub komunistą, lecz nie marksistą. Ten ostatni bowiem, owszem, korzysta z dorobku klasyków, którzy przekonująco wykazali, że walka klas kształtowała zarówno całą historię cywilizacji ludzkiej jak i czasy, w których żyli i działali Marks, Kautsky, Lenin i in., ale dodatkowo musi zadać pytanie, czy warunki stwarzające takie powiązanie zjawisk nie uległy zmianie i być gotowym do przemyślenia i przedyskutowania tej kwestii. I odwrotnie: jeżeli spotkam twierdzącego, że walka klas nie odgrywa obecnie zasadniczej roli, lub że ma ona postać inną niż za życia Marksa, nie mam podstaw do twierdzenia, iż nie jest on marksistą, jeżeli nie stwierdziłem u niego braku dążności do racjonalnego uzasadnienia jego przekonania, a przedstawienie mu argumentacji w powszechnym przekonaniu rozstrzygającej sprawę też go nie dyskwalifikuje, jeśli jego błąd współistnieje z gotowością do dyskusji i poszanowaniem mojego, sprzecznego z jego rozumowaniem, sądu. Podobnie winien przedstawiać się stosunek marksisty do innych tez - także tych uważanych za fundament marksizmu. Jeszcze raz podkreślam: marksizm określają nie poszczególne twierdzenia, lecz metoda ich zdobywania, modyfikacji i uzasadniania, co - jak wielokrotnie powtarzałem - dotyczy wszystkiego, co zasługuje na nazwanie nauką.

Marksista winien zarazem uczestniczyć w rozwijaniu tej nauki. Już dzieje jej fundatora wskazują na taką konieczność. Wiadomo bowiem, że poglądy Marksa wciąż ewoluowały zarówno w wyniku zdobywania bardziej szczegółowej wiedzy o czasach przeszłych, jak i wskutek zmiany warunków następującej w biegnącej z czasem rzeczywistości chwilowej, a obydwa te czynniki pozostają aktualne do naszej teraźniejszości, oraz nic nie wskazuje na to, by w przewidywalnej przyszłości coś się pod tym względem mogło zmienić. Owo zaś uczestnictwo jest oczywiście w pierwszej kolejności samokształceniem opartym na źródłach dostosowanych do własnych możliwości umysłowych i posiadanego wykształcenia. Po drugie polega ono na przyczynianiu się do kompletowania faktografii umożliwiającej drogą analizy uzyskanie wiedzy o stanie społeczeństwa. I na koniec - na najwyższej półce - jednostki wyróżniające się realizują tą analizę współtworząc aktualną dla danego momentu historii i dla danego obszaru, ideologię (program) marksistowską obejmującą zarówno twierdzenia dotyczące podstaw teoretycznych jak i wskazówki praktycznego działania. Nie powinien twierdzić o sobie: "jestem marksistą" ten, kto w dziedzinie wiedzy o społeczeństwie nie dokształca się, nie gromadzi wiedzy o wydarzeniach i nie włącza się do tworzenia programu działania przynajmniej jako krytyczny obserwator pracy ludzi bardziej od siebie kompetentnych.

Należy przy tym zwrócić szczególną uwagę na warunek nazwany przez mnie samokształceniem, gdyż nie tylko jest on dostępny i obowiązkowy dla wszystkich, lecz bez niego wypełnienie pozostałych dwu wskazań jest bardzo trudne, a nawet niemożliwe. Przykładem tu jest sam Marks, który aczkolwiek wykonał osobiście gigantyczną, stanowiącą wyżej opisany komplet, pracę, nigdy nie był mędrcem kontemplującym w samotności. Zarówno Engels, jak Lassalle, Dühring i in. przyczynili się do powstania teorii, czy to przez współpracę, zadawanie pytań, czy stawiając błędne tezy. Po prostu prowokowali oni potrzebę szczegółowych wyjaśnień, które okazują się istotnymi elementy teorii. Marksizm nie może istnieć bez przemian i rozwoju, bez ciągłego, krytycznego sprawdzania poprawności i aktualności uzyskanych teoretycznych wskazań, co bez nieustannego dyskursu jest niemożliwe. Przy tym, o ile samokształcenie jako proces ma charakter indywidualny, to baza faktograficzna może funkcjonować jedynie w zbiorowości, której uczestnicy wymieniają i korygują wzajemnie informacje, a ciągły proces formułowania, falsyfikowania i modyfikowania poszczególnych tez również jest możliwy tylko w procesie dyskursu między członkami środowisk o możliwie różnych doświadczeniach.

Słuszność takiego wyobrażenia o istocie bycia marksistą potwierdza się, gdy sięgniemy do historii, gdy wspomnimy okres najbardziej twórczy w rozwoju marksizmu, czas powstawania jego zrębów, lata pierwszej międzynarodówki. Mamy tam w zarysie widoczny opisany wyżej proces złożony z trzech elementów, proces, w trakcie którego, z udziałem szeroko pojętego, masowego uczestnictwa, następuje rozpoznawanie pojawiających się problemów i są podejmowane próby naprawiania błędów. Proces ten jest nieco zaciemniony przez obecność dominującej osobowości Marksa, co - jak sądzę - powoduje zauważalną u dzisiejszych zwolenników marksizmu skłonność ku fundamentalizmowi i do poszukiwania autorytetu czy nieomylnego wodza. Nie mniej ówczesne wydarzenia, nie dość co prawda niestety poznane i przemyślane, potwierdzają wyżej przedstawiony obraz.

Obserwując i charakteryzując postępowanie Marksa (które - jak to zauważyłem na wstępie - stanowi zgodnie z nazwą wzór marksizmu) w trakcie udziału w Międzynarodówce, w pierwszej kolejności widzimy, że jako główny postulat widział on nie walkę klas czy rewolucję, lecz zorganizowaną jedność. Pojmował ją przy tym w formie demokratycznej, jako wynik porozumienia ludzi pracy o różnych przekonaniach. Porozumienia, w którym dominują siła argumentów i wola większości. Sam nigdy nie aspirował do formalnego przywództwa, to ma bowiem służyć głównie organizowaniu wymiany informacji, oraz zapewniać porządek obrad i głosowań. Jeśli następowały wykluczenia, to jedynie w przypadku rażącego sabotowania tych zasad (Bakunin). W marksowskiej Międzynarodówce poprawność ideologiczna, uznawanie poszczególnych haseł itp. miały drugorzędne znaczenie wobec zrozumienia potrzeby jedności działania i ponadnarodowej solidarności, czemu nie przeczy fakt, że wspomniana jedność w praktyce pozostawała odległa od ideału.

Dalsze obciążające marksistę zobowiązania wynikają z tego, iż marksizm ma na celu nie tyko poznawanie (interpretację) istniejących problemów, lecz także ich rozwiązywanie. Wynika z tego konieczność określenia 1-o celu, 2-o metody działania, co uzyskujemy w trakcie wspomnianych trzech czynności. Samokształcenie, udział w tworzeniu bazy faktograficznej i programowanie mają sens tylko o tyle, o ile dają jako rezultat jasno określone: cel i środki, które można i należy wykorzystać i to głównie w chwili bieżącej, ze świadomością ich ew. dezaktualizacji w miarę dokonujących się zmian społecznych i politycznych. Należy podkreślić, że - jak to czynił Marks - kwestie strategiczne, zastanawianie się nad odległą przyszłością, aczkolwiek konieczne do uwzględnienia przy opracowywaniu założeń taktycznych (chwilowych), należy traktować jako drugorzędne z dużą dozą sceptycyzmu. Np. zaangażowany w tworzenie ruchu robotniczego Marks nawet nie próbował opracowywać szczegółowych wskazań dla przewidywanych przyszłych ustrojów, zdawał sobie bowiem sprawę, że to może nastąpić tylko w konfrontacji z problemami stworzonymi przez rzeczywistość społeczną i gospodarczą chwili, w której socjalizm (a tym bardziej komunizm) będzie stawał się rzeczywistością, co wobec rozpadu międzynarodówki oddalało się w czasie. Wyidealizowana wizja komunizmu potrzebna była jedynie do pobudzenia wyobraźni i mobilizacji, konkretne zaś założenia programowe międzynarodówki dotyczyły wyłącznie uzyskania jedności organizacyjnej, podczas gdy nawet hasło rozpoczęcia rewolucji pozostawało jako propozycja na nieokreśloną przyszłość.

Kolejne, co musimy sobie uświadomić, to - często niestety pomijana prawda - że procesy społeczne, w tym także rewolucje, odbywają się spontanicznie, powodowane są zaś w decydującej mierze przez zjawiska z zakresu ekonomii. Wszelkie oddziaływania innego rodzaju (ideowe, socjotechniczne, demagogia, stosowanie przymusu administracyjnego itp) nie są w stanie wytworzyć nieistniejącego zjawiska społecznego. Możliwe jest jedynie wytworzenie impulsu lub stworzenia pretekstu do ujawnienia się istniejącego a nie dość uświadamianego problemu i ew. w ograniczonej skali wpływać na ten istniejący obiektywnie i już ujawniony proces.

Nie będę przy tym chyba posądzony o fundamentalizm, gdy powołam się jako na fakt, iż skuteczne działanie jest możliwe tylko przy zaangażowaniu się w organizacji licznej i mającej na celu zdobycie poparcia większościowego. Ideałem marksisty, człowieka świadomie przyjmującego zasady wypracowane przez Marksa za wytyczne swojego działania jest ten, kto dąży do uczestnictwa w partii spełniającej opisane warunki i uznającej materializm dialektyczny jako teoretyczną podstawę, co wyjaśniłem w przywołanym na wstępie artykule p. t. "Marksizm". Podkreślić należy przy tym, że rola działania zorganizowanego w opisany sposób stanowi jeden z ważniejszych składników dorobku naukowego Marksa, który choć w pracach teoretycznych nie został przez niego wyeksponowany, widoczny jest jako realizowany z pasją i niezmiennie. Np. zarówno Francis Wheen i Isaiah Berlin, opisując życiorys Marksa, wskazują, że główne swe zadanie widział on w stworzeniu podstaw dla zaistnienia organizacji wyrażającej wolę i interesy ludzi pracy całego świata.

Powrót na str. główną