Powrót na str. główną



RAZEM - nowe ugrupowanie lewicowe. [VII 2015 r.]

Niżej przedstawione teksty rozwijają myśl zawartą w artykule "Nowe dwie inicjatywy lewicowców", stanowią jego dalszy ciąg. Pierwsze dwa rozesłałem przez e-mail, trzeci zaś przygotowałem dla sierpniowego zeszytu lokalnego (Słupsk i Ustka) miesięcznika "Moje Dwumiasto" jako wstępną notatkę rozpoczynającą moją współpracę z redakcją tego pisma.

Mon, 01 Jun 2015 15:24:14 +0200

Jak zwykle, po kolejnej klęsce, na lewicy objawiły się pierwociny myśli, uniezależnienia się od bezkrytycznie przyjmowanych schematów. Wśród tych nieśmiałych prób, gdy w najliczniejszym środowisku jakie stanowi SLD reakcja ogranicza się do mających czysto formalne znaczenie zmian obsady stanowisk, największe nadzieje budzi "Partia Razem". Jedynie bowiem wśród jej uczestników widać oznaki uświadomiania sobie faktu, że odstąpienie od demokratyzmu przeczy lewicowości i jest rzeczywistą przyczyną słabości tej formacji ideowej.

Nie są te oznaki wyraźne, ograniczają się one do umożliwienia porozumiewania się przez podawanie adresów e-mail, oraz do widocznego w sposobie przedstawienia władz partyjnych, odrzucenia kultu osoby przewodniczącego, który to kult, szczególnie widoczny w SLD, jest najbardziej zwyrodniałą formą wyobcowania się aktywu partyjnego. W tym stanie rzeczy koniecznym jest wskazanie, czego brakuje PR, by nadzieja na jej demokratyzm miała solidne podstawy. Uważam, że należy tu wymienić: 1) brak platformy komunikowania się zarówno wewnątrz partii jak i z całym społeczeństwem, 2) brak określenia środków zapewniających jawność działania partii, 3) brak uświadomienia sobie bezwzględnej konieczności tworzenia regulaminów ograniczających samowolę osób, którym partia powierza pełnienie funkcji.

Wyjaśnić tu należy, że wymienione warunki wynikają w sposób konieczny z treści opublikowanego niedawno statutu partii Razem, zaś potrzeba ich wyartykułowania wynika z doświadczenia jakim jest członkostwo w SLD. W tej partii bowiem wszystkie trzy wymienione braki istnieją w sposób szczególnie rażący, fakt ten podobnie przeczy statutowi, a zarazem, co najgorsze, ogół członków sytuację biernie toleruje. I przed takim właśnie zlekceważeniem założeń ideowych chcę przestrzec tworzących nową inicjatywę. W SLD także bowiem zaczęło się od rozwiązań połowicznych, od niedopełniania zobowiązań statutowych aparatu zarządzającego partią popełnianych w sprawach na pozór drobnych: od nieinformowania ogółu członków o uwagach i wnioskach napływających do Zarządu Krajowego, od braku ogólnopartyjnej dyskusji nad stosunkami kształtującymi się wewnątrz partii i od lekceważenia opinii publicznej. Po prostu w okresie tryumfu wyborczego 2001 roku wydawało się to nieistotnym, zaś później, frustracja wywołana klęską, zamiast skłonić do samokrytycznej, rzeczowej analizy, stworzyła wolne pole dla socjotechniki i politycznych szarlatanów. Jeżeli na lewicy nie nastąpi zdecydowane odcięcie się od tego rodzaju błędów, szanse na unormowanie sytuacji społecznej i politycznej w Polsce pozostaną mizerne.

Należy jeszcze przypomnieć, że lewica, aczkolwiek podzielona na partyjki, redakcje, kółka dyskusyjne, towarzyskie i usamodzielniających się indywidualistów, stanowi całość, co ostatnio zauważyli nawet ci, którzy do rozbicia jej przyczynili się najbardziej i teraz z gorliwością neofity do jedności wzywają. Jedności tej bez porozumiewania się i bez świadomości okoliczności powodujących różnice nie da się osiągnąć. Tak pojmuję sens mojego zajmowania się partią Razem, gdy sam pozostaję członkiem SLD. Więcej, zarzucam aparatowi partyjnemu zaniedbanie. Jeżeli mamy osiągnąć choć częściowe współdziałanie, działacze lewicowi, niezależnie od udziału w którymś z ugrupowań, winni określić swoje stanowisko zwłaszcza wobec tych inicjatyw, które ujawniają istnienie prądów niewyartykułowanych w ramach istniejących struktur. Zamiast biadolić nad ew. rozproszeniem głosów należy zastanowić się zarówno nad tym, jakie ew. szanse stwarza nowa organizacja, jak i nad tym, jakie własne błędy spowodowały, że ujawnione dążenia nie znalazły dla siebie miejsca w istniejących organizacjach.

Stach Głąbiński koło SLD Gdańsk-Wrzeszcz

Fri, 12 Jun 2015 19:14:05 +0200

W poprzednim liście dotyczącym inicjatyw przedsięwziętych dla naprawy polskiej lewicy podjąłem próbę wskazania podstawowych warunków, które uwzględnione w dalszym rozwoju Partii Razem stwarzają szansę dla naszej formacji ideowej. Opierając się na doświadczeniu zdobytym przez czynne członkostwo w SLD wymieniłem potrzebę: 1) platformy komunikowania się zarówno wewnątrz partii jak i z całym społeczeństwem, 2) przepisów zapewniających jawność działania partii, 3) regulaminów ograniczających samowolę osób, którym partia powierza pełnienie funkcji.

Jestem świadomy, że tak lakonicznie sformułowane warunki wymagają szczegółowego objaśnienia, jednak ponieważ spotykam się z opinią, iż większość z nas ma trudność z przyswojeniem sobie treści zawartej w dłuższym tekście, postanowiłem wydzielić uproszczone przedstawienie problemu, a omówienie istoty propozycji przedstawić oddzielnie. W pierwszej kolejności próbuję wyjaśnić:

Ad 1. Czym ma być "platforma komunikacji".

Na wstępie zwrócę uwagę na fakt, że wśród naszych lewicowców powszechnym stało się nierozumne, typowe dla mentalności zwanej "aparatczykostwo" przekonanie o tym, że do osiągnięcia jedności w działaniu konieczna jest daleko posunięta jedność poglądów, czy nawet zapatrywań opartych nie na ścisłym rozumowaniu, lecz powodowanych emocjonalnym przeżywaniem zdarzeń w świecie gospodarki i polityki. Jednak taka naiwnie pojmowana jedność jest możliwa tylko w gronie osobników bezmyślnych (gdy mowa u jedności poglądów) i bezwolnie poddających się sugestii niczym zahipnotyzowane medium (co do zapatrywań). Natomiast efektywne współdziałanie w psychicznie zdrowej społeczności jest możliwe, gdy poszczególni uczestnicy są co do wskazań programowych świadomi zarówno istniejących różnic jak i istoty nadrzędnego celu wymagającego jedności, a w działaniu bezwzględnie respektują ustaloną regułę, wg której zapada decyzja w konkretnej, szczegółowej sprawie. Tu przypomnę, że taką regułą dla lewicy jest kierowanie się wolą większości, w sprawach mniejszej wagi upraszczana przez udzielanie ograniczonego (poddawanego dyskusji i ocenie) pełnomocnictwa przedstawicielom, a niekiedy, w sprawach marginalnych lub wymagających natychmiastowego rozstrzygnięcia - jednej osobie. Powtarzam: potrzebujemy naturalnego zróżnicowania swobodnie wyrażanych myśli z bezwzględnym (ograniczonym jednak do koniecznego minimum) przestrzeganiem jedności działania.

Powyższe wyjaśnienie wykazuje bezsens "jednoczenia" w praktyce polegającego na tym, że dogadują się prowodyrowie, z których każdemu udało się podporządkować sobie pewną ilość osób, istotą zaś "dogadywania się" jest dla każdego z nich umieszczenie "swoich ludzi" na wyborczych listach kandydatów w sposób dających szansę sukcesu. Jest przy tym symptomatycznym fakt, że poza wspomnianymi, bezpośrednio zainteresowanymi rywalizacją wyborczą ugrupowaniami nie widać na lewicy żadnych oznak dążenia do współdziałania. Darmo szukać śladów zrozumienia intelektualnej podstawy jedności ze strony afiszujących swoją lewicowy intelektualizm zespołów znanych jako Kuźnica, Przegląd Socjalistyczny, Krytyka Polityczna, Socjalizm Teraz, Lewą Nogą itp. Wszystkie te grupki egzystują bowiem każda z osobna, a nawet ich wewnętrzna "jedność" sprowadza się do kontaktów towarzyskich, gdyż - jak to widoczne jest w opublikowanych sprawozdaniach z organizowanych tam debat - istniejące różnice są tuszowane, przemilczane, lub pozostają "niezauważone" w imię uzyskania wykluczającej myślenie zgody. Wszystkie te kręgi doprowadziły się do stanu określanego jako "towarzystwo wzajemnej adoracji" ufundamentowane na zasadzie "każdy z nas nie wtrąca się do tego, co myślą i mówią pozostali" przy bezwzględnie obowiązującym wymogu prawienia sobie wzajemnie komplementów i świadczeniu uprzejmości.

Jest oczywiste wobec tak pesymistycznej oceny obejmującej zarówno elitę intelektualną, działaczy i szeregowych członków lewicy, że obawiam się o nowe inicjatywy, czy ustrzegą się przed popadnięciem w bezmyślne aparatczykostwo. Jako środek zapobiegawczy widzę twór o zaproponowanej nazwie "platforma komunikacji". Określenie to, aczkolwiek dość zrozumiałe intuicyjnie, nie jest precyzyjne i chciałbym opisać nieco dokładniej, kto z kim ma się komunikować i jakim ma ta komunikacja odbywać się sposobem.

W partii lewicowej należy wyróżnić cztery składniki: 1) członkowie, 2) aparat zarządzający partią czyli tzw, działacze i politycy, 3) elita intelektualna, 4) całe społeczeństwo, a należyte funkcjonowanie partii jest możliwe tylko, gdy składniki te stanowią rzeczywistą - w opisanym wyżej sensie - całość. Żaden bowiem nie może się wyobcować, ani dominować, każdy jest niezbędny, a rolę swoją spełnia zachowując pozycję służebności względem pozostałych. Zachwianie wzajemnego dopasowania między dwoma dowolnymi z wymienionych powoduje ogólne rozsprzężenie i w konsekwencji prowadzi do zwyrodnienia partii, a nawet niekiedy do zatracenia sensu jej istnienia. Właśnie niezachowanie tych warunków jest przyczyną atrofii polskiej lewicy, co od wielu lat usiłuję opisać i udowodnić w licznych artykułach.

Należy jednak zastrzec, że jeśli nie nastąpi to, co nazywamy wyobcowaniem się jakiejś grupy, wskazany wyżej podział ma charakter względny. Każdy członek w określonej sytuacji uczestniczy w zarządzaniu partią, kiedy indziej włącza się do formowania jej oblicza ideowego, a zarazem jest obywatelem państwa. Z kolei każdy działacz, polityk, czy intelektualista winien być zarazem zwykłym członkiem, zaś partia wyobcowana ze społeczeństwa traci sens, staje się tworem sztucznym, przy tym bezpartyjny sympatyk, przeciwnik polityczny, lub politycznie bierny widz też chcąc czy nie chcąc oddziaływa na partię przez więzi zaufania lub antagonizmu. Społeczeństwo, choć formalnie znajduje się zewnątrz partii, jest de facto jej składnikiem o podstawowym znaczeniu, a ponieważ trudno sobie wyobrazić dostosowywanie się do niej ogółu pozostających poza zasięgiem rygoru organizacyjnego, inicjatywa "dostosowywania się" w tym jednym przypadku należy w całości do pozostałych trzech członów organizmu. To partia - jej ogół członków, aparat i elita - nie rezygnując z kształtowania opinii społeczeństwa, ma się do tego społeczeństwa dostosowywać, a nie odwrotnie.

Otóż podstawowym warunkiem opisanej harmonii wewnętrznej całego układu jest istnienie wzajemnej komunikacji. Każdy człon musi zarówno informować pozostałe o swoich problemach i odpowiednio odbierać informacje posługując się narzędziami dostosowanymi do typu przekazywanych uwag oraz do możliwości percepcyjnej każdej z komunikujących się stron. Ta złożoność powoduje, że tworzący to, co nazwałem platformą komunikacji, zestaw środków porozumiewania się powinien być tak bogaty, iż przechodząc do omawiania ilustrujących zagadnienie konkretów, łatwiej jest poprzestać na wskazaniu przykładów negatywnych.

Tu, by sprawę ująć możliwie krótko, ograniczę się do jednego. Wspomnę mianowicie sprzeczny nie tylko z uprzednio opisanymi postulatami, lecz będące zaprzeczeniem lewicowości i humanizmu, powszechny w polskiej lewicy brak zainteresowania otrzymywanymi informacjami. Dotyczy to zwłaszcza stanowiących jądro aparatu zarządów wszystkich lewicowych partyj, z których żadna np. nie informuje o otrzymywanej korespondencji. Szczególnie rażący przykład mamy na stronie internetowej SLD, gdzie umieszczono zakładkę zatytułowaną "platforma pomysłów", jednak wiadomości choćby o tym, ile owych pomysłów napłynęło, a tym bardziej o ich treści, są niedostępne (utajnione?), co z kolei nasuwa przypuszczenie, że prawdopodobnie nikt tej korespondencji nie czyta. Takie zdarzenia są zaprzeczeniem idei "platformy komunikacji" i tym samym pośrednio wskazują, jak owa platforma winna działać

Jak ongiś wspominałem zaczątki platformy komunikacyjnej partia Razem ustanowiła w formie podania adresów umożliwiających dyskusję, a następnie pokazała się na Facebooku i na spotkaniach dyskusyjnych (w Trójmieście odbyło się takie 3-go czerwca b. r.). Pełne, zarówno omówienie szans na to, by wspomniane trzy instrumenty wspomagane działaniem witryny internetowej "http://partiarazem.pl" dawały rzeczywistą, decydującą dla istnienia partii "komunikację wszystkich ze wszystkimi", jak i opisanie zagrażających wypaczeń tej idei, wymagało by bardzo obszernego tekstu, a zarazem wiąże się z jawnością działania i potrzebą regulaminów, które to tematy mam zamiar omówić w osobnych listach. Na razie wspomnę jedynie, że kwestia wymiany informacji ma dla organizacji znaczenie tak ważne, iż narzuca potrzebę utworzenia zespołu osób odpowiedzialnych za to, by wymiana informacji była zarazem powszechna, miała realny wpływ na działanie partii i by w niej były zachowane podstawowe wymagania poprawności językowej, logiki i kultury.

Dla sprawnego działania tak przedstawionej pk korzystne jest istnienie grupy członków i sympatyków nazwanych przeze mnie elitą intelektualną partii. Niepokoi więc brak wyraźnych oznak powstawania środowiska zainteresowanego określeniem politycznych, prawnych, psychologicznych, środowiskowych itp. warunków, które należy uwzględnić, by powstająca partia nie uległa degeneracji przez wyobcowanie się ze społeczeństwa czy to na podobieństwo zurzędniczałego SLD, czy zastygłego we wzorach z przeszłości PPS, czy też w fundamentalizmach różnych grupek hurrarewolucyjnych, oraz afiszujących się lewicowością, marksizmem, humanizmem itp. Jak dotąd jedyne widoczne w "Razem" ślady poważniejszej refleksji widzę w sensownie zredagowanych kilku zdaniach statutu, z których jedno zastrzega kolegialność zarządzania partią, a inne opisują podstawowe cele społeczne i polityczne. Na pewno braku tego nie uzupełnią, ani zawierający proste wskazówki program, ani rażące powierzchownością notatki umieszczone na Facebooku, który zresztą nie stwarza możliwości na wydzielenie zróżnicowanych tematyką i szczegółowością tekstów. Niestety, jak mogłem to stwierdzić osobiście na spotkaniu z innymi zainteresowanymi nową partią osobami, brakuje chętnych do podjęcia pracy nad redagowaniem witryny internetowej ukierunkowanej na rzeczową dyskusję nad statutem, organizacją i programem.

I tą uwagą kończę opis tego, jak z grubsza wyobrażam sobie objaśnienie pierwszego z wymienionych warunków potrzebnych, by powstająca partia uratowała lewicę. Pozostałym dwu warunkom mam zamiar poświęcić następną notatkę. (Postanowienia tego do chwili obecnej nie spełniłem.)

Stach Głąbiński

* * *

"Moje Miasto" nr 9, Słupsk 2015-08-01

RAZEM

Póki trwa sądowy proces zarejestrowania partii, RAZEM jest zespołem osób zjednoczonych ideą utworzenia w naszym kraju warunków sprzyjających równaniu szans dla każdego oby-watela, ograniczeniu różnic zamożności do rozmiarów umotywowanych zasługami, użytecznością i realnymi potrzebami, oraz szanowaniu indywidualnych uzdolnień i za-patrywań. Idea ta, zwana w skrócie lewicowością, jesteśmy przekonani, iż jest możliwa do zrealizowania jedynie przez organizację będącą żywotną częścią społeczeństwa, podporządkowującą się woli większości obywateli i obdarzoną ogólnym zaufaniem. Dla sprostania tym wymaganiom deklarujemy wolę stosowania pełnej jawności działania i zachowania procedur zapewniających powierzanie wybieralnych funkcji bez uprzywi-lejowywania zawodowych polityków i działaczy. Dążymy do uzyskania warunków tzw. „demokracji uczestniczącej”, najpierw w naszej organizacji, a następnie w państwie. Każdy obywatel ma prawo świadomie uczestniczyć w zarządzaniu krajem.

Decyzja

Zrezygnowałem z członkostwa w SLD i poprosiłem o przyjęcie mnie do „Razem”. Nie była to decyzja łatwa. W SLD działałem prawie 17 lat, poznałem tam wiele osób, których przekonania i wynikające z nich czyny powodują, że mam dla nich szacunek i niejednokrotnie wysokie uznanie, a jej Statut, czyli podstawowy, z założenia definiujący tą partię dokument, wyrażał moją lewicowość nie gorzej niż to dotyczyło innych partii i grup zaliczanych do pol-skiej lewicy. Nastąpiło, co prawda, pogorszenie pod tym względem, gdy dwa lata temu dokonano zmiany wyraźnie wzmacniającej wodzowski charakter funkcji przewodniczącego partii, lecz to nie przekreśliło, lecz jedynie pogorszyło demokratyzm organizacji. Rzeczywista sła-bość SLD, od samego początku jej istnienia, wynika z tego, że postanowienia Statutu dotyczące praw członków były i nadal są łamane. Zarząd partii działa niejawnie i skutecznie uniemożliwia dyskusje, co razem, przy biernej postawie członków sprawia, że formalnie od-bywające się, w teorii mające wyrażać wolę większości głosowania, są fikcją.

Otóż zarówno projekt Statutu, jak i sposób postępowania widoczne w budowanej od podstaw partii RAZEM dają realną, jedyną na przestrzeni czasu od co najmniej 1998 roku szansę utworzenia ugrupowania lewicowego, zachowującego wewnętrzny demokratyzm, bez którego – w moim przekonaniu – lewicowość traci sens. Tak więc, o ile uprzednio wystąpienie z SLD, pozbawiając koleżeństwa z osobami szczerze zaangażowanymi politycznie po stronie ludzi pracy najemnej, odebrało by mi możliwości uczestniczenia w ruchu odpowiadającym moim przekonaniom, obecnie widzę szansę wejścia do wspólnoty spełniającej obydwa te warunki.

Nie ma oczywiście pewności, jak praktycznie ukształtuje się partia RAZEM, widzę jednak, że mam realną szansę oddziaływać na to, jaką ona będzie. W chwili bowiem obecnej na podejmowane w naszym gronie decyzje głównie wpływa siła argumentacji i zdolność przekonywania, nie zaś to, czy przedstawiająca swój sąd osoba jest szeregowym członkiem, czy uczestniczy w zarządzaniu partią. Nie przywiązuję natomiast wagi do tego, czy wejdziemy do Sejmu. Jeżeli bowiem partia nie zdobędzie zaufania społeczeństwa, to jej lewicowość i przydatność pozostaną wątpliwe niezależnie od tego, czy i ilu posłami będzie się szczyciła, a jeśli ludzie uznają nas za szcze-rych i wiarogodnych, to bez specjalnych zabiegów, na naszych kandydatów zagłosują.

Stach Głąbiński. stachgla@gmail.com

Powrót na str. główną





NOWE DWIE INICJATYWY LEWICOWCÓW [V 2015 r.]

Mamy dwie inicjatywy odbudowy lewicy w Polsce posługujące się nazwami: jedna "Wolność i Równość", druga "Razem". Nie ma wątpliwości, że tego rodzaju działanie jest konieczne, martwi natomiast brak prób rzeczowego, opartego na analizie faktów, objaśnienia przyczyn upadku naszej formacji. Nie znam (poza własnymi: np. "Poszukiwanie przyczyn słabości lewicy" żadnego usiłowania, by rozpatrując wszystkie możliwe okoliczności określić, co spowodowało, że lewica, która po 1989 roku stopniowo odbudowując swoją pozycję osiągnęła ponad 50 % poparcia (sondaż z końca 2000 roku), nagle to zaufanie utraciła? A przecież wiadomo, że bez trafnie postawionej diagnozy leczenie jest z reguły nieskuteczne.

Druga kwestia skłaniająca mnie do pesymizmu, to brak wyraźnie zaznaczonego zrozumienia wagi porozumienia organizacji z członkami i poprzez nich ze społeczeństwem, co w odniesieniu do WiR dokładniej opisałem w "Kolejny apel o jedność". Lewicowi działacze i elita intelektualna nie udzielają się w dyskusji na forach internetowych, nie reagują na propozycje, pytania i krytykę, jako jedyny kontakt z ogółem uznają wyłącznie nauczanie i pouczanie, całym swym zachowaniem sprawiają, że szeregowi członkowie partii a tym bardziej sympatycy i ogół obywateli mają usprawiedliwione przeświadczenie o braku jakiejkolwiek więzi czy to z władzami partii, czy w relacji autorów publicystyki z czytelnikami. W formie krańcowej, wręcz patologicznej, to wyobcowanie występuje w SLD, w pozostałych partiach ze względu na ich małą liczebność jest to mniej widoczne, zaś stosunki panujące w lewicowych redakcjach opisałem w artykule pt. "Intelektualny regres polskiej lewicy" (http://obserwatorpolityczny.pl/?p=15303).

Otóż pod tym względem "Wolność i Równość" chyba powtarza wszystkie błędy: założycielki i założyciele tej organizacji znani są z publikacji i wywiadów, przy których czytelnicy nie otrzymują żadnej szansy dyskusji z autorką czy autorem, co dotyczy również apelu, w którym (http://hartman.blog.polityka.pl/2015/05/11/apel-profesorow-o-zjednoczenie-sil-postepowych) widać zainteresowanie wyłącznie osobami - jak to wyrażono - "znanych polityczek i polityków lewicy". "Razem" (http://partiarazem.pl) przedstawia się znacznie korzystniej podając w zakładce "Kontakty" cały wybór adresów internetowych, a w informacji na stronie http://strajk.eu/powstala-partia-razem zapisano, iż "Razem nie będzie miało przewodniczących ...", co wygląda na stanowcze odżegnanie się od niszczącego lewicę kultu "wodza" praktykowanego szczególnie w SLD. Nie usuwa to jednak całkiem obaw o zachowanie tam demokracji wewnątrzpartyjnej. Brakuje mi bowiem wyraźnego potępienia wszelkich form odejścia od tego fundamentalnej dla socjaldemokracji zasady. Mam nadzieję, że wątpliwości wobec obu inicjatyw wyjaśnią się niedługo w praktyce.

Jedyne - jakie znam - próby objaśnienia załamania poparcia SLD sprowadzają się do stwierdzenia, że ktoś tam coś powiedział i uchwalił, lub czegoś nie powiedział, co wszystko nie jest przekonywujące, gdyż inne partie lewicowe, nieobciążone tymi zarzutami, również - jeśli uzyskują uznanie to jedynie chwilowe (SdPl). Wiele wskazuje na to, że wspomniane nowe inicjatywy również narażone są na klęskę, a to z tej przyczyny, że jak wspomniałem, obie zakładają uzdrowienie lewicy bez zdiagnozowania przyczyn złego jej stanu, a zarazem nie uświadamiają sobie tego, że współpraca ludzi myślących (a lewicowość w innym układzie jest niemożliwa) wymaga jasnego sprecyzowania, co nas różni, a co dzieli.

W tej drugiej kwestii przypomnę, że całkowita zgodność jest możliwa tylko dla ludzi bezmyślnych, albo zakłamanych, co nb. z powodzeniem jest realizowane w SLD, a jedyny przykład, który mógłby zaprzeczyć tej tezie, stanowił tandem Marksa i Engelsa, chociaż ja wątpię, czy rzeczywiście między nimi nigdy nie dochodziło do sprzeczki. Oznaką zdrowia mentalnego jakiegokolwiek środowiska jest istnienie nieskrywanych kontrowersji przy jedności działania osiąganej przez podporządkowanie się większości uzyskanej po dokładnym poinformowaniu o argumentach spierających się stron. I tu właśnie powstaje wątpliwość, gdyż zarówno WiR jak i R tworzą ludzie oraz ugrupowania, jak dotąd wyraźnie stroniące od podjęcia tego rodzaju dyskursu. Jest to widoczne, gdyż od pewnego czasu na lewicy w ogóle nie istnieje jakakolwiek wymiana myśli i spostrzeżeń. Wszystkie znane mi pisemne wypowiedzi, są to monologi pozbawione odniesień do tego, co powiedzieli i uczynili inni współcześni lewicowcy polscy.

Powrót na str. główną





KOLEJNY APEL O JEDNOŚĆ [V 2015 r.]

W imieniu czwórki lewicowców legitymujących się zaszczytnym tytułem profesorskim: Genowefa Grabowska, Jan Hartman, Kazimierz Kik i Magdalena Środa wystosowano w dniu 11 maja 2015 roku, w odpowiedzi na wyniki I tury wyborów prezydenckich i sytuację na scenie politycznej, został ogłoszony apel do zwolenników tej co oni orientacji społeczno-politycznej. Cel tej inicjatywy to "położyć kres podziałom i otworzyć nowy rozdział". Apel pełen pięknych słów i dobrej woli został podchwycony i z pełnym uznaniem opublikowany na łamach internetowej witryny "Przeglądu Socjalistycznego", co u mnie wzbudziło nieufność. Jaki to bowiem jest ten "nowy rozdział", który został przyjęty bez zastrzeżeń w środowisku przejawiającym (patrz np. "Intelektualny regres polskiej lewicy") najistotniejsze wady odpowiedzialne za tragiczny stan polskiej lewicy? A uważna lektura apelu utwierdziła mą obawę o to, że "nowy rozdział" zachowuje wszystkie stare akapity. Jakich bowiem można dopatrzyć się w apelu treści innych niż to, co mieliśmy w millerowskim Kongresie Lewicy, w przemowach Kwaśniewskiego i w wystąpieniach wielu innych nawołujących do jedności?

Po pierwsze, podobnie jak w innych, znanych mi przypadkach "jednoczenia się lewicy" mamy pełne optymizmu stwierdzenia, iż "inicjatywa spotkała się z bardzo pozytywnym odzewem. Panuje przekonanie, że najwyższy czas położyć kres podziałom i otworzyć nowy rozdział" i tak samo nie towarzyszy temu pustosłowiu próba odpowiedzi na pytanie o przyczyny przezwyciężanego rozbicia. A przecież wiadomo nie od dzisiaj, że pierwszym warunkiem dla skutecznego leczenia choroby jest prawidłowe jej zdiagnozowanie. Bez uświadomienia sobie przyczyn, które spowodowały aktualny tragiczny stan lewicy, nie można spodziewać się odnalezienia sposobu naprawy. By odbudować lewicę, należy wyjaśnić, czym konkretnie zawinili lewicowcy, gdy nagle utracili zaufanie, które po wyborach 1989 roku stopniowo odbudowywano osiągając na początku roku 2001 poparcie ponad 50 % wyborców?! Jednak sami autorzy apelu nigdy nie zainteresowali się żadną z prób odkrycia przyczyn tego stanu, a w każdym bądź razie na żadnym forum i w publicystyce nie widać śladu tego zainteresowania!

Drugi powtórzony po poprzednikach błąd inicjatorów "jednoczenia" ujawnia się, gdy zestawimy zdanie, iż "Odbyliśmy serię spotkań z udziałem znanych polityczek i polityków lewicy" z widocznym, zarówno w samym apelu jak i w całej działalności jego Autorek i Autorów, brakiem śladu próby współdziałania z całą masą członków i sympatyków nie należących do tego ekskluzywnego towarzystwa. Nawet bowiem nie podano adresu e-mail czy forum internetowego, ani też nikt z czworga nigdy nie ujawnił się jako dyskutant w gronie szerszym niż "znane polityczki i znani politycy". A zestawienie tych faktów wskazuje na istnienie podziału lewicy naprawdę decydującego o jej słabości, podziału na masę członków i sympatyków oraz na wyobcowane z tej społeczności środowisko, które w ślad za apelem można nazwać "znane osoby". O podziale tym pisałem np. w artykule pt. "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej." ("zapamiętali w swoim indywidualizmie intelektualiści wykazują chorobliwą skłonność do nauczania, nie uznają podporządkowania się i rozmowy równych sobie partnerów") lub "Głos w dyskusji o mediach lewicy" ("Brak sporów, ich wygładzanie, lub niedostrzeganie, znamionuje nie jakąś sielankę, lecz jest oznaką uwiądu intelektu"). Dodam do tego tylko uwagę, że środowisko lewicowych "znanych osób" tworzą indywidua wyróżniające się solipsyzmem powodującym m. in. brak zainteresowania poglądami innych ludzi i przez to niezdolnych do działania zespołowego, co również źle wróży podjętej inicjatywie.

Należy tu wspomnieć o niepisanych, ale ściśle przestrzeganych zasadach obowiązujących na spotkaniach owych lewicowych "znanych osób". Znajomość tych zasad uzyskałem głównie ze znajomości przebiegu imprez mających albo wyraźnie określone jednoczenie jako cel, albo intencja ta, choć nie zwerbalizowana, daje się wyraźnie zauważyć. Mam na myśli opisy tzw. debat redakcyjnych obficie prezentowanych przez "Forum Klubowe" i "Przegląd Socjalistyczny", oraz relacje świadków pertraktacji dotyczących tworzenia koalicji przedsiębranych przed każdymi wyborami. Muszę, co prawda, przyznać, że nie przypominam sobie żadnej tego rodzaju imprezy, w której uczestniczyła/uczestniczył ktokolwiek z grupy czworga autorów apelu, co może nasuwać słuszną wątpliwość, czy jest usprawiedliwione przypisanie im praktykowanie wspomnianych zasad. Niemniej, chociaż z pamięci mogę wymienić tylko kilka nazwisk czynnych uczestników tego rodzaju akcji (Leszek Miller, Jolanta Banachowa, Leszek Lachowiecki, Maria Szyszkowska, Bartosz Machalica, Andrzej Ziemski) stanowczo twierdzę, że czwórka autorów wyraźnie się z tym środowiskiem solidaryzuje, nie zgłaszając zastrzeżeń zdradza uznanie dla obowiązujących tam złoczynnych norm, a ich niezdolność do podjęcia wymiany opinii widoczna jest choćby we wspomnianym braku adresu dla dyskusji.

Zasady te, moim zdaniem stawiające pod znakiem zapytania sens apelu, są to: 1) unikanie konkretu, 2) zamazywanie lub przemilczanie różnic zapatrywań, 3) brak odpowiedzialności za słowa i wynikające z tego 4) traktowanie debaty jako epizodu oderwanego od wszystkich innych zaszłości, nie posiadającego powiązania z wydarzeniami wcześniejszymi i pozbawionego jakiejkolwiek kontynuacji. Twierdzę, że inicjatywa naprawcza może być skuteczna jedynie, jeśli od tego rodzaju wypaczonych norm stanowczo i jednoznacznie się odżegnamy. A tego w apelu nie widzę nawet w stopniu śladowym. Nie ma tam nic, co wskazywałoby na świadomość nieudanych wcześniejszych prób, na potrzebę opisania oraz przeanalizowania różnic i błędów, na zobowiązanie się Autorek i Autorów do odpowiedzialności za słowa, że sprawa nie skończy się w sposób typowy dla wszystkich poprzednich podobnych inicjatyw (przykładu dostarczył ostatnio Miller, który po odprawieniu sławetnego Kongresu traktuje po prostu sprawę jako niebyłą).

Tak więc, w odpowiedzi na omawiany apel należy wezwać grona autorek i autorów tego dokumentu, by przed skierowaniem do innych wołania o jedność, sami wyzbyli się opisanych przywar powodujących niemożność porozumienia się. Naprawianie świata zawsze należy zaczynać od siebie.

Powrót na str. główną





POSZUKIWANIE PRZYCZYN SŁABOŚCI LEWICY [IV 2015 r.]

Szukam sposobu poprawienia fatalnego stanu lewicy polskiej. Jest dla mnie oczywiste, że należy zacząć od próby określenia okoliczności, które do takiego upadku doprowadziły. Jako marksista uważam, że tylko analiza faktów może doprowadzić do prawidłowego zdiagnozowania teraźniejszości, do określenia przyczyn, które zadecydowały o jej aktualnym kształcie i do uzyskania wytycznych działania naprawczego. Otóż taki tryb postępowania dowodzi, że - jak to bardziej szczegółowo postaram się wykazać - słabość lewicy jest wynikiem wzajemnie się warunkujących: po pierwsze odstępstwa od zasad postępowania stanowiących istotę lewicowości (a także socjalizmu, marksizmu, komunizmu itp.), po drugie zanik racjonalnej myśli, degrengolada intelektu.

Gdy chodzi o wspomnianą analizę faktów, dla uzyskania pełnego obrazu, ponieważ polska lewica nie jest tworem samoistnym, lecz stanowi część ukształtowanej w rozwoju historycznym lewicy ogólnoświatowej, należałoby badanie rozciągnąć w czasie i w przestrzeni. Przyjmując zarazem, że Marks w stopniu wystarczającym dokonał takiej retrospekcji, oraz że prawidłowo określił swoją współczesność, winienem opisać historię ruchów robotniczych poczynając od I-szej Międzynarodówki. Jest to oczywiście zadanie nie tylko przekraczające moje możliwości, lecz wymagające współpracy wielu badaczy dorównujących wiedzą, zdolnościami i pracowitością wspomnianemu twórcy podstaw.

Sądzę jednak zarazem, że dla uzyskania poprawnych, praktycznych wniosków, wystarczy analiza uproszczona, obejmująca zdarzenia w Polsce, w ciągu ostatnich 20 lat. Trzeba jednak przy tym mieć na uwadze, że dokonując jakichkolwiek odwołań do stanu lewicy w momencie wybranym jako wyjściowy, mamy do czynienia nie z tworem idealnym, lecz obciążonym dość nieokreślonymi uwarunkowaniami powstałymi wcześniej i pod znaczącym wpływem zdarzeń zaszłych na obczyźnie, a przyjęte ograniczenie może zmniejszyć wartość uzyskanych wskazówek postępowania naprawczego. Jednak największą korzyść, jaką może odnieść lewica z tego uproszczenia, polega na tym, że dają one szansę na niezwłoczne przerwanie panującego uwiądu myśli marksistowskiej, na rozwinięcie dyskusji obejmującej nie tylko "mędrców", lecz przede wszystkim wiodącą klasę, która - jak to wynika z dokonanej przez Marksa analizy - jedyna jest w stanie zarówno tworzyć zmiany, jak i nimi kierować.

Jak wspomniałem, przeprowadzone krytyczne badanie zdarzeń wskaże jednoznacznie na to, że o aktualnym stanie lewicy polskiej zadecydowały dwa warunkujące się wzajemnie czynniki: degeneracja ideowa i zanik intelektu. Wszyscy bowiem nasi rodacy, głoszący zgodność swego postępowania z zasadami wynikającymi z ideologii, nie tyko odstępują w praktyce od tych zasad, lecz bezmyślnie je upraszczają. Polega to na tym, że ideologia (demokratyzm, lewicowość, socjalizm, komunizm itd.) zostaje bezrefleksyjnie ograniczona do jej postaci mglistej, wyrażonej zlepkiem frazesów o walce z wyzyskiem czy innym bezprawiem itp., zaś konkretny wyraz przyznawany jest jedynie kilku prostym, traktowanym jako dogmaty, postulatom (np. progresja podatkowa, wiek emerytalny, świeckość państwa itp.). Takie postępowanie jest przyczyną błędów, gdyż wspomniane postulaty w rzeczywistości mają sens jedynie wówczas, gdy zostają wyprowadzone jako konieczny wniosek wynikający z prawidłowo wykonanego marksistowskiego rozpoznania warunków bazowych. Jeśli mamy ideę lewicowości traktować rozumnie, to warunki bazowe, obejmujące jako istotny składnik stan mentalny społeczeństwa uformowany przez zdarzenia przeszłe, powinny stanowić nasz główny przedmiot zainteresowania, a widoczne niedopełnienie tego wymagania jest przejawem wspomnianego zaniku intelektu.

Jak więc próbowałem to wykazać, podstawą działania musi być analiza zdarzeń oraz, że zacząć można od przeglądu uproszczonego, ograniczonego czasowo, przestrzennie i przez pominięcie szczegółów. Przystępując do tego, muszę jeszcze podkreślić, że okolicznością utrudniającą powzięty zamiar jest brak możliwości skorzystania z pracy autorów poprzedzających mnie w rozwijaniu podjętego tematu (podkreślam, że chodzi mi o odkrycie przyczyn słabości oparte na analizie faktów, a nie na scholastycznym rozważaniu zgodności z ideami czy - ściślej - z dogmatami w wyobraźni naszych lewicowców zastępującymi idee). Po prostu - co wydaje się nieprawdopodobne! - nikt dotąd w Polsce takiego zadania nie podjął, lub jeśli taki ktoś istnieje, to jego pracy nie uznają za godne minimum uwagi ani media lewicowe, ani widoczni w publicystyce autorzy tej orientacji. Jedynego bowiem, znanego mi, aspirującego do objaśniania klęski lewicy artykułu Rafała Chwedoruka „Przyczyny i uwarunkowania porażki wyborczej SLD w 2011 roku” nie mogę traktować poważnie ze względu na szereg absurdalnych założeń przyjętych przez Autora. Mam tu na myśli przede wszystkim pominięcie zdarzeń z okresu przed rokiem 2006, gdy znaczącą postacią w polityce był Leszek Miller (pominięcie to wskazuje na LM jako prawdopodobnie zleceniodawcę wspomnianej pracy oraz jej cenzora), pominięcie rzucającego się w oczy faktu braku na bieżąco krytyki popełnianych błędów (również przez samego, omawiającego poniewczasie te błędy Autora!), oraz brak rzeczowych (np. spadek poparcia po popełnieniu opisywanego błędu) dowodów destrukcyjnego wpływu przytaczanych "przyczyn poniesionej klęski".

Przechodząc do tematu zacznę od przypomnienia spadku poparcia, jaki lewica przeżywała w związku z likwidacją PRL. Pierwszą po tym odrzuceniu oznaką odzyskiwania zaufania społeczeństwa był sukces w wyborach 1993 roku odniesiony przez partie określane w mediach prawicowych jako "postpeerelowskie" a nawet "postkomunistyczne". W następujących później sondażach i wyborach nastąpiło już wyraźne wyodrębnienie lewicy, która reprezentowana w parlamencie i praktycznie w całym życiu politycznym kraju przez jedyną partię (początkowo SDPR, a po zmianie nazwy - SLD) zyskiwała stopniowo coraz więcej zwolenników. Apogeum tego wzrostu zaufania osiągnięto przed wyborami 2001-go roku. Od tego momentu zaczyna się szybki spadek poparcia wykazywany przez kolejne sondaże i głosowania w wyborach. Na koniec, od roku 2005 poważanie lewicy w społeczeństwie ustabilizowało się oscylując wokół 10 %. Krańcowe wartości tych ograniczonych zmian wykazały sondaże - o ile pamiętam - w roku 2006 dając nieco poniżej 5 % i w roku 2008, po intensywnych staraniach Napieralskiego - około 16 % deklarujących wolę głosowania na kandydatów do władz zgłaszanych przez SLD ew. w jakiejś koalicji.

W całym tym następstwie zdarzeń tylko spadek poparcia wywołany w roku 2001 przez zapowiedź zniesienia ulg komunikacyjnych dla studentów, pozwala na wyraźne określenie działającej natychmiast przyczyny. Nie mniej obecnie, z perspektywy lat widzę błędy o dalekosiężnych konsekwencjach, które w tym momencie popełniliśmy. Poprzestano bowiem na skonstatowaniu, że źle się stało, że niestety nie będziemy mieli bezwzględnej większości w Sejmie, no ale dokooptuje się koalicjantów i jednak będzie można skutecznie rządzić, więc nie ma powodów do rozwodzenia się nad tym, co i dlaczego dokładnie się stało. A jednak należało wpadkę dokładnie przeanalizować, gdyż stworzyła ona szansę zapobieżenia przyszłym potknięciom przez to, iż ujawniła przejawy własnych naszych słabości, zarówno nowopowstałych, jak i tych, które od dawna istniały stopniowo narastając. Z góry zastrzegam, że ta analiza, którą powierzchowny obserwator określi jako odejście od tematu, od poszukiwania przyczyn niepowodzenia lewicy, właśnie te przyczyny odsłoni i dokładnie, w szczegółach, pozwoli nie tylko je opisać, ale również wskaże potrzebne działania naprawcze. Proszę więc o cierpliwość.

Po pierwsze nie zastanowiliśmy się nad pytaniem, czy prof. Belka, jako kandydat na ministra winien był po prostu przed wyborami stosować taktykę unikania konkretów co do swoich zamierzeń, czy błędu należy szukać nie w doraźnych (taktycznych) zagrywkach, lecz w zasadach postępowania. Pamiętam bowiem dokładnie (niestety nie na tyle dokładnie, bym potrafił przytoczyć konkretne wypowiedzi), że konieczność ograniczenia utrudniającej zarządzanie finansami, ogromnej ilości ulg, przywilejów itp. była głoszona, a społeczeństwo deklarowało dla niej zrozumienie i poparcie. Czy w takim razie w omawianym zdarzeniu politycznym ujawniła się głupota społeczeństwa, którego poszczególne człony bezmyślnie głoszą zgodę na zmiany, ale "nie na moim podwórku"? A może jednak zaważyła forma oświadczenia sugerującego, że zmiany będą wprowadzane odgórnie, bez porozumiewania się z obywatelami, bez wysłuchania i wspólnego z nimi rozważenia opinii? Tu wspomnę, że na korzyść tej drugiej tezy przemawia sukces (co prawda tylko częściowy, ale wyraźny!) negocjacji prowadzonych w trakcie opracowywania tzw. planu Hausnera. Przypominam, że plan ten, przewidujący znaczne ograniczenia przywilejów branżowych został zaakceptowany przez czynniki społeczne właśnie w wyniku żmudnych negocjacji i dopiero, kierowane ciasno pojmowanym interesem własnego stronnictwa, decyzje posłów do Sejmu spowodowały zniszczenie tej inicjatywy. Tego zaś, że dla efektywnego zarządzania dobrem społecznym konieczne jest, by obywatele mieli świadomość rzeczywistego udziału w decyzjach, dowodzono wielokrotnie i w sposób wykluczający zakwestionowanie wniosków. Dla przykładu wymienię, w pierwszej kolejności znakomitą książkę "Przewodnik po demokracji bezpośredniej. W Szwajcarii i nie tylko" (autorzy Rolf Büchi, Nadja Braun, Bruno Kaufmann) dostępną jako darmowy e-book, oraz wydaną kilka lat temu Rafała Górskiego "Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu". Można więc uważać za pewne, że jeśli nawet wspomniana głupota odegrała jakąś rolę w zrażeniu społeczeństwa do SLD, to naruszenie poczucia obywateli rzeczywistego udziału w zarządzaniu państwem miało wpływ zasadniczy.

Wniosek co do tego, że spadek poparcia powoduje nie tyle błąd, ile brak rozmowy ze społeczeństwem, potwierdza dodatkowo fakt, że podobnie źle przyjęta, krytykująca poszkodowanych przez powódź nieubezpieczonych rolników wypowiedź premiera Cimoszewicza została post factum omówiona ze społeczeństwem i w rezultacie nie spowodowała zmniejszenia zaufania do lewicy.

Ta konkluzja wymusza wynikające z niej wnioski. Po pierwsze, natychmiast po stwierdzeniu spadku poparcia należało spróbować odzyskać zaufanie społeczeństwa. Tak więc kandydat na premiera winien powiedzieć "przepraszam" (marginesowo wspomnę, że Tusk kilka razy powiedział to słowo, przywódcom SLD nie zdarzyło się to nigdy! co w sumie może być jedną z przyczyn różnicy między zmiennością szans wyborczych SLD i względną trwałością koniunktury PO), a następnie usilnie zapewniać, że istotne dla obywateli decyzje będą przed ich powzięciem konsultowane. Po drugie należy przemyśleć, czy może inne wydarzenia poprzedzające omawiany incydent stworzyły podstawy do uformowania się nastawienia społeczeństwa sprzyjającego narastaniu przekonania o wyobcowaniu się władz SLD, o tym, że ludzie stanowiący aparat decyzyjny partii pojmują swój mandat udzielony przez obywateli w akcie wyborczym jako przyzwolenie na autokrację?

Nie potrafię wskazać zdarzeń dowodzących skuteczności przepraszania i kajania się władzy przed społeczeństwem, natomiast istnieje ogromny materiał dowodowy dotyczący drugiej z wymienionych kwestii i sprawę należy - choćby w skrócie - omówić. Wspomnę przy tym, że psychika normalnego człowieka wyklucza dwoistość. Albo jestem przekonany o wyższości własnych decyzji nad potrzebą dostosowywania ich do woli innych zainteresowanych, albo jestem szczerym demokratą, a to wewnętrzne nastawienie przejawi się w każdej sytuacji. Chodzi zaś konkretnie o zachowanie zasad demokratyzmu w zarządzaniu partią i państwem. Ludzie, którzy działając w partii uformowali sobie przeświadczenie o wartości autokracji, w zarządzaniem państwem będą popełniali wynikające z tego nastawienia błędy. Dlatego omawiając kwestię porozumienia władzy z podwładnymi należy czynić to bez rozróżnienia, czy owo porozumienie dotyczy stosunków wewnątrz państwa czy w partii.

Tak więc człowiek przekonany o słuszności jakiegoś konkretnego postępowania (w tym wypadku chodzi o podejmowanie decyzji bez omówienia sprawy z tymi, którzy skutki tej decyzji odczują) będzie zdradzał to nastawienie mimowolnie także w sytuacjach, gdy wie, że uświadomienie tego przekonania innym będzie miało dlań przykre konsekwencje. Niezależnie od tej, wynikającej z natury ludzkiej psychiki możliwości utraty zaufania, nawet gdy komuś uda się zapanować nad własnymi odruchami tak, że nie będzie popełniał opisanego błędu, ludzie aparatu zarządzającego SLD trwają w przekonaniu, że łamanie zasad demokratyzmu wewnątrz partii nie zaniepokoi ogółu wyborców, lub nawet nie zostanie przez nich zauważone, jeżeli nikt o tym nie będzie informował opinii publicznej. Jest to przekonanie błędne, aczkolwiek na ogół opinia ta zostanie zwerbalizowana jedynie w postaci stwierdzenia, że dany polityk kłamie, bez dokładnego wyartykułowania, o jakim konkretnie "kłamstwie" mowa. Pozwala to SLDowskim aparatczykom z Millerem i Napieralskim na czele utrzymać pogodny nastrój w warunkach, gdy gwarantowane w Statucie uprawnienia członków do rzeczywistego udziału w kształtowaniu strategii i taktyki są skutecznie sprowadzone do czysto formalnego udziału w ustawianych przez aktualnie rządzącą koterię głosowaniach. Fakty dowodzą, że chodzi tu o świadome postępowanie dające się wyrazić w kilku zdaniach brzmiących:

"Wymagania statutu łamiemy. Opinia publiczna co prawda głosi, że oszukujemy, jednak ponieważ zarzut dotyczy również naszych konkurentów do władania krajem (wg powszechnej opinii wszyscy politycy kłamią), a nikt nie wypomina nam wyraźnie, że chodzi właśnie o niezachowanie podstawowych norm demokracji, wszystko jest w porządku. Pozostaje więc narzekać na brak rozsądku obywateli, którzy nie wierzą naszym zapewnieniom, że pod naszymi rządami będzie kwitła praworządność, liczenie się z wolą obywateli itp. no i czekać aż rzucane przez nas demagogiczne hasła, organizowane kongresy zjednoczeniowe i podobne przedstawienia spowodują, że kolejny lider SLD uzyska status uwielbianego przez naród wodza."

Niestety ci, którzy zdają sobie sprawę z tego, że cała ta maskarada ani z socjalizmem ani z demokracją nie ma nic wspólnego, zamiast przeciwstawić się łamaniu statutu odeszli z partii zostawiając w niej większość fałszywie rozumiejących lojalność klakierów. Uważam za wysoce prawdopodobne, że takie postępowanie jest istotnym powodem niskiej oceny nie tylko SLD lecz całej lewicy.

Samo łamanie zasad podstawowych zarówno dla demokratyzmu, lewicowości i socjalizmu nie wyczerpuje listy prawdopodobnych przyczyn braku zaufania do lewicy, Charakter więzi i zależności łączących sprawujących władzę przejawia się w niezliczonych sytuacjach. Zacznę od spostrzeżenia dokonanego przez profesora Jerzego Wiatra, zapisanego w zeszycie nr 1 z 2010 roku kwartalnika "Myśl socjaldemokratyczna" w artykule "SdRP 1990 - 1998: nowa partia polskiej lewicy". Choć w artykule tym odkrywanie przyczyn powodzenia i późniejszych porażek nie jest przedstawione jako cel, wątek ten daje się zauważyć. Taki jest przecież podtekst dotyczących SdRP uwag np. na str. 8: "Nie była to partia wodzowska" i "sporne kwestie rozstrzygane były w głosowaniu, niejednokrotnie poprzedzonym burzliwymi dyskusjami" a następnie, w odniesieniu do późniejszego okresu: "zaczęły występować ... podziały i rywalizacje personalne ... słabł demokratyzm życia partyjnego", które razem dają świadectwo stopniowego ujawniania się tendencji, które - w moim przekonaniu - stanowią obecnie o słabości całej lewicy. O ile bowiem, gdy ograniczyć się do omawiania stosunków wewnątrz którejkolwiek partii lewicowej, opisane przez JW zjawiska dadzą się zamknąć w obszarze określonym opisanym wyżej łamaniem Statutu, to wyraźna jest ich powszechność występująca poza partiami w gremiach nieformalnych a nawet w działalności poszczególnych osób, gdzie o zgodności lub niezgodności z jakimikolwiek spisanymi zasadami nie może być mowy. Gdy więc chodzi o całą lewicę w szerokim tego słowa znaczeniu, należy uświadomić sobie, że jej słabość wynika z niezachowania konstytuujących ją zasad w czym oczywiście zawiera się jako istotny składnik łamanie przepisów statutowych przez członków tych gremiów, które tego rodzaju dokument posiadają.

Uzyskałem więc na samym wstępie analizy doprowadzonej do roku 2001 dane wskazujące na duże prawdopodobieństwo istnienia związku przyczynowego między spadkiem zaufania społeczeństwa do lewicy z brakiem w niej zasad demokratyzmu oraz z zanikiem intelektu przejawiającym się m. in. zanikiem dyskusji i tolerowaniem wodzostwa. Uważam, że następne wydarzenia do chwili obecnej wniosek taki potwierdzają. Nie będę jednak omawiał postępującego marazmu intelektualnego, o którym sporo pisałem w dostępnych w Internecie artykułach takich jak np. "Głos w dyskusji o mediach lewicy", "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej", oraz "Intelektualny regres polskiej lewicy". W dalszym ciągu artykułu zwrócę uwagę wyłącznie na postępowanie sprzeczne z zasadami.

W pierwszej kolejności należy przypomnieć dwa zdarzenia, których wpływ na spadek poparcia jest bezdyskusyjny. Chodzi o "aferę Rywina" i o serię ujawnień korupcji wśród wysoko postawionych w partii osób, oraz następującego po tym naiwnie sporządzonego spektaklu fikcyjnej weryfikacji. Znowu więc występują tu okoliczności wskazujące na to, że wyborców zraziło nie tyle popełnienie błędu, ile sprzeczna z zasadami reakcja partii. Przecież od dawna wiadomo, że główną okolicznością sprzyjającą wykorzystaniu funkcji do osiągania nielegalnych korzyści jest brak jawności. W obu zaś tych wypadkach stało się widocznym, że zarządzanie partią jest ukrywane przed członkami. Nie tylko sprawa nie była dyskutowana przez partię, lecz wyraźnie zostało pokazane, że przewodniczący SLD jest "świętą krową", nie podlega żadnej kontroli nie mówiąc już o krytyce, co w mniejszej - co prawda - skali dotyczy również innych funkcjonariuszy partyjnych.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że w podobnej sytuacji przewodniczący PO Donald Tusk potrafił powiedzieć publicznie "przepraszam", na lewicy zaś nawet tego gestu nie było, która to różnica może tłumaczyć utrzymanie się poparcia w wypadku rządzącej do chwili obecnej prawicowej partii, zestawione z katastrofą lewicy. Tak więc znowu widzimy, że obywateli zraził wyraźnie ukazane niezachowanie zasad uczciwości i odpowiedzialności. Zarazem dalsze wydarzenia, jak decyzja o udziale w awanturze irackiej, czy opisane we wspomnianym artykule Chwedoruka także uwidaczniają, że w SLD liczy się tylko wola przewodniczącego. I trudno wyobrazić sobie, że nie jest to odczuwane przez wyborców, że nie powoduje utraty ich zaufania, co - jak wskazują kolejne sondaże - postępuje nadal.

Powrót na str. główną





E-mailowanie z ideą zjednoczenia w tle [XII 2014 r.]

Wyjaśnienie wstępne
  Przedstawiam korespondencję internetową, która nastąpiła po moim e-mail zatytułowanym "Wnioski ogólne z jednostkowego przykładu" zaadresowanym: redakcja@klubwmpg.pomorskie.pl, sld@sld.org.pl, redakcja@sld.org.pl, pomorskie@sld.org.pl, rzecznik@sld.org.pl, redakcja@socjalizmteraz.pl, redakcja@przeglad-socjalistyczny.pl, redakcja@lewica.pl, czeslaw.kulesza@rspps.org.pl, "Red. Brzask" + adresy ukryte prywatnych osób. Do tych samych Adresatów wysyłałem również kolejne listy starając się informować ich o treści korespondencji związanej z założonym tematem. W nin. notatce pominąłem treści nie mające istotnego związku z głównie interesującą mnie kwestią zjednoczenia lewicy. Uwzględniłem jedynie, jako wątek uboczny, wspomniane ogólnikowo przez prof. J. Tittenbruna znaczenie klas w marksizmie.

9 XII 2014 18:57:56 napisał Stach Głąbiński:
   Jednym z przejawów marazmu intelektualnego niszczącego polską lewicę jest milczenie i bierność wobec opinii w sprawach decydujących o istnieniu naszej formacji ideowej.
   Kilka dni temu otrzymałem e-mail, w którym napisano: "świetnie ujął problem, o którym mówimy, Tymoteusz Kochan w swoim artykule". Wprawił mnie ten list w zakłopotanie. Przez kilka dni zastanawiałem się nad odpowiedzią, która siłą rzeczy dotyczy sprawy w moim przekonaniu bardzo ważnej. Mam na myśli myśl lewicową, sposób w jaki ona kształtuje się w umysłach zwolenników tej orientacji politycznej. A w tej kwestii nie mogę pozwolić sobie na przemilczanie, lub niejednoznaczność.
   Otóż jestem zdania, że artykuł, o którym mowa, czyli Tymoteusza Kochana
"Lewica - socjalizm albo śmierć" stanowi przykład, w którym szczególnie wyraźnie widoczne są wszystkie błędy i niedostatki współczesnej polskiej myśli lewicowej odpowiedzialne za myśli tej jałowość. W pierwszej kolejności wymienię tu brak rzeczowości przejawiającą się m. in. jako pozbawiona konkretu, wręcz oparta na frazesach argumentacja, a także widoczną w operowaniu niejasnymi określeniami (idea, socjalizm. lewica, marksizm), których pojmowanie przez Autora jawi się jako wewnętrznie sprzeczne. Drugi błąd polega na niedostrzeganiu tego, co piszą i mówią inni (np. Jarosława Augustyniaka "Najwyższy czas na lewicowy radykalizm” lub Andrzeja Ziemskiego "Dziesięć wyzwań dla lewicy" w Przeglądzie Socjalistycznym nr 3-4 (42-43) / 2013). Tą wadę autorów lewicowych obrazowo porównuję do tokowania głuszca do tego stopnia zaabsorbowanego swoim gdakaniem, że nie jest w stanie dostrzec niczego w otoczeniu. I na koniec - co wiąże się zresztą ze wspomnianym brakiem rzeczowości - rozmijanie się deklarowanego w tytule tematu zarówno z treścią poszczególnych słabo ze sobą powiązanych tworzących całość wątków, jak i z nieuświadomionym, rzeczywistym motywem, który skłonił autora do stukania w klawiaturę.
   I tak np. gdy wspomniałem o frazesach, to jak inaczej określić rady TK zawarte w zdaniach:
   "Lewica socjalistyczna przemawiać musi dziś zarówno do najbiedniejszych i pauperyzowanych, jak i do kadr biurokratycznych, ... inteligencji, warstw artystycznych, czy odczuwających strach kadr menadżerskich. Tu nie pomoże język reform, tu nie wystarczą punkty programowe. Lewica potrzebuje dziś Socjalizmu nie tylko jako racjonalnego składnika politycznego programu, ale jako zaklęcia, wizji dziejowej, przepowiedni i utopii, ... zastąpić nieudolne budowanie utopii II RP przez ideologię kapitalistyczną, ... Polityka w wydaniu lewicy zbyt często jest dziś spisem zadań programowych, zbyt rzadko posiada ładunek emocjonalny, życzeniowy i jednoczący na poziomie symbolicznym i etycznym."
   Na czym mianowicie ma polegać owo przemawianie do różnych części społeczeństwa? co to takiego jest "język reform"? dlaczego wyrażanie programu w sposób uporządkowany (w "punktach") ma być niewłaściwe? co Autor ma namyśli pisząc o jakiś "zaklęciach, wizji i utopii"? czy chodzi mu o zastąpienie programu czymś w rodzaju mickiewiczowskich ksiąg pielgrzymstwa, lub innymi bredniami? na czym polega "jednoczenie na poziomie symbolicznym i etycznym"?
   Odpowiedzi na te pytania w założeniu mają być objaśnione w dalszej części artykułu. Okazuje się przy tym, że jedyne, co konkretnie zostało przedstawione, to postulat prostowania fałszywych opinii o PRL. Teza bardzo słuszna, pytanie tylko, jak tego dokonać, gdy publiczność jest zrażona jałowością naszpikowanych frazesami lewicowych tekstów? a także, czy piłowanie tego jednego tematu wystarczy, by odzyskać zaufanie społeczeństwa, które przecież niedawno udzieliło nam 50 % poparcia? Przecież przed tą fatalną kompromitacją zaufanie wzrastało mimo, iż specjalnie wybielaniem PRL nikt się nie zajmował! A na koniec: czy do przedstawienia tak prostej propozycji rzeczywiście zacytowany zbiór górnolotnych frazesów jest potrzebny?
   I podobnie w dalszym ciągu omawianego artykułu można wskazać kolejne przykłady określeń pozbawionych konkretnej treści i nie objaśnionych, a szczegółowe omawianie tych niejasności i nonsensów mija się z celem, gdy Autor nie jest zainteresowany wspólnym przemyśleniem jakichkolwiek różnic zapatrywań. I tu muszę wspomnieć, że chyba na aberrację świadomości wyglądają budujące uwagi o potrzebie jedności przy widocznym u JK i całego zespołu Socjalizm Teraz absolutnym brakiem zainteresowania tym, co lewicowcy piszą i czynią. To niezrozumiałe postępowanie jest zresztą na lewicy powszechne, co - jak sądzę - w sposób zasadniczy przyczynia się do widocznego zaniku zdolności do konstruktywnego myślenia.

10 XII 2014 14:28:11 napisał prof. Jacek Tittenbrun:
   Zgadzam się z tą diagnozą. Bardziej precyzyjnie należy określić te wady jako sekciarstwo, jakiemu towarzyszy koteryjność, a okazjonalnie klikowość środowisk o jakich mowa. Apeli o jedność ruchu miałem już okazje wysłuchiwać na pęczki, z bardzo ograniczonymi efektami - do elit partyjnych. Dodam do tych defektów braki teoretyczne: gdzie są w tym tekście klasy, co jest rażące zwłaszcza wobec tego, ze autorem jest socjolog, niewypierzony co prawda, ale jednak.

13 XII 2014 23:26:40 napisał Stach Głąbiński:
   Rzeczywiście, słowo "klasa" w artykule JK nie występuje. Upieram się jednak przy swoim przekonaniu (wyrażonym we wcześniejszej korespondencji), że twierdzenie podstawowe (tu konkretnie - podział społeczeństwa na klasy) nie musi być w publicystyce przypomniane dosłownie. Wystarczy, że treść jest zgodna z takim twierdzeniem, a ono samo pozostaje wtedy ukryte. Np. w zdaniu "proletariusze wszystkich krajów łączcie się" nie jest wspomniane explicite, że chodzi tu o efektywne prowadzenie walki klas. Takie uzupełnienie tego apelu raziło by niepotrzebną, wręcz urzędniczą skrupulatnością. To tak, jakby ktoś uważał czytelników za niezdolnych do samodzielnego zrozumienia podstawowej kwestii. A w tekście TK świadomość zarazem klasowego solidaryzmu i konfliktu międzyklasowego są - moim zdaniem - widoczne bez ich imiennego wspomnienia. Rzeczą dyskusyjną są natomiast sformułowania poszczególnych zdań.
   Zarazem wyrażam obawę o możliwość zagubienia w toku wymiany poglądów świadomości, że podstawowym dla istnienia lewicy jest nawiązanie i następnie podtrzymywanie dialogu. Musimy zrozumieć, iż lewicę zabija brak dyskusji, konfrontacji poglądów. Wzajemne komunikowanie się jest konieczne zarówno jako podstawa jedności, jak i dla zachowania sprawności umysłowej. Jestem głęboko przekonany, że ukazana na konkretnym przykładzie intelektualna nicość będącej zbiorem monologów publicystyki lewicowej wynika głównie z braku dyskursu, z izolowania się prowadzącego do zaniku myśli. Jeśli tego nie zmienimy, nie widzę szans nie tylko dla ożywienia i uprzedmiotowienia publicystyki, lecz więcej - dla obudzenia świadomości realnego sensu idei lewicowej i w konsekwencji tego - dla odbudowy zaufania społeczeństwa do lewicy.

15 XII 2014 15:35:22 napisał prof. Jacek Tittenbrun:
   Pana uwagi nie bardzo pasują do danego przypadku, wszak TK wypowiada sie nt. "kadr menedżerskich" i innych nazwanych grup spol., nie identyfikując ich klasowo. Chodzi nie o terminy, lecz POJĘCIA, a tych nie ma w wypowiedzi. A zatem nie ma i myślenia w kategoriach klasowych, bez jakiego wszelkie gadanie o marksizmie itp. jest ubolewania godne.

15 XII 2014 21:06:00 napisał Redakcja Portalu Socjalizm Teraz:
   Szanowny Panie, nie interesuje nas wewnętrzna korespondencja Pana i prosimy o nieprzesyłanie na adres redakcji portalu swoich korespondencji z osobami trzecimi, co zresztą jak sądzimy jest też w interesie tych osób trzecich, gdyż nie przypuszczamy, aby udzielały one panu zgody na upublicznianie swoich tez i poglądów.
   Twierdzenie, które pan przedstawia, jakoby nasz portal nie interesował się publicystyką, czy działalnością innych przedstawicieli lewicy jest kompletnie idiotyczne i fałszywe. Członkowie naszej redakcji znają, współpracują i kontaktują się z autorami portali takich, jak strajk.eu, lewica.pl, lewica24.pl i inne. Są też członkami redakcji i współpracownikami innych portali.
   Wspomniany przez Pana Jarek Augustyniak pisał dla naszego portalu teksty i jest też w ciągłym kontakcie z nami, poprzez portale społecznościowe odbywa się też nieustanna wymiana myśli pomiędzy większością autorów lewicy pozaparlamentarnej w Polsce. Warto dodać, że członkowie naszych redakcji uczestniczą też w spotkaniach poświęconych lewicy na żywo, np. w ostatnim (sobotnim) spotkaniu lewicy wrocławskiej dotyczącym przyszłości lewicy, gdzie przy jednym stole spotkali się przedstawiciele RSS, PPS i innych organizacji lewicy.
   W świetle powyższego prosimy więc o zaprzestanie korespondencji i możliwe przemyślenie swojej postawy...

2 I 2015 17:32:55 napisał Stach Głąbiński:
   List przesłany przez Redakcję Portalu "Socjalizm Teraz" uważam za ważne wydarzenie z dwu względów. Po pierwsze pozwala mieć nadzieję na istnienie na lewicy ugrupowań, które zdolne są zareagować na to, co dzieje się poza własnym "światkiem" zamkniętym i zastygłym w granicach izolowanego zaścianka. Po drugie widoczne w tym e-mailu symptomy pozwalają na bardziej wyraziste wskazanie niedostatków naszej lewicy.
   Wspomniana nadzieja dotyczy tego, że list Redakcji ST wyłamuje się z praktykowanego przez wszystkich (chlubny wyjątek stanowi witryna dyktatura.info) ignorowania każdej opinii, która mogła by zakłócić pozostawanie w błogim przeświadczeniu o własnej doskonałości. Nie jest ten wyłom głęboki, gdyż - przynajmniej na razie - mamy list skierowany wyłącznie do mnie, podczas gdy na stronach witryny ST dostępnych dla ogółu czytelników żadnego śladu tej wymiany opinii nie ma tak, jakby redakcja bała się przyznać publicznie, że zwróciła uwagę na zdanie kogoś nie należącego do grona osób zaufanych, dających rękojmię niewyłamywania się z przyjętych konwenansów. Niemniej w porównaniu z reakcjami innych "lewicowych" redakcji jest to wiele tym bardziej, że (co już jest ewenementem!) w liście przedstawiono próbę rzeczowej argumentacji przeciw mojemu zarzutowi o brak zainteresowania zewnętrznym kręgiem zapatrywań na istotę lewicowości. Zakładam więc, że mimo żądania bym przerwał korespondencję, jest szansa na pobudzenie szacownego gremium do zastanowienia się, czy krytyka choć bolesna może jednak stwarza szanse rozwoju, czy nie dało by się z niej wysnuć konstruktywnych wniosków? Sądzę też, że sprawa jest istotna dla jedności lewicy, co interesuje nas wszystkich.
   Wracając do listu, który otrzymałem od ST należy zastanowić się nad wspomnianą argumentacją. Pominę wzmiankę o działce ST na Facebooku, gdzie udało mi się znaleźć raptem jeden post z biadoleniem, że Polacy są mało aktywni, czemu zresztą przeczą np. uliczne wyczyny PiSowców. Natomiast jest prawdą, że ST organizuje dyskusje, podobnie jak inne redakcje lewicowe. Niestety, spotkań owych szumnie nazywanych dyskusjami lub debatami poważnie traktować nie można, gdyż de facto stanowią one zbiory monologów, z których każdy ani nie nawiązuje do jakiejś wcześniej wyrażonej myśli, ani nie stanowi wstępu do jakiegokolwiek późniejszego działania lub później wyrażonej opinii. Wyraźnie cechy te występują we wszystkich znanych mi zdarzeniach tego typu, spośród których mam dostępne w pełnym zapisie trzy:
   1. "Dyskusja o SLD. Potencjał i problemy" w "Forum Klubowe" nr 2005/5'
   2. Debata „Wartości ideowe w dyskursie publicznym” w zeszycie 2012/1-4 Przeglądu Socjalistycznego
   3. i "Jaka lewica w Polsce?" dyskusja w redakcji "Socjalizm Teraz.
   Otóż wszystkie te debaty odznaczają się miłą, bezkonfliktową atmosferą charakterystyczną dla tzw. "towarzystwa wzajemnej adoracji". Jeżeli pojawiają się odmienne zdania, konflikt zostaje natychmiast "zapomniany" przez osoby, które te wzajemnie sprzeczne zdania wypowiedziały i "niezauważone" lub przemilczane przez pozostałych i przez podsumowującego dyskusję. Z tym spostrzeżeniem koreluje dający się zauważyć, praktykowany przez każdego z osobna uczestnika spotkania, brak istotnego zainteresowania tym, co mówili pozostali współuczestnicy. Uderzające jest również zawieszenie owych debat w próżni: poza czysto formalnym nawiązaniem przez Leszka Lachowieckiego z "Forum Klubowego" do poprzedzającej konferencji, w wygłaszanych opiniach nie potrafię dostrzec śladu znajomości wcześniej opublikowanych sądów o podobnej tematyce, a sama debata nie wywołuje żadnych następstw. Obserwator widzi, że jedynym rezultatem takiego spotkania jest dobre samopoczucie uczestników.
   Uderza brak zainteresowania zabierających głos losem rzuconych swoich myśli. Ani brak reakcji pozostałych uczestników spotkania, ani milczenie osób postronnych nie spowodowały dostrzegalnych prób dotarcia do choćby ograniczonego grona słuchaczy albo czytelników, do zrekompensowania zawodu doznanego w czasie spotkania próbą ponownego przedstawienia swojego sądu w artykule lub choćby na blogu. Nie potrafię dostrzec żadnego przykładu odpowiadającego znanemu z historii "ceterum censeo". Po prostu, coś tam się powiedziało, chwilowy efekt był ... i widocznie tylko o to chodziło. W rezultacie, tradycyjnie odprawiane podsumowania dyskusji nie zawierają konkretów, są rozpaczliwymi usiłowaniami stworzenia pozorów, że dyskusja czy debata dała komuś jakąś korzyść. Taką rzeczywistość ilustruje wymowa - zapisanych w Przeglądzie Socjalistycznym - słów Andrzeja Ziemskiego kończących debatę, "Będziemy ją [debatę] kontynuować", po których mamy trwającą już dwa lata ciszę.
   Wszystko to wskazuje, że również wspomniane w liście Redakcji ST dyskusje opisane jako "znają, współpracują i kontaktują się z autorami portali takich, jak strajk.eu, lewica.pl, lewica24.pl" są w rzeczywistości monologami pozbawionymi treści wykraczających poza typowe, nieobowiązujące gadanie typowe dla towarzystw wzajemnej adoracji. Uderza dysproporcja między - z jednaj strony - znakomitym szkolnym i uczelnianym przygotowaniem uczestników świetnie posługujących się językiem polskim, kulturą wypowiedzi i logiką zachowaną wewnątrz zbioru postulatów i pojęć wprowadzonych przez przemawiającą osobę, - z drugiej zaś - brakiem realnych powiązań z całym światem zewnętrznym. Odnoszę wrażenie, iż każda z wypowiadających się osób konstruuje od hoc zbiór poprawnie powiązanych ze sobą twierdzeń niezależnych od świata zewnętrznego i z nim powiązanych jedynie formalnymi, pozbawionymi realności odniesieniami. Nie jest widoczne, ani o jakich konkretnie zdarzeniach dokonanych jest mowa, ani do kogo skierowany jest cały anons, ani jakie dające się zrozumiale i jednoznaczne wyartykułować wynikają z wypowiedzi wskazania. Zdarzają się jedynie nawiązania do pojedyńczych, wyrwanych z całości zdań poprzedzającego mówcy, jednak tak zapowiedzianego związku w realnym wymiarze nie widzę. Raczej podejrzewam, że zabierający głos usiłuje zrobić koleżeńską grzeczność i zasygnalizować, że nie śpi, że słucha mówiących i rozumie, co oni mówią. Sami zresztą przemawiający nie są zainteresowani tym, co pozostali sądzą o tym, co zostało powiedziane. Panuje niepisana umowa: nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, co powiedziałem i podobnie traktuję pozostałych, nie wnikam więc w treści tego, co mówicie i tego samego oczekuję od was.
   Nade wszystko zaś należy pamiętać, że rozmaite blogi, facebooki i niezapisane rozmowy mogą przy porozumiewaniu się, przy wymianie istotnych wiadomości stanowić cenny materiał uzupełniający, ale znaczące treści dają się wyrazić jedynie w uporządkowanym, zapisanym artykule prasowym. Tych zaś lewicowi autorzy produkują ogromne ilości jednak, jeśli pominąć wspomnianą, lekceważoną przez wszystkich witrynę dyktatura.info są to wyłącznie monologi przypominające tokowanie głuszców. Nie tędy droga do jedności!


Jak obawiałem się tego, poza listami cytowanymi i dwoma pominiętymi ze względu na odejście w ich treści od tematu jedności, nie było żadnego odzewu, co razi zwłaszcza ze strony redakcji witryn, do których adresowałem swoje uwagi. Dla uzupełnienia załączam więc kolejne dwa listy, w których podejmowałem kolejne próby podsunięcia dyskusji nad stanem lewicy polskiej.


Temat: Spostrzeżenie Fukuyamy
Data: Sun, 04 Jan 2015 21:26:01 +0100
Nadawca: Stach Głąbiński Adresat: redakcja@klubwmpg.pomorskie.pl, sld@sld.org.pl, redakcja@sld.org.pl, pomorskie@sld.org.pl, rzecznik@sld.org.pl, redakcja@socjalizmteraz.pl, redakcja@przeglad-socjalistyczny.pl, redakcja@lewica.pl, czeslaw.kulesza@rspps.org.pl, Red. Brzask , j.swieczkowski@mlodzisocjalisci.pl, foklub@wp.pl, redakcja@krytykapolityczna.pl
   Otrzymałem list zawiadamiający o dostępnej w Internecie interesującej wypowiedzi Franciszka Fukuyama. Za wiadomość jestem nadawczyni bardzo wdzięczny, co chcę wyrazić przedstawiając zarazem swoje uwagi, które powstają w wyniku pobudzenia wyobraźni przez poruszające zdarzenie. W tym wypadku chodzi o przekonanie, iż treść omawianego wywiadu zdradza istnienie błędu i to nie tylko popełnionego przez Autora, lecz również, pośrednio nasuwa przypomnienie potrzeby refleksji nad stanem lewicy. W szczególności mam na myśli lewicę przyznającą się do marksizmu.
   Otóż Fukuyama otwarcie przyznaje się do przekonania, iż bieg dziejów nie podlega żadnym poznawalnym prawom pozwalającym przewidywać przyszłe wypadki i skutecznie modyfikować ich szczegóły wg zasady maksimum korzyści przy minimum strat. Marksizm, jak wiadomo zajmuje stanowisko przeciwstawne. Prawa rządzące rozwojem społeczeństwa są poznawalne (materializm), a jedynie skomplikowane zależności tych praw od warunków bazowych i splątanie ich z kształtem nadbudowy (dialektyka) sprawiają, że zdobycie wiedzy o tych regułach jest zadaniem trudnym i - ze względu na zmienność warunków w czasie - wymagającym nieustannego powtarzania, aktualizacji.
   Zauważmy krótką wzmiankę we wprowadzeniu do omawianego wywiadu. Chodzi o słowa "... był Marks. Zdaniem Fukuyamy na tym jednak koniec ...", w których zawarto przekonanie FF o wartości i znaczeniu marksizmu, zamykając je jednak w czasie przeszłym. Dlaczego człowiek, którego inteligencja ujawniła się w tym, że mimo wyznawanego agnostycyzmu w kwestiach społecznych zdolny jest docenić wartość sprzecznej z uznawanymi przezeń poglądami metody badania, widzi wartość marksizmu w przeszłości, a nie dostrzega tego współcześnie? Czy zawiodła go ta inteligencja, czy rzeczywiście współczesny marksizm utracił dawniej posiadane walory? Twierdzę, że ani jedno, ani drugie, lecz po prostu wszyscy ci, którzy obecnie deklarują się jako marksiści, marksistami są jedynie z nazwy, co sprawia, iż postronny a prawidłowo rozumujący obserwator spostrzega związane z tytułem "marksizm" wartości jedynie w czasie przeszłym.
   Jedni więc z uważających się za marksistów usiłują uczynić z tej naukowej teorii filozofię, co czynią wbrew Marksowi, który swą gruntowną znajomość filozofii traktował jedynie jako narzędzie na równi z ekonomią, antropologią itp.. Należą do nich np. Etienne Balibar ("Filozofia Marksa"), Alain Badiou ("Etyka. Szkic o świadomości zła"), Louis Althusser ("W imię Marksa") i inni. Do zamieszania przyczyniają się zresztą również niemarksiści, którzy posuwają się dalej, wmawiając marksizmowi, że stanowi on system filozoficzny konstruujący światopogląd, w czym wyróżniają się filozofowie chrześcijańscy ze zmarłymi niedawno papieżem Janem Pawłem i księdzem Tischnerem na czele, a w sposób umiarkowany sugeruje taki pogląd niezależny filozof Andrzej Walicki ("Marksizm i skok do królestwa wolności: dzieje komunistycznej utopii") a także najbliższy - jak sądzę - oryginalnej myśli Marksa György Lukács (np. "Marksista Gyórgy Lukacs").
   Liczniejszą grupę stanowią jednak i zarazem powodują większy zamęt ci, którzy naśladują metodę księdza Benedykta Chmielowskiego zastosowaną w dziele zatytułowanym "Nowe ateny, czyli ..." na przykładzie konia, którego opisywać i definiować nie ma sensu, gdyż "koń jaki jest, każdy widzi", nie zawracają sobie głowy ani wyjaśnianiem, co rozumieją przez marksizm, ani jakie kryteria stosują przy rozróżnianiu, kto jest marksistą, a komu przyznawanie się do tej klasy myślicieli nie przysługuje. Po prostu przyjmuje się, że "marksizm jaki jest, każdy widzi", oraz iż "ja jestem" najdoskonalszym wcieleniem owego "każdego widzącego jaki jest marksizm". Do tej klasy "znawców marksizmu" zaliczam wszystkich znanych mi autorów deklarujących swoją marksistowskość, a także tych, którzy określają siebie jako uważających dzieła Marksa i Engelsa za "interesujące" zachowując ostrożny dystans wobec usiłowań ich kontynuowania. Ci drudzy są to, wymieniając przykładowo tych, o których zdarzyło mi się pisać: Leszek Nowak,Slavoj Żiżek i Ernest Mandel.
   W rezultacie mamy szereg rażących różnic między wzorcem i tym, co ma być kontynuacją. Najbardziej uderzającym wydaje się fakt, że o ile Marks za podstawę przyjmował fakty ustalane na podstawie gruntownych badań kronik, statystyk i prac naukowych, które poddawał analizie materialistyczno-dialektycznej (własne pojmowanie tego określenia objaśniłem w artykule "Marksizm"), to jego następcy, w miarę upływu czasu coraz bardziej lekceważą żmudne gromadzenie wiedzy o faktach i poprzestają na spekulacjach przypominających arystotelesowską metafizykę: wytężenie wyobraźni, spojrzenie w niebo (ew. sufit) i przebłysk genialnej myśli rozstrzygającej wszelkie problemy.
   O takim stanie rzeczy świadczy m. in. brak marksistowskiej analizy upadku I-szej Międzynarodówki, co o ile w odniesieniu do Marksa, Engelsa i im współczesnych można tłumaczyć brakiem dystansu czasowego, a do pokolenia pierwszej połowy XX wieku koniecznością rozwiązywania bieżących problemów, to obecnie jest dla mnie niezrozumiałe, jak można nie zdawać sobie sprawy z tego, że obecne trudności mają wiele wspólnego z tamtym fiaskiem.
   Nie wiele lepiej przedstawia się rozeznanie okoliczności kształtujących np. rewolucje 1905 i 1917 roku, co do których obawiam się, że wartość mają jedynie pisma Lenina i - mimo znanych zafałszowań - prace niektórych teoretyków radzieckich, pozostali bowiem autorzy, w tym nawet tak znakomici jak Luxemburg czy Trocki traktują faktografię powierzchownie (możliwe zresztą jest, że opinia ta wynika z błędów popełnianych przez redakcje udostępniające materiały dotyczące historii marksizmu). Mamy więc z jednej strony szereg dobrych prac opisujących fakty (np. zbiór artykułów na www.1917.net.pl, książka Andrzeja Witkowica "Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923" i wiele innych) i z drugiej brak opracowań syntetyzujących, zestawiających fakty historyczne z tłem społecznym i ekonomicznym. Ilustruje to zaniedbanie fakt, że jako najlepsze całościowe opracowanie historii ZSRR rekomendowano (nie zapisałem kto i na której witrynie lewicowej) paszkwil na bolszewików zatytułowany "Odkłamana historia Związku Radzieckiego".
   A już zupełnie beznadziejnie przedstawia się kwestia objaśnienia teraźniejszości zwłaszcza w Polsce. Nasi lewicowcy bezradnie usiłują wyjaśnić, dlaczego mamy kompletną klapę i próbują znaleźć lekarstwo, unikając jednak przy tym krytycznej konfrontacji swoich hipotez z faktami. Jedyne opracowania, które uwzględniają wymóg wiązania zmian zakresu sympatyzowania społeczeństwa z faktami to wydane przez Centrum im. Daszyńskiego "Niezbędnik lewicowca" i Rafała Chwedoruka „Przyczyny i uwarunkowania porażki wyborczej SLD w 2011 roku”, których jednak nie można traktować poważnie. Chodzi m. in. o to, że np. Chwedoruk wymienia jako przyczyny ubytku poparcia dla SLD zdarzenia, dla których brak danych potwierdzających ten związek przyczynowy, a pomija te, (m. in. afera Rywina, zgoda na podatek liniowy), które korelują ze spadkiem w sondażach. Na dodatek, ponieważ ta subiektywna selekcja dotyczy faktów obciążających Millera, nasuwa się przypuszczenie, że ten polityk (aktualnie SLD i to przewodniczący, ale poprzednio różnie bywało) zarówno sponsorował obie wymienione prace jak i wymógł dalekie od obiektywizmu warunki konieczne do spełnienia w ich treści.
   Jako wniosek z tych rozważań wywołanych uwagą FF wysnuwam apel o wspólne przemyślenie zarysowanego poglądu na błędy popełniane przy usiłowaniu wykorzystania marksizmu do rozwiązywania problemów.

Sun, 11 Jan 2015 16:14:25 +0100
   Nadawca: Stach Głąbiński
   Adresat: redakcja@klubwmpg.pomorskie.pl, sld@sld.org.pl, redakcja@sld.org.pl, pomorskie@sld.org.pl, rzecznik@sld.org.pl, redakcja@socjalizmteraz.pl, redakcja@przeglad-socjalistyczny.pl, redakcja@lewica.pl, czeslaw.kulesza@rspps.org.pl, Red. Brzask , sekretariat@mlodzisocjalisci.pl, foklub@wp.pl, redakcja@krytykapolityczna.pl, dyktatura@dyktatura.info, hartownia@dyktatura.info, smpol@wp.pl oraz ukryte adresy osób prywatnych
   13 grudnia 2014 roku Rada Naczelna PPS uchwaliła i zredagowała treść dokumentu omawiającego aktualne problemy lewicy. Czytamy tam m. in., że "Wg. badań, co najmniej 27 proc. społeczeństwa określa swój światopogląd jako lewicowy i nie znajduje to odzwierciedlenia w dokonywanych wyborach. Wyborcy o lewicowym światopoglądzie słusznie zapytują, co partie mieniące się jako lewicowe proponują społeczeństwu i co odróżnia te propozycje od propozycji innych ugrupowań. Nie znajdują jasnej odpowiedzi na to pytanie, bo każda partia uznająca się za lewicową, biorąca udział w wyborach podaje inne hasła, będące jej zdaniem wyznacznikiem lewicowości."
   Ostatnie zdanie wyrażające przekonanie, że o zaufaniu wyborców do stronnictw decydują hasła, wyjaśnia dlaczego cała dalsza treść omawianego dokumentu, poświęcona określeniu przyczyn słabości lewicy i szukaniu sposobu naprawy, pozbawiona jest sensu. Treści programu głoszonego przez partię, obojętne czy w postaci rozwiniętego tekstu czy skondensowane w krótkich zdaniach (hasła), nie będzie poważnie potraktowana przez zwolennika lewicy, jeżeli jednocześnie wszystko, co partia ta mówi, pisze i działa dowodzi, że tak samo jak przebiegało formułowanie tych obietnic, tak też po ew. powodzeniu w wyborach ich realizacja odbędzie się wg widzimisię jakiejś grupki osób skupionej wokół lidera, bez udziału nie tylko ogółu obywateli ale nawet członków partii. Lewica utraciła zaufanie obywateli nie przez niewłaściwy dobór haseł, lecz przez chorobliwe akceptowanie wodzostwa. Demokratyzm, czyli zachowanie ścisłej więzi z ludźmi, ich rzeczywisty udział w rządach, jest podstawą lewicy. Polska lewica pozbawiona tego jest tworem wynaturzonym ideowo i mentalnie.
   O degeneracji ideowej polskiej lewicy świadczy fakt, że po kompromitacji w latach 2001-2005 rządów Millera wyróżniającego się arogancją okazywaną społeczeństwu, lekceważeniem demokratyzmu, w tym szczególnie potrzeby rozmawiania z ludźmi, potrzeby zabiegania ponad głowami posłów, polityków i mediów o porozumienie z ogółem obywateli, nikt nie zwrócił uwagi na to, że właśnie te dwa błędy mogły zadecydować o utracie zaufania do ekipy, która przecież miała niezaprzeczalne osiągnięcia. Były, co prawda nieliczne, głosy sygnalizujące istnienie problemu, jednak nikt nie wyjaśnił expressis verbis, że łamanie podstawowego dla lewicy postulatu zachowania ścisłej więzi z masami może mieć praktyczne znaczenie. Dominuje błędne przekonanie jasno wyrażone przez Leszka Millera 2010-02-22 na spotkaniu gdańskiego Klubu Współczesnej Myśli Politycznej, że „demokracja wewnątrzpartyjna jest piękna, lecz wyborców nie zwabi” i że klęski polskiej lewicy wynikają z braku umiejętności wykorzystania telewizji, gazet i innych publikatorów, "umiejętności sprzedania i uwodzenia", czyli przekonanie że wyborcy nie są zdolni dostrzec wartości podstaw ideowych i zwabić ich mogą tylko piękne słowa i imprezy. Wskazywano na ten brak wielokrotnie, np. Urszula Ługowska, Jan Widacki ("Wielkie udawanie" - "Przegląd" 13/2010), oraz Aleksander Kwaśniewski, który stwierdził, że "Dziś konwencje partyjne to są widowiska, a nie debaty. Partie są wodzowskie, a nawet gorzej, ... Partie polityczne przestały pełnić swoją zasadniczą funkcję kształtowania koncepcji życia publicznego. ... nie ma czegoś takiego jak podstawowe organizacje partyjne. Przywódcy porozumiewają się ze zwolennikami za pośrednictwem telewizji. ..."
   Wspomniana degeneracja ideowa jest zresztą związana z degeneracją intelektu, które obie wzajemnie siebie warunkują i potęgują. Nie jestem tu odkrywczy. Z licznych wypowiedzi demaskujących marazm intelektualny lewicy przypomnę dwie, które szczegółowo zanotowałem. Są to:
  1. Stefan Opara "Rozum polski jest kruchy". "Przegląd" 2/2010. "Boli mnie to, bo byłem z lewicą związany czynnie przez kawał mojego życia. Na lewicy ... żenuje niski poziom intelektualny polityków ...",
  2. Marian Dobrosielski. "... lewica nie prowadzi żadnego dialogu i nie tylko z dziennikarzami, ale z bardzo szerokim zapleczem intelektualnym. ... Środowiska publicystyczne i dziennikarskie są zatomizowane. Żyją we własnych kręgach i środowiskach." (debata redakcyjna Przeglądu Socjalistycznego nt. media lewicy).
   Opisana degrengolada sięga korzeniami głębiej, niż widoczne to jest we wspomnianych wyżej wypowiedziach. Np. zastanawiające jest, że wszyscy, zarówno wyżej wymienieni imiennie jak i pozostali, autorzy dostrzegający zło, w jakiś niezrozumiały sposób, w praktycznym działaniu eliminują ze swej świadomości to, że zło owo przecież powoduje równie fatalne skutki, że przeciw temu złu należy działać. Nie tylko bowiem nie znam żadnego śladu usiłowania skierowanego na usunięcie przyczyn wspomnianych słabości, lecz, o czym dokładniej napiszę dalej, często ci, którzy widzą zło, sami w swym postępowaniu powielają potępiane błędy. Np. Stefan Opara twierdzi, że odczuwa ból, ale gdzie, poza enigmatycznymi wzmiankami we wskazanym artykule i ew. innych jego wypowiedziach, można natrafić na ślad jego usiłowań uzdrowieńczych? Kiedy i gdzie ktokolwiek w dyskusji o słabości lewicy zaproponował, by zastanowić się nad możliwością tego, że nie hasła, obietnice, kongresy itp. były błędnie dobrane, lecz zawiniło lekceważenie zasad ideowych, oraz współgrająca z nim bezmyślność lewicowych elit polityki i intelektu?
   I tu spróbuję przedstawić wspomniane postępowanie przeczące głoszonym naganom, wypominanym błędom. Jako przykład może posłużyć (opisane na klubowej witrynie)paternalistyczne potraktowanie przez Aleksandra Kwaśniewskiego uczestników dyskusji na gdańskim spotkaniu w dniu 27 czerwca 2007 r.. W trakcie więc tego spotkania, po wygłoszonym przez znakomitego gościa wykładzie, do głosu zostali dopuszczeni obecni na sali członkowie i sympatycy klubu, który zorganizował imprezę. Odbyło się to w sposób typowy dla wszystkich tego rodzaju konferencji, których cechą charakterystyczną jest zupełny brak zainteresowania występującej prominentnej osoby poglądami publiczności traktowanej jako pozbawiony zdolności do samodzielnego myślenia plebs. Podobnego zresztą potraktowania doznałem, gdy innym razem usiłowałem przedstawić Marii Szyszkowskiej swój, odmienny od wynikającego z treści jej wykładu pogląd na rolę przewodnictwa partii.
   Charakterystyczny dla lewicowych obu elit i politycznej i intelektualnej absolutny brak zainteresowania zapatrywaniami odmiennymi od własnego przejawia się we wszelkich możliwych sytuacjach. W publicystyce od lat nie ma artykułu, który można było by nazwać głosem w dyskusji, wszystkie tzw. debaty, konferencje i zjazdy są zbiorami monologów, co również razi w modnych od szeregu lat tzw. forach dyskusyjnych doczepianych do artykułów lub blogów, a co najgorsze stan ten nikogo nie razi. Nie znam żadnego takiego forum lewicowego, na którym autor lub choćby redaktor komentowanego artykułu czy blogu zdradza ślad zainteresowania tym, co myślą forumowicze. Naturalną zaś konsekwencją widocznego w opisanych przejawach zamykania się na wpływy zewnętrzne jest wyjałowienie mentalne powodujące uwiąd publicystyki, o którym niejednokrotnie pisałem (np. "Intelektualny regres polskiej lewicy" i "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej").
   Wracając więc do omawiania treści wspomnianej na wstępie uchwały, w aktualnych u nas warunkach nieprawdą jest, że "o tym czy panujący system polityczny, społeczny i gospodarczy jest demokratyczny decydują stosunki własnościowe". Temu że w Polsce rzeczywistej demokracji nie ma, winne są nie stosunki własnościowe, lecz graniczące z pogardą lekceważenie obywateli widoczne w postępowaniu naszych pożal się Boże lewicowców, a także pochwały jakie jawnie łamiący zasady Miller zbiera za sprzeciw wobec podwyższenia wieku emerytalnego i za urządzenie przedstawienia pt. Kongres Lewicy".
   Nieprawdą jest również, że jakieś tajemne siły powodują, że "ludziom socjalizm wydaje się idealistyczny, utopijny, nierealny". To nasi "lewicowcy", "socjaliści", "komuniści", "marksiści" i tp., gdy zapatrzeni w swoje "słuszne poglądy" nie raczą wysłuchać opinii "ciemnego, nie kwapiącego się do przyjęcia światłych nauk" ludu, są przyczyną braku porozumienia.
   Prawdą jest natomiast, że "elementy ustroju socjalistycznego znalazły trwałe miejsce w świadomości społecznej", jednak ślepota i samouwielbienie mających pełną gębę "lewicowych" haseł polityków i intelektualistów sprawiają, że wspomniane elementy nie są kojarzone ani z lewicowością, ani z socjalizmem, ani z komunizmem.

Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony adresatów potwierdza słuszność mojej opinii o stanie mentalnym członków zespołów redakcyj, do których adresowałem listy.

Powrót na str. główną





O definicję lewicowości. Rozmowa z prof. J. Tittenbrunem

Od: Stach Głąbiński Do: Prof. Jacek Tittenbrun. Temat: Prośba o opinię. Data: 16 lutego 2013 07:07

Ośmielony zachętą wyrażoną na Pana stronie domowej zwracam się z prośbą o wyrażenie krótkiej opinii o obrazie stanu polskiej lewicy przedstawionym w artykule p. t. "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej" i ew. w innych opublikowanych na sąsiednich stronach internetowych, jak np. "Istota lewicowości". Z góry dziękuję za przychylne potraktowanie mojej prośby.

Odpowiedź prof. J. Tittenbruna z 16 lutego 2013:

Szanowny Panie, przepraszam na wstępie za opóźnienie, ale to dlatego, że napisał Pan na adres, jakiego już od dawna nie używam. Mój adres to: ....... Raz na jakiś czas ściągam korespondencję z tamtego konta, a zaległości wtedy jest sporo. Mam niejednakowy stosunek do obu tekstów. Pańskie określenie "istoty" czy choćby warunków wystarczających albo koniecznych, jakkolwiek by tego nie rozumieć, lewicowości jest nie do przyjęcia. Demokratyzm, racjonalizm, zasada równych szans to typowe wartości liberalne. Równość szans to po pierwsze utopia w takim ujęciu, tj. bez warunkującej ją relatywnej równości rzeczywistej warunków życiowych, materialnych i duchowych. Utopijność tego postulatu ujmowanego w oderwaniu widać na przykładzie powoływanych przez Pana wielokrotnie USA jako m.in. przykładu "kraju cywilizowanego" - co jest doprawdy śmiechu warte, zdradza rażący brak wiedzy socjologicznej, gospodarczej i politycznej: czy Pan np. zna statystyki więzienne tej ostoi demokracji, albo zna procent biednych w tym najbogatszym kraju świata, a polityka jest tam oparta wyłącznie na pieniądzu, z korupcją włącznie; zna Pan przyczyny niedawnego kryzysu finansowego?

Demokracja parlamentarna to także żaden wyróżnik lewicy, prawica najchętniej akceptuje taki system, do chwili, kiedy przestaje odpowiadać interesom jej politycznej klienteli, tj. burżuazji, wtedy państwo ściąga białe rękawiczki i rozprawia się z demokracją, vide: Chile Allende i setki in. przykładów. Racjonalizm to nie żadna osobliwość lewicowego myślenia, a warunek naukowego lub przynajmniej sensownego myślenia w ogóle. Nie można wszystkich nie-lewicowców sprowadzać do grających na emocjach oszołomów, bo to pogląd implicite obrażający owe masy o jakich Pan się tak rozwodzi: byłybyż one tak głupie, by zasługiwać na jedynie postacie pokroju Hitlera czy Kaczyńskiego? A propos, Guevara w tym kontekście to kolejne nieporozumienie; został on tzw. charyzmatycznym mitem dopiero później, jako współpracownik Fidela całkiem racjonalnie, tyle że skrajnie nieudanie usiłował wpływać na gospodarkę. A jego akcje rewolucyjne nie były bynajmniej oparte jedynie na jakichś tam emocjach; proszę się przyjrzeć dzisiejszej Amer. łacińskiej: w ilu krajach panuje lewica, lub panowała lub będzie rządzić? A to wynika z analizy sprzeczności socjoekonomicznych jaką Che całkiem racjonalnie przeprowadził.

Demokracja tak, ale jaka, jednym słowem, co, podobnie jak inne punkty prowadzi nas do wielkiego nieobecnego w Pana wywodzie, i co sprawia, że cały on nie może być przenigdy nazwany lewicowym: KLASY. One u Pan nie istnieją, a nie wyobrażam sobie lewicy bez teorii klas, walki klas i stającej po stronie określonych klas.

To łącznik z drugim artykułem. Ten zawiera wiele myśli słusznych, moim zdaniem: np. uwagi nt. sprywatyzowania redakcji pism przez ich kolektywy redakcyjne, a w gruncie rzeczy wąskie kliki i koterie, co dotyczy, nb. także czasopism innego rodzaju, naukowych. Brak rubryk listów do redakcji jest rażący, a frakcyjność czy raczej sekciarstwo rodzimej lewicy czy tego, co za nią uchodzi, jest przysłowiowe. Wiem to z własnego doświadczenia, bo sam byłem świadkiem, a nawet uczestnikiem ruchów integracyjnych lewicy [mówię tu o ugrupowaniach na lewo od SLD]; wszystkie te próby skończyły się na niczym, bo każdy kapral chciał być od razu Napoleonem, choć nie było armii, zaspokajającej ambicje wszystkich. Lewicowość SLD jest dla mnie wielce podejrzana, historycznie - w mojej "Z deszczu pod rynnę" {nie ma tego w wykazie publikacji http://main3.amu.edu.pl/~jacek/publikacje.html} pokazuję, jaką politykę prowadzili panowie i panie z SLD, dzielnie wprowadzając kapitalizm, kapitalizm, drogi Panie, a nie jakąś gospodarkę rynkową: znowu samo nazewnictwo zdradza, paradoksalnie, myślenie prawicowe, bo to prawicy zależy na ukryciu prawdziwego oblicza systemu socjoekonomicznego, zamaskowaniu go ogólnikowymi frazesami o gospodarce rynkowej do czego można wszak np. doczepić frazes "społeczna" i zjednoczenie z nauką kościoła gotowe. A pakt z organizacją kapitalistów tylko potwierdza moją diagnozę. A Pana usprawiedliwienia są śmieszne, albo co najmniej naiwne.

Odpowiedź S. Głąbińskiego 18 lutego 2013:

Dziękuję za poważne potraktowanie prośby nieznanego szerzej autora, co wśród polskich elit intelektualnych i politycznych jest ewenementem. Proszę zarazem o wyjaśnienie Pana poglądu na potrzebę dyskusji o definicji lewicy, od której to wskazania potrzeby rozpoczyna się moja "Istota lewicowości".

Z Pana zdecydowanych wypowiedzi można wnioskować, że problem braku określenia istoty lewicowości nie istnieje, jednak brak wyraźnego potwierdzenia tego przypuszczenia, brak (narzucającego się w trakcie przedstawiania wyjaśnień) wskazania publikacji zawierającej tą definicję wskazuje, że jednak podziela Pan powszechne przekonanie, iż nie potrafimy na podstawie konkretnych ustaleń wskazać, ani co jest lewicowością, a co nią nie jest, ani która organizacja jest bliższa ideału lewicowości, a która przedstawia się pod tym względem gorzej. Dodam jeszcze, że w moim przekonaniu brak jasno określonych kryteriów lewicowości uniemożliwia podjęcie sensownego zdiagnozowania przyczyn niedomagania polskiej lewicy. Jeszcze raz więc proszę o wyjaśnienie, czy podziela Pan pogląd o potrzebie zdefiniowania lewicowości, czy zdaniem Pana sprawa jest już wystarczająco opisana?

Wyjaśnienia prof. J. Tittenbruna 17 lutego 2013:

Taka dyskusja jest zawsze potrzebna, powinno to zadanie odrabiać każde pokolenie, bo zmieniają się warunki, itd. Ponadto, zawsze aktualne jest powiedzenie Sartre'a , Jeśli słyszę, że ktoś zaprzecza istnieniu lewicy i prawicy, to wiem, że mówi to człowiek prawicy". A u nas , i nie tylko, pogląd o bezsensowności takiego podziału jest często artykułowany, i wiadomo przez kogo, jeśli nawet oficjalnie to członek partii mieniącej się lewicową, bo i takie przypadki były w niedawnej historii.

Odpowiedź S. Głąbińskiego 21 lutego 2013:

Pisze Pan np. że zdefiniowanie lewicowości (o tym cały czas jest mowa) wymaga przedyskutowania zawsze, "a to ze względu na zmieniające się warunki". Jeśli ma to oznaczać, że definicję lewicowości należy zmieniać zależnie od okoliczności zewnętrznych, muszę zaprotestować. W moim przekonaniu słowa lewica, socjalizm, marksizm itp. zawsze miały jedno znaczenie i zawsze takimi pozostaną. Zmienić mogą się szczegóły programów, cele taktyczne, metody agitacji itp., ale zasadnicza treść - nie. Nie jestem zresztą przekonany, czy tak mam rozumieć pański sąd w tej sprawie, gdyż z kolei, strofując mnie za pominięcie słowa "klasa" w wywodzie o lewicowości, wykazał Pan swoje przekonanie o niezmienności w czasie tego, co nazwę ideologią lewicową. Jestem przekonany, że zgadza się Pan z twierdzeniem, iż przynajmniej od połowy XIX w. słowo lewica oznacza i będzie w przyszłości oznaczało to samo.

Zarazem razi mnie w Pana liście lakoniczność stwierdzenia potrzeby dyskusji. Ponieważ w moim przekonaniu zdefiniowanie lewicowości jest sprawą o podstawowym znaczeniu, oczekiwałem uzupełnienia krótką informacją o Pana udziale w dyskusji, lub wyjaśnienia, dlaczego Pan do tych rozważań nie włącza się. Czysto werbalne stwierdzenie, że coś jest potrzebne, że "wymaga przedyskutowania", bez wzmianki o dowodach własnego zaangażowania sprawia, że nie jestem pewien, czy pojmuję sens pańskiego listu i skłania mnie do prośby o bardziej szczegółowe wyjaśnienia.

Wyjaśnienia prof. J. Tittenbruna 21 lutego 2013:

Niezupełnie Pan ma rację; rozumiem Pana intencje i solidaryzuję się z nimi o tyle, o ile skierowane są przeciwko postmodernistycznej relatywizacji pojęcia lewicy, rozwadnianiu go, ale z drugiej strony z dialektycznego p-ktu widzenia konieczna jest każdorazowa historyczna konkretyzacja - bo np. w czasach Marksa nie było finansowej globalizacji, a dzisiaj mamy nowe postacie wyzysku, to miałem na myśli; a pewien trzon jest, owszem, wspólny. A co do dyskusji o lewicy i lewicowości, to nie bardzo widzę - mimo wszystko - zapotrzebowanie na tego rodzaju myśl. Pomijam zapaleńców w Pana rodzaju, ale brak prawdziwego ruchu społecznego, który dla mnie musiałby być ruchem robotniczym, a SLD i wszystkim innym daleko do tego. Grupkom lewackim niektórym nie z duch, ale w praktyce nie znaczy to nic, bo nie mają z tą klasą kontaktu żadnego. Myśl musi mieć przełożenie na praktykę społeczną, inaczej usycha.

Odpowiedź S. Głąbińskiego 3 marca 2013:

W ostatnim liście, który otrzymałem od Pana, zwróciłem przede wszystkim na próbę określenia tego, co w naszych przekonaniach jest wspólne, a co je różni. To bowiem - w moim przekonaniu - powinno być podstawą wszelkich dyskusji, a także inicjatyw zjednoczeniowych, zaś niedopełnienie tego warunku uważam za jedną z przyczyn panującego na lewicy zamieszania. Nie sądzę jednak, by określenie "modernistyczna relatywizacja pojęcia lewicy" mogło posłużyć do nazwania tego obszaru pojęć, sprzeciw wobec którego jest nam obu wspólny. Jest tak, ponieważ w moim przekonaniu, Pana poglądy częściowo w tym obszarze się mieszczą, z czego Pan po prostu nie zdaje sobie sprawy.

By wytłumaczyć się z tego co napisałem, muszę przedstawić w zarysie, jak sobie wyobrażam powstanie i naturę owej "modernistycznej relatywizacji". Otóż, jak wiadomo, w czasach Marksa, na świecie (czyli praktycznie ówcześnie rzecz biorąc w Europie i Ameryce Północnej) istniał wyraźny podział na tych "którzy nie mieli nic do stracenia oprócz kajdan" i na resztę, co powodowało, że spontanicznie odczuwane, to co niezbyt szczęśliwie nazywamy świadomością klasową, było na tyle ostre, że chroniło przed kompletnym zamieszaniem. Mimo wszystko bowiem, bez określenia kryteriów, intuicyjnie, większość ludzi potrafiła bezbłędnie rozpoznać, co to jest lewica i kto ją reprezentuje.

Oczywiście ta sytuacja nie była idealnie klarowną, czego jednym z dowodów jest rozpad I-szej Międzynarodówki. Ujawniły się bowiem już wówczas te patologie, które nękają lewicę do dzisiaj. W pierwszej kolejności wymienić tu należy odejście od demokratyzmu. Błędy np. Lassalle'a i Bakunina, którzy (jednak nie tylko oni!) do klęski walnie się przyczynili, polegały głównie na tym, że swoich przekonań nie poddawali dyskusji tak, jak czynił to Marks polegający na sile argumentacji. Zasadniczym bowiem postulatem demokratyzmu nie jest praktykowanie wyborów. Te są po prostu jednym - i to bardzo niedoskonałym - z narzędzi potrzebnych do realizacji celów tego systemu. Podstawą demokratyzmu jest zasada, że przekonania możemy (a nawet powinniśmy?) posiadać i głosić różne, ale realizować należy te wskazania, które mają poparcie większościowe, uzyskane w równoprawnej a zarazem w sposób uporządkowany prowadzonej dyskusji. Bez spełnienia tego warunku mamy nie demokrację czy lewicowość, lecz ich karykatury.

Ten stan istnienia lewicy bez pełnego wykorzystania aparatu podstaw teoretycznych, mimo postępującej globalizacji i poprawy warunków bytowych znacznej części ludności, utrzymywał się w czasach Lenina, Gramsciego, a jeszcze także Togliattiego. Obecnie jednak mające duży wpływ na świadomość warunki bytowe klasy robotniczej bardzo się zróżnicowały i nawet w Ameryce Południowej, która najbardziej przypomina to, co mieliśmy w XIX-wiecznej Europie, także światli ludzie mają trudność np. z zakwalifikowaniem działalności brazylijskiego Lula da Silvy, a nawet boliwijskiego Moralesa, czy wenezuelańskiego Chaveza. Dodam jeszcze, że - jak sądzę - z opisanym stanem dezorientacji politycznej istniejącym w zaatlantyckich krajach łacińskich wydarzenia takie jak klęska Che Guevary, nie mają nic wspólnego. Po prostu, załamanie się rewolucji, którą Che usiłował importować na teren Boliwii, wykazało bezsens działalności rewolucyjnej nie opartej na racjonalnej analizie warunków społecznych.

Tak więc twierdzę, że lewicowość i jej podstawy pozostają niezmienne, natomiast rozmycie i zróżnicowanie geograficzne granic dzielących społeczeństwo spowodowało, że nazwana przez Engelsa materializmem dialektycznym racjonalna analiza warunków społecznych stała się absolutną koniecznością, gdyż uległ zatarciu prosty podział, umożliwiający poprawność intuicyjnego rozpoznania sytuacji politycznej.

Powstała w ten sposób nowa sytuacja nie tylko nie została uwzględniona przez ogół działaczy lewicy przyzwyczajonych do bezrefleksyjnego poparcia mas, lecz dodatkowo w jej szeregach powstał ogólny zamęt ideowy spowodowany przez zjawiska częściowo wynikające z kontynuowania rozpoczętego w XIX wieku rozwoju gospodarczego, głównie jednak będące rezultatem współzawodniczenia w zdobywaniu uznania przez ogół ludzkości, między ZSRR i blokiem państw kapitalistycznych. Mam na myśli przede wszystkim ogólny wzrost dobrobytu, dekolonizację i zmiany stosunków międzynarodowych nieco temperujące jawnie niesprawiedliwy ich charakter. Dodać należy, że powstanie tego "zamętu" zostało spotęgowane przez zbrodnie popełnione przez władze ZSRR i Chin Ludowych przypisujące sobie lewicowość jednak nie tylko ograniczające, lecz całkowicie odrzucające demokratyzm.

Otóż w wyniku wspomnianego "zamętu" nasi działacze i myśliciele praktykują to, co można nazwać "modernistyczną relatywizacją". Polega ona - w moim przekonaniu - na tym, że jedna ich część (do której, na podstawie wniosków wyprowadzanych z treści Pana listów, zaliczam Pana) pojmuje marksizm fundamentalistycznie (niedialektycznie), druga zaś albo o nim zapomina (ew. gołosłownie zapewniając o swojej wierności wobec m.), albo jawnie głosi jego nieaktualność. Można przy tym spierać się o szczegóły i poprawność użycia słów, nie da się jednak zaprzeczyć temu, że zanikło przekonanie o potrzebie oparcia praktyki politycznej na materializmie dialektycznym. Tak twierdzę, gdyż nie potrafię dostrzec prób wypracowania dostosowanej do realiów strategii (+ew. wskazania taktyczne!) na miarę tego, co zawierają dzieła Marksa, pisma Lenina z lat 1905 do 1922, czy prace Gramsciego i Togliattiego[1]. Pojawiają się niezdarne próby[2], jednak uderza w nich zarówno brak materialistycznego, opartego na dyskusji i analizie, traktowania faktów jak i brak dialektycznego ujęcia zmienności i powiązań. Te niedostatki powodują, że zawarta w tych tekstach interpretacja rzeczywistości jest naiwna, a opracowania ulegają rychłemu zapomnieniu, nie powodując ani kontynuacji, ani krytyki. I właśnie śladów takiego nastawienia dopatruję się w kilku zdaniach z Pana listów.

Przypisy:
[1] Oczywiście stosowanie zarówno metody materializmu dialektycznego, jak i wspomnianej zasady definiującej demokratyzm nie dają pewności, że wypracowane rozwiązanie będzie najlepsze z możliwych. Ze względu m. in. na niedoskonałość ludzkiego umysłu, przez zastosowanie właściwego narzędzia osiągamy jedynie zwiększenie prawdopodobieństwa sukcesu.
[2] Pisałem o tym w "Refleksje związane z książką Piotra Żuka", "W sprawie diagnozy przyczyn słabości lewicy Tomasza Frank'a", "Socjalizm XXI wieku. Refleksje po lekturze artykułu Ernesta Mandela" i w "O tym, czego Slavojowi Żiżekowi brakuje".

Odpowiedzi nie otrzymałem.

Powrót na str. główną



Kontakt z czytelnikami

Wyjaśnienie: tekst niniejszy powstał w trakcie dyskusji z redakcją strony internetowej „Socjalizm.pl”

Chętnie odpowiadam na pytanie o kontakt z czytelnikami. Możliwość odpowiedzi satysfakcjonuje mnie tym bardziej, że daje okazję do przedstawienia mojego wyobrażenia o tym, co w moim przekonaniu stanowi istotny, a może nawet najważniejszy, składnik tego, co rozumiem jako "lewicowość". Chodzi o interaktywność wymiany informacji wykluczającą powstawanie i utrwalanie podziału na "myślącą elitę" i "ciemne masy", zdolne jedynie do biernego powtarzania haseł podyktowanych przez samozwańczą "elitę". Jest to istotne, gdyż - jestem o tym przekonany - taki prowadzący do patologii w rodzaju "wodzostwa", tworzenia się koterii, skupiania uwagi na rozgrywkach personalnych i tp. podział istnieje i jest główną przyczyną słabości lewicy. Podkreślam, że nie chodzi mi o zaprzeczenie faktowi różnic uzdolnień i zainteresowań, który sprawia, że jedni są w stanie wypowiadać się zrozumiale i przekonująco, inni potrafią jedynie konstruować niezdarne teksty, z których dopiero ktoś bardziej wyrobiony intelektualnie z mozołem wyłuskuje sens, a pozostali zabierają głos rzadko. Taki podział jest rzeczywisty, nie mniej należy tak zorganizować wymianę myśli, by nawet ci najmniej uzdolnieni mieli świadomość tego, że są aktywnymi uczestnikami formowania i ciągłego (dialektyka!) aktualizowania wspólnego programu. Bez tego mamy karykaturę lewicy, co widzimy w Polsce.

Konkretną odpowiedź na twoje pytanie widzę w postaci powszechnie stosowanej przez redakcje czasopism, które na swoich łamach wydzielają rubryki nazywane "listy do redakcji" "czytelnicy piszą" itp.. Mnie, gdy mowa o medium aspirującym do lewicowości, najbardziej odpowiada tytuł działu (nie pamiętam w którym periodyku taki spotkałem nagłówek) "razem redagujemy nasze pismo", co oddaje sens i cel przedsięwzięcia. Materiał w tak wydzielonej części traktowany bywa bardzo swobodnie: zdarzają się tam zarówno pełne teksty opinii wpływających od odbiorców pisma, jak i wersje skrócone, cytaty i wreszcie wzmianki określające z grubsza poruszoną tematykę. W każdym bądź razie czytelnik, nie jest zalewany tekstami małej wartości, a zostaje poinformowany o tym, co myśli inny, podobny niego, nie należący do wyróżnionej kasty dziennikarskiej jedermann, i last not least uzyskuje przekonanie, że redakcja traktuje go jako równorzędnego partnera, że liczy się z jego zdaniem.

Zwrócę uwagę na ten drugi aspekt: o ile w przypadku czasopisma popularnego usatysfakcjonowanie odbiorcy ma na celu powiększenie sprzedaży, to w medium lewicowym wzgląd na poczytność ma znaczenie drugorzędne, a przede wszystkim chodzi o sprawę podstawową - o, jak to nazwałem, interaktywność. Redaktor powinien mieć swój pogląd i będąc przekonanym o jego słuszności ma niejako obowiązek propagować jego podstawy, jednak musi być zarazem uczulony na to, co myślą inni, reagować (polemizować, wskazywać błędy), ale zarazem zestawiać swoje racje z odmiennymi, innymi słowy - brać udział na równi z czytelnikami w formowaniu wspólnej, konkretyzowanej przez stosowanie zasady podporządkowania się większości, podstawy ideowej (jednak ten proces odbywa się już nie na łamach medium, lecz w partii, przez głosowanie).

W tym momencie muszę zwrócić na dwa często popełniane błędy. Zawsze niechęć moją budziło w - niestety już nieistniejącym - miesięczniku "DZIŚ" wyjaśnienie, że opinie wyrażone w listach od czytelników nie są tożsame z poglądami redakcji. Wynikało bowiem z tego, że zespół autorów stanowi jakiś monolit ideowy, który dystansuje się od różnic zapatrywań. Podstawą demokratyzmu (a więc także lewicowości) jest zasada, że działanie musi być jednolite, zgodne z wynikiem wyłaniającego większość głosowania, lecz opinie są sprawą indywidualną, a kształtowanie programu działania ma polegać wyłącznie na sile perswazji przedstawionej w dostępnej wszystkim dyskusji. W tym aspekcie tworzenie środowisk zamkniętych na różnorodność przekonań, jest błędem poważnym.

Innym szkodliwym zjawiskiem jest przemilczanie przedstawionej opinii. Brak komentarza jest zrozumiały w wypadku, gdy redaktor podziela bez zastrzeżeń prezentowany przez czytelnika pogląd, jednak jeśli jest inaczej, zarówno autor listu, jak i postronne osoby odbierają milczenie jako demonstrację lekceważenia. I tak w podanym przykładzie poczytnego miesięcznika wyrażone dystansowanie się od przedstawionych treści przy braku reakcji nabierało sensu wyrażonego zdaniem "wydrukowaliśmy wasze teksty, bo tak wypada, ale komentować waszych bredni nie mamy ochoty". Inny przykład mieliśmy, gdy kilka miesięcy temu na stronie internetowej SLD wspomniano opinię różną od oficjalnego stanowiska Zarządu Krajowego w tej szczegółowej sprawie (był to nb. jedyny taki przypadek na tej ściśle cenzurowanej witrynie!), a redakcja ani nie zwróciła się z tym do zainteresowanych osób, ani sama nie dała jakichkolwiek wyjaśnień. Należy bezwzględnie stosować zasadę, że jeśli decydujemy się na opublikowanie poglądu wymagającego odpowiedzi, nie można tego pozostawić bez reakcji. I znowu odwołam się do praktyki stosowanej przez dziennikarzy, którzy, gdy z jakiś przyczyn mają kłopot z rozwijaniem tematu, albo przemilczają sprawę przepraszając czytelników np. że z powodu nadmiaru otrzymywanych korespondencji nie są w stanie wszystkiego przedstawić i omówić, albo proszą czytelników o wyrażenie swojego sądu, lub załatwiając sprawę w inny sposób bez nasuwania podejrzeń o lekceważenie autora.

Stach Głąbiński 23.08.2009 r.

Powrót na str. główną



PODSTAWOWE PROBLEMY LEWICY [XII 2006 r.]

Po klęsce wyborczej socjaldemokracji nastała moda na zastanawianie się nad kondycją SLD. Wśród diagnoz najczęściej powtarza się stwierdzenie o "odejściu od programu lewicowego" (wręcz wielu samozwańczych lekarzy czy proroków stwierdza, że SLD stała się partią prawicową), czego wyrazem mają być: Millera propozycja dyskusji nad podatkiem liniowym, jego kontakty z biznesmenami i księżmi, brak należytego poparcia dla postulatów lewicy laickiej i zaawansowany wiek wierchuszki partyjnej. Stosownie do tych stwierdzeń część działaczy skonstruowała wokół Borowskiego "odnowioną", "prawdziwie lewicową" partię socjaldemokratyczną, pozostali zaś członkowie zostali obdarowani nową osobą wodza o ileś tam lat młodszego od obu wyżej wspomnianych, ten zaś sporządził - najpierw manifest nazwany "7 kotwic", a ostatnio "Konstytucję", które to dokumenty mają w założeniu być dowodem odejścia od starych błędów.

Jakoż - jak wiadomo - wspomniane zmiany spowodowały odczuwalny wzrost popularności stronnictwa, co z kolei ma być dowodem prawidłowości zarówno diagnozy jak i zastosowanych środków naprawczych. W wypowiedziach prominentnych działaczy dopatruję się przekonania, że oto "odbiliśmy się od dna" i być może, za kilka lat czeka nas sukces wyborczy.

Otóż o ile zmiana nastroju naszego nieprzewidywalnego elektoratu jest dość prawdopodobna, to całe pozostałe dowodzenie uważam za błędne: sednem odejścia od lewicowości w naszych partiach nie są szczegóły programów, czy poddane uproszczonemu osądowi decyzje, lecz brak demokratyzmu, pominięcie tej prawdy, że uznany przez gremia przywódcze działacz czy teoretyk jest, owszem, w znacznej mierze nauczycielem i przewodnikiem, jednak w pierwszej kolejności, by nie popaść w sekciarstwo, musi być wykonawcą woli większości.

O ile przekonanie wybijających się jednostek, o bierności i niskiej sprawności intelektualnej ogółu społeczeństwa, czy członków organizacji, jest usprawiedliwione, to z chwilą, gdy za tym przekonaniem następuje wyobcowanie się, przywódca czyni siebie bezużytecznym. Demokratyzm, a szczególnie lewicowość są ukierunkowane na dobro wszystkich. Wyobrażenie, że można ten cel osiągnąć przewodząc biernej, bezrozumnej masie, że - jak to twierdził margrabia Wielopolski - "dla Polaków można zrobić wszystko, z Polakami nic", jest fałszywe. Przywódca, który nie podporządkowuje się woli mas, nie bada nastrojów, nie pyta się za każdym razem, jak oceniane są jego decyzje, prędzej czy później straci zaufanie i poparcie, bez których ze swoimi wiadomościami i uzdolnieniami pozostaje tylko żałosną kukłą.

Co w takim razie począć z rzeczywistą przecież biernością i naiwnymi wyobrażeniami mas? Jest tylko jedna rada: pobudzać aktywność, upowszechniać wiedzę, przekonywać, dyskutować - coś jak sienkiewiczowska "praca u podstaw". Jest to mniej efektowne niż wygłaszanie płomiennych manifestów i podejmowanie ważkich decyzji, ale na tym właśnie polega lewicowy demokratyzm.

Przechodząc od rozważań teoretycznych do opisu rzeczywistości: mamy szereg partii "kanapowych" aspirujących do miana "prawdziwej lewicy" i liczniejsze SLD, które podobną myśl wyraża nieco oględniej - dowodzi jedynie, że "mimo odchyleń jest lewicą". Otóż twierdzę stanowczo, że stronnictwo, które nie znajdując masowego poparcia w społeczeństwie trwa w samozadowoleniu, w przekonaniu, że "nasz program jest słuszny, lewicowy itd., a jeżeli inni na tym się nie poznali, to ich wina: widocznie są głupi", nie jest żadną lewicą. Wspomniane partie są to właściwie grupki wielbicieli skupione wokół jakiegoś idola, względnie - z pozoru bardziej "demokratyczne" - gromadki wzajemnej adoracji równoprawnych mędrców, którzy wyodrębnili się organizacyjnie z pozostałej "ciemnej masy" rezygnując tym samym zarówno z szansy upowszechnienia swych przekonań jak i z szansy nauczenia się czegoś - choćby tego, że do zbawienia ludzkości koniecznym jest wejście w tłum, zstąpienie z wyżyn własnej "doskonałości" i "mądrości".

Z tej charaktyrystyki pozornie wynika obraz SLD jako ideału. Jest to złudzenie, gdyż - twierdzę stanowczo - resztkowa masowość mojej partii nie wynika ani ze słuszności programu, statutu itp., ani nie z zalet wodzów - byłych, czy obecnego, lecz ze zdrowego przeświadczenia ogółu członków, iż jedność jest dla lewicy zasadniczą sprawą, wobec której kwestie programowe, czy kontrowersje dotyczące przywództwa są sprawą drugorzędną. W kole, którego jestem członkiem, często padają krytyczne słowa czy to w sprawie programu, czy odniesione do postępowania zarządu, jednak jedyny sposób zaradzenia złu widzimy w dyskusji prowadzącej do ew. uzyskania większościowego poparcia prowadzącego do wymuszenia odpowiednich decyzji uprawnionych organów. Tak to te "ciemne" masy członkowskie wykazują więcej rozsądku i lepsze zrozumienie racji stanu niż elity.

Muszę tu jednak stwierdzić, że wspomniane krytyczne uwagi wygłaszane pod adresem kierownictwa na zebraniach kół i klubów, zamiast być twórczym fermentem, z którego w ogólnopartyjnej dyskusji ew. wyłoniłyby się dyrektywy, pozostają bezproduktywnym biadoleniem, ulotnym słowem rzuconym w gronie kilku osób. Główną przyczyną tego jest brak umiejętności dyskutowania. Powszechna jest nieporadność w formułowaniu myśli, brak zainteresowania istniejącymi opiniami (często - zgłaszane jako nowe - propozycje mają wiele wspólnego z programami tzw. platform lub publikacjami prasowymi, są ich powtórzeniem. Po prostu dyskutant zdradza zupełną nieznajomość tego, co wygłosili czy napisali inni. W tej sytuacji jego wystąpienie przypomina tokowanie głuszca, zasłuchanego w swój głos, a obojętnego na wszystko inne), rzeczowego traktowania krytyki, znajomości sposobów umożliwiających poszerzenie odbioru itp..

Jak widać, wyżej podałem pesymistyczną ocenę lewicy, która zeszła z właściwej drogi zaniedbując podstawowy postulat - demokratyzm: elity wyobcowały się z mas członkowskich, a ogół, pozbawiony możności i umiejętności wyartykułowania swoich przekonań, został opanowany przez marazm.

Powyższa opinia jest bezwartościową, jeżeli na jej podstawie nie można wskazać dających się zrealizować działań naprawczych, bowiem wbrew przekonaniom obowiązującym w opanowanych przez prawicę mediach, wykazanie błędów winno służyć nie przepraszaniu i mściwym karaniu winnych, lecz wskazaniu sposobów zaradzenia złemu. A tu wątpliwości nie ma: konieczne jest stosowanie demokratycznych form współpracy opisanych w artykule 8 statutu SLD, który w wyniku uchylania się od wypełniania obowiązków przez kolejne zarządy partii z jednej strony, a bierności ogółu członków z drugiej, pozostaje martwą literą. Naprawienie tego stanu jest - w moim najmocniejszym przekonaniu - kwestią być lub nie być dla lewicy. Niestety, wobec wspomnianej bierności ogółu, bardzo wiele zależy tu od dobrej woli zarządu partii, który jest obowiązany szanować prawo członków do rzeczywistego udziału w dyskusjach programowych, do bycia informowanym o działalności partii, do uczestniczenia w podejmowaniu decyzji (przynajmniej tych o szczególnym znaczeniu), do korzystania z pomocy Zarządu w wykonywaniu swych, wspomnianych tu skrótowo, praw. Jeżeli nie nastąpi pod tym względem zdecydowana poprawa, jeżeli kierownictwo SLD będzie nadal praktykowało wodzowski styl sprawowania swej funkcji, czarno widzę przyszłość lewicy i ogólniej - demokracji w naszym kraju.

Stach Głąbiński

Powrót na str. główną



ISTOTA LEWICOWOŚCI [IX 2005 r.]
Tekst został wydrukowany w zeszycie nr 9/2005 miesięcznika "DZIŚ" pod tytułem "Co to jest lewica?".

0. Wyjaśnienia wstępne.
Szukanie odpowiedzi na pytanie o znaczenie słowa lewicowość obficie występuje w publicystyce polskiej od około roku np. w "Dziś", czy w 5-tym zeszycie "Forum Klubowe" z 2004 roku (Maria Szyszkowska "Lewicowość i socjalizm" str. 21). Otóż cała znana mi dyskusja na ten temat, (do której sam również usiłowałem coś dodać - "Dziś" 2004'05, 2004'09) nie satysfakcjonuje zarówno mnie, jak i ogółu zabierających głos, którzy ustawicznie podkreślają konieczność kontynuowania poszukiwań, zastanawiania się nad tym, czego jeszcze nie dopowiedzieliśmy?

Próba znalezienia elementu, którego dotychczas nie uwzględniono, nasuwa mi przypomnienie napotkanej ongiś (niestety źródła nie mogę sobie przypomnieć) opinii, że "jeśli ktoś nie potrafi streścić swojego sądu w jednym, no - ew. w dwóch, a w ostateczności w trzech zdaniach (hasłach), to albo nie wie o co mu chodzi, albo oszukuje innych (nieraz również samego siebie), gdyż chodzi mu o całkiem co innego niż to, co wypowiedział". Otóż jeśli wspomnę znane mi rozważania nad istotą lewicowości, odnoszę wrażenie, że nie spotkałem się z tekstem spełniającym tak wyrażony postulat, owszem, uderza mnogość szczegółowo ujętych, nie możliwych do objęcia wspólną definicją warunków umożliwiających zaliczenie przedstawionych do oceny postaw czy poglądów jako lewicowe [1]. Niezależnie jednak od tego, czy rzeczywiście jestem nowatorem, proponuję przyjęcie, iż sedno lewicowości stanowią:
1. demokratyzm,
2. racjonalizm,
3. równość szans dla wszystkich, w tym szczególnie - uznanie priorytetu dla potrzeb ludzi niezamożnych.

Tak więc warunkiem koniecznym i wystarczającym do uznania stronnictwa za lewicowe, winno być przetestowanie pod względem zgodności z ww.: w pierwszym rzędzie jego programu, a następnie realiów działalności. Celowo przy tym praktykę umieściłem na drugim miejscu podkreślając przy tym podrzędność tego kryterium, gdyż idealna realizacja przyjętych i dość ogólnikowo sformułowanych postulatów jest niemożliwa, aczkolwiek w krańcowym przypadku realizacja może całkowicie przeczyć deklarowanym założeniom, czyniąc program kawałkiem zadrukowanego papieru pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia. Należy bowiem pamiętać o tym, że na zorganizowaną zbiorowość składają się indywidualni członkowie, którzy różnią się sposobem pojmowania szczegółów programu odniesionych do konkretnej sytuacji napotkanej w toku kolejnych wydarzeń w świecie polityki, a działanie tej zbiorowości nie może być dokonane przez wszystkich w równym stopniu. Zawsze musi dojść do tego, że ktoś w sposób formalny lub spontanicznie "obejmie komendę" i dzięki temu wyciśnie piętno swych przekonań na wyniku.

Dodatkową komplikację powoduje fakt, że w praktyce, poza tzw. klubami "kawiarnianymi" i partiami "kanapowymi", niemożliwe jest praktykowanie demokracji innej niż przedstawicielska. W wyniku tego w każdej - jak to nazwałem - zbiorowości zostają w trakcie wyborów wyodrębnieni niektórzy członkowie, których wpływ na wspomnianą interpretację programu jest większy niż pozostałych, zależny od zajmowanego szczebla zarządzania.

Tak wymuszona przez praktyczne ograniczenia nierówność sprawia dodatkowo, że realizacja niezgodnej ze stanowiskiem władz woli ogółu członków jest obarczona znaczną bezwładnością, co z kolei jest przyczyną pochopnego traktowania (np. partii) przez niecierpliwych i zdenerwowanych obserwatorów jako tworu wodzowskiego, tj. takiego, w którym gremium członków stanowi jedynie dodatek do elity. Przykładowo dodam, że w moim przekonaniu, poza kilkoma wyjątkami, autorki i autorzy obficie publikowanych w okresie od początku ub. roku wypowiedzi dotyczących stanu i przyszłości SLD, świadomie czy nie zdając sobie z tego sprawy, piszą nie o kilkudziesięciotysięcznej partii, lecz o grupie kilku, kilkudziesięciu, czy najwyżej około stu osób[2]. Z kolei nastawienie takie przez sprzężenie zwrotne daje przekonanie o niemożliwości wspólnej inicjatywy i jest przyczyną ogólnej bierności[3], która uwalnia kierownictwo z oddolnych nacisków, a w efekcie potęguje omawianą tendencję.

Oczywiście sformułowane wyżej trzy hasła, aczkolwiek nawet pojmowane intuicyjnie zawierają w sobie - jak sądzę - pełną definicję lewicowości, podlegają szczegółowej interpretacji, co przedstawiam w odpowiednio ponumerowanych dalszych rozdziałach, po niniejszym, oznaczonym cyfrą 0 wstępie.

1. Demokratyzm.
Jak już wspomniałem, w liczących więcej niż kilkadziesiąt osób zbiorowościach, możliwa jest jedynie demokracja przedstawicielska, której formalnym warunkiem spełnienia jest instytucja wolnych wyborów. Łatwo można jednak wykazać, że głosowanie jest fikcją, jeżeli jego uczestnicy nie są należycie poinformowani o tym, co przedstawiają sobą kandydaci. Również nie można mówić o realnym wpływie ogółu członków na działanie całości, jeżeli władza poprzestanie na tych wskazówkach, jakie wynikają dla niej z interpretacji wyborów. Z kolei nieprzetrawione w powszechnej dyskusji indywidualne opinie stanowią bezwartościowy szum informacyjny. Tak więc niezbędnym acz nieformalnym warunkiem funkcjonowania demokracji jest nieustający dyskurs między 3-ma dającymi się wyodrębnić składnikami: 1) władzą, 2) ogółem członków (traktowanym jako całość, która jest w stanie wyartykułować jedną uznaną przez większość opinię w konkretnej sprawie) i 3) członkami traktowanymi indywidualnie. Pominięcie któregokolwiek z wymienionych powoduje albo powstanie tworu "wodzowskiego", albo rozbicie całości na luźno powiązane grupy, albo zalew mnogością indywidualnych, nie przedyskutowanych, nieporadnie sformułowanych propozycji. Dokładniej sprawę spróbuję wyjaśnić dalej.

O ile we wstępnych zdaniach swój sąd o istocie demokracji formułowałem w sensie ogólnym, dalej mam na myśli demokrację wewnątrzpartyjną. Jest to konieczne nie tylko ze względu na temat, którym jest zdefiniowanie lewicowości jako cechy nie czegoś nieokreślonego, lecz właśnie partii. Chodzi również o to, że aczkolwiek demokratyzm postawiłem celowo na pierwszym miejscu ważności, nie znaczy to, iż w omawianym zestawie cech charakteryzujących lewicowość da się go jednoznacznie określić bez uwzględnienia dwu pozostałych. Jestem przekonany, że wyobrażenie demokracji w istotnych szczegółach zależy od tego, czy opiera się ono na opisanych dalej racjonalizmie i uznaniu priorytetu potrzeb ogółu, czy na innych założeniach. Zarazem stronnictwo, które pragnie zaproponować społeczeństwu porządek demokratyczny, musi w pierwszej kolejności stosować go w swoich szeregach - wewnątrzpartyjnie.

2. Racjonalizm
Choć umieściłem to hasło na drugim miejscu, uważam je za podstawową cechę lewicowości. Po prostu: pojmowany intuicyjnie demokratyzm staje się atrapą, sprowadza się do bezproduktywnego poszukiwania autorytetów oraz natchnionych pięknymi ideami jednostek moralnie i intelektualnie zdolnych do bezinteresownego pełnienia funkcji przedstawicielskich czy zarządzania (kończy się to zwykle ogólnym rozczarowaniem i przyzwoleniem na dyktaturę), a odpowiednio - troska o równanie szans wyraża się w dobroczynności (dającej budujące rezultaty w przypadkach indywidualnych, lecz w skali ogólnospołecznej często szkodliwej), modlitwach w intencji "by bezrobotni otrzymali pracę" itp. Nie jest możliwa skuteczna realizacja haseł 1 i 3 bez rozumnej analizy doświadczeń historycznych, oraz aktualnych warunków społecznych i ekonomicznych, a zarazem hasła te wynikają z trzeźwej analizy jako wniosek konieczny. Tę ostatnią sprawę pragnę objaśnić dokładniej.

W moim przekonaniu, spośród wielu, którzy jak Sokrates, nasz Frycz-Modrzewski i in., podejmowali próby racjonalnego określenia warunków godnego bytowania, za wzór metody postępowania należy przyjąć Marksa. W jego dziele uderza mnie zwłaszcza jedno: aczkolwiek nieraz spotkałem się z opinią (być może prawdziwą), że punktem wyjścia było u niego współczucie dla nędzy robotników, (znam też opinię pewnego prawicowca wg której M. "chciał" znaleźć sposób na bardziej efektywne wyzyskiwanie ludzi), to przy zastosowanej przezeń metodzie, wynik końcowy poszukiwań nie uległby zmianie nawet przy krańcowo różnym nastawieniu. A więc - jeżeli nawet jestem krańcowym egoistą mającym na względzie tylko własne dobro [4], zauważam jednak swoją zależność od społeczeństwa, od tego, by możliwie wielka jego część (a wymagający poparcia stanowią zawsze większość) była usatysfakcjonowana. Z kolei, dalsza racjonalna analiza wykazuje, że w teraźniejszych warunkach określonych poziomem technicznym, cywilizacyjnym i kulturą (zwłaszcza istotne są dominujące w społeczeństwie obyczaje, przyzwyczajenia i świadomość), jedyną formacją umożliwiającą sprawną organizację ludności jest demokracja. Tak jest z perspektywy egoisty, a tym bardziej ten sam rezultat otrzymamy wychodząc z postawy bardziej altruistycznej. Marksizm więc, traktowany jako metoda analizy, daje wynik niezależny od nastawienia emocjonalnego, od tego, co "chce" uzyskać dla siebie poszukujący rozwiązań problemów społecznych, a demokratyzm i postulat równości szans jawią się jako konieczne następstwo założonego racjonalizmu.

3. Równość szans dla wszystkich
Hasło to dotyczy w pierwszej kolejności sfery ekonomicznej i w tym zakresie stanowi uznanie priorytetu dla potrzeb ludzi niezamożnych, do czego ograniczę się ze względu na potrzebę zwięzłości. Jest to najbardziej oczywiste z haseł definiujących lewicowość, a zarazem szczególnie narażone na deformację wynikającą z odstąpienia od racjonalności. Populistyczne podejście do jego realizacji sprawia, że ograniczamy się do obliczonej na tani efekt dobroczynności (np. dobra bogata pani rozdająca biednym dzieciom podarki), szafowania rentami i przywilejami bez uwzględnienia dalekosiężnych skutków ekonomicznych itp. Lewicę winny więc cechować zarówno racjonalne - a więc uwzględniające w istniejącej sytuacji ustrojowej prawa rządzące rynkiem - podejście do ustanawiania podatków, dopłat, ulg itp., jak i świadomość faktu, że upośledzenie społeczne ma wymiar nie tylko materialny, lecz również (z czego niestety sami zainteresowani częstokroć nie zdają sobie sprawy) dotyczy możliwości rozwoju intelektualnego (wykształcenie, dostępność źródeł wiedzy) oraz kulturalnego, a wreszcie dotyczy także opieki zdrowotnej.

Podczas omawiania postulatu równości pomija się trudny do zwięzłego opisania składnik, który wiąże się ze wspomnianą wyżej realizacją demokratyzmu poprzez dyskurs. Chodzi o możliwość wyartykułowania swoich zapatrywań. Upośledzenie w tym względzie odczuwa przeciętny obywatel w odniesieniu do osób sprawujących władzę oraz mających dostęp do tzw. mediów. Powoduje ono odczucie uprzedmiotowienia, przekonanie o tym, że jednostka nie ma żadnego wpływu na zarządzanie. Panuje przy tym mylne przekonanie, że zarówno w społeczeństwie liczącym miliony obywateli, jak i w kilkudziesięciotysięcznej partii nie może być inaczej, że wszelkie stwierdzenia, iż władzą w państwie są obywatele, a w partii członkowie, są frazesami niemożliwymi do zrealizowania.

Skutki tego są groźne. Z tego wynika np. nikły udział w wyborach, wyobcowanie uczestniczących we władzy jednostek, o których z reguły mówi się "oni", traktowania partii jako tworu "wodzowskiego", a zwłaszcza - tak widoczny choćby w SLD - brak poczucia odpowiedzialności jednostki za całość. Nie znam bowiem przypadku (poza - proszę wybaczyć - mną samym), by ktokolwiek krytykujący stan partii czy państwa, próbował zastanowić się nad tym, czy on sam nie zaniedbał wykorzystania statutowych możliwości zapobiegnięcia złemu, a szczególnie by pomyślał o swym udziale w przyszłej naprawie. Z reguły uświadomienie sobie pogorszenia sytuacji powoduje frustrację wyrażającą się w bezsilnym złorzeczeniu, w opuszczeniu szeregów partii, lub w ostatecznym pogrążeniu się w apatii.

4. Zależności i powiązania haseł
Spodziewam się zarzutu, że, jak to starałem się wykazać, idee solidaryzmu z wyzyskiwanymi i demokratyzmu wynikają jako wnioski z racjonalnej analizy rzeczywistości społecznej, co narzucałoby konieczność przynajmniej zmiany kolejności rozdziałów 1-go i 2-go. Jednak jestem zdania, że zalety demokracji nie wynikają z doświadczeń historii tak jednoznacznie, jak związek źródeł postępu z warstwami społecznie upośledzonymi. Mamy wiele przykładów sytuacji, w których ograniczenie uprawnień obywatelskich było koniecznym warunkiem dokonania czy utrwalenia pozytywnych zmian (Cromwell, Napoleon, ZSRR i wiele innych dyktatur, które, co jednak należy tu podkreślić, bazowały na poparciu mas). Można by jedynie pokusić się o sformułowanie wniosku, że w trwającej od kilku stuleci erze nowożytnej, demokracja (lub jakiś jej substytut) bywa zawsze zarazem punktem wyjścia jak i ostatecznym wynikiem rewolucji, która wskutek oporu warstw zachowawczych ulega przejściowym zniekształceniom w postaci najpierw dyktatury, potem nawrotu ancient regime'u, itd. aż w końcowym rezultacie tych zafalowań uzyskuje stan będący zarazem kolejnym przybliżeniem ideału i - jako realizacja ciągu sekwencji heglowskich triad - źródłem następnych konfliktów społecznych. Takiej konkluzji nie da się jednak przypisać zarówno jednoznaczności jak i pewności, a zarazem - jeśli chodzi o uwarunkowania nie teoretyczne (logiczne) lecz praktyczne - demokracja stanowi podstawowy warunek tego, by racjonalizm i troska o równość szans miały szanse na realne zaistnienie, co skłania mnie do upierania się przy wskazanym na wstępie uporządkowaniu.

Niemniej ma sens stwierdzenie, że podaną w rozdziale "0" trzyhasłową definicję można zredukować do krótkiej formuły - lewicowość = racjonalizm (ew. z określeniem - marksistowski), a pozostałe dwa warunki traktować jako objaśnienie dodane dla uniknięcia nieporozumień.

5. Wnioski praktyczne
Wskazane uporządkowanie pojęć pozwala na podjęcie próby objaśnienia przyczyn stanu obecnego i w konsekwencji wyprowadzenia wskazań dla przyszłych działań, a rezultat tego może z kolei być podstawą do ocenienia słuszności przyjętych przeze mnie założeń.

Otóż sądzę, że obecny stan zniechęcenia do SLD powstał w pierwszej kolejności z przyczyn zewnętrznych, którym trudno było zapobiec. A więc przede wszystkim osiągnięta poprawa wskaźników ekonomicznych nie spowodowała spadku bezrobocia, na co złożyły się skutki zapaści gospodarczej zawinionej przez poprzedni rząd i wyjątkowo sprawna opozycja, która zgodnym działaniem potrafiła utrącić szereg inicjatyw podejmowanych dla ożywienia działalności inwestycyjnej (np. oddłużenie przedsiębiorstw, winiety, plan Hausnera).

Kwestia ta jednak nie ma związku z podjętym przeze mnie tematem. Natomiast istnieją również - choć upieram się przy oszacowaniu ich wpływu jako drugorzędnego - przyczyny wewnętrzne: SLD w odczuwalnej mierze samo sobie zaszkodziło i to w sposób mający związek z właściwym pojmowaniem lewicowości. Mianowicie zawinił niedostatek demokracji, a - zgodnie z wyobrażeniem przedstawionym w poprzednim rozdziale - w konsekwencji kulała realizacja pozostałych dwu haseł. Nastąpiło zbiurokratyzowanie partii, której kierownictwo traktowało kontakt z członkami postrzegało wyłącznie jako formę, a ogół biernie to akceptował.

Odbywały się więc z zachowaniem wszelkich reguł wybory, mieliśmy spotkania na których prominentne osoby coś tam mówiły i wysłuchiwały zgłaszających się dyskutantów (jeśli chodzi o tych drugich, to ze względu na brak obycia z publicznymi wystąpieniami i konieczności improwizowania, na ogół, jak mogłem to zauważyć także w odniesieniu do siebie, wypowiadali się chaotycznie, wręcz bez sensu), narady i zjazdy, jednak praktycznie nie było rzeczywistej wymiany informacji między wspomnianymi w rozdz. 1 trzema składnikami życia partii. Szczególnie jest to widoczne w przypadku przekazywania opinii i wiadomości od kierownictwa w kierunku "do dołu" [5], co nie znaczy, że pod innymi względami było lepiej. Nie istniał więc dyskurs warunkujący - jak starałem się to wykazać - demokrację, a częściowo również równouprawnienie. Tę kwestię należy omówić dokładniej tym bardziej, że dokonanie w tym względzie poprawy jest dla lewicy prawie kwestią bycia lub niebycia.

6. Dyskurs
Pod tą nazwą rozumiem wymianę informacji i opinii. Jak starałem się wykazać, jest to mechanizm, niezbędny zarówno dla realizacji demokratyzmu, jak i równości szans. Bez niego następuje zanik: u kierownictwa świadomości roli służebnej w stosunku do ogółu, a u członków - odpowiedzialności za całość. Jego niedostatek powoduje także potęgowanie uczucia nierówności, bezwzględnego uzależnienia od decyzji zapadających u szczytów władzy. Aby tak zdefiniowany dyskurs nie był formalnością, by dawał skutki rzeczywiste, winien spełniać szereg warunków. Tak więc kierownictwo winno informować ogół nie tylko o powziętych decyzjach, lecz - w sposób możliwie pełny - o szczegółach ich powstawania. Podobnie musi ono podawać do wiadomości wszystkich zainteresowanych, jakie otrzymuje opinie i jakie z nich wyciąga wnioski poddając je tym samym pod kolejny osąd.

Z tego, co napisałem, w sposób konieczny wynika następny, znacznie trudniejszy do zwięzłego objaśnienia warunek: należy zapewnić skuteczne przekazywanie informacji od członków do kierownictwa. Otóż opinie członków, a także poszczególnych kół, przekazywane bezpośrednio do władz różnych szczebli, zwłaszcza jeśli dotyczy to Zarządu Krajowego, stanowią szum informacyjny, z którego dopiero musi ktoś mozolnie wyprowadzać dające się uporządkować wnioski, co jest mało skuteczne. Konieczny jest więc mechanizm, który pozwoliłby ujednolicić propozycje zgodne merytorycznie a różniące się formą (w większości znanych mi przypadków także opisane wadliwie, wręcz w sposób trudny do zrozumienia), wyeliminować te, które nie znajdują znaczącego poparcia, a dla pozostałych wielkość tego poparcia określić. Mechanizm ten w teorii istnieje w postaci ogólnej dyskusji, jednak praktycznie - co próbowałem uzasadnić w innym miejscu - z powodu biernej akceptacji "wodzowskiego" pojmowania partii, bez inicjatywy kierownictwa nie stanie się on rzeczywistością.

W konkluzji uważam, że dużą część odpowiedzialności za brak dyskursu ponosi kierownictwo. Np. w przypadku SLD jest faktem, że nikłe czytelnictwo i brak krytycznej dyskusji nad poczynaniami prezydium partii w najmniejszym stopniu nie niepokoiły góry. Owszem, wiele wskazuje na to, że kierownictwo było (i nadal jest) zadowolone z tego, iż nie musi zajmować się oddolnymi opiniami wyrażanymi przez nie dającą się zlekceważyć znaczącą ilość członków [6]. Zarazem, czego sam doświadczyłem, pojedyńcze głosy były i są traktowane jako sprawa prywatna, z której nikt nie ma obowiązku zdać sprawy ogółowi. Jakie należałoby dla poprawienia sytuacji podjąć konkretne działania - to osobny, bardzo obszerny temat.

Wyjaśnienia:
[1] Np. często powtarzają się stwierdzenia, że ktoś tam nie jest lewicowcem, gdyż proponuje podatek liniowy, nie forsuje złagodzenia ustawy antyaborcyjnej, uznaje sens działań w Iraku, powołuje się na "prawa rządzące rynkiem" itp. Dyskutanci mylą przy tym zasady postępowania z narzędziami, przy pomocy których owe zasady można realizować. Otóż ideologia, czy światopogląd - jakkolwiek zakwalifikować lewicowość - nie mogą być określone przez narzędzia. Te (w odróżnieniu od zasad postępowania) nigdy nie są ani prawicowe ani lewicowe. Rezultat użycia jakiegokolwiek narzędzia może być zależnie od warunków zgodny z celami lewicy, lub w innym razie przeciwny. Np. narzędzia do zabijania ludzi jak karabin i in., jak dowodzi doświadczenie historyczne, na ogół służyły do uciemiężania mas w interesie warstwy uprzywilejowanej. Nie trzeba jednak wielkiej wyobraźni, by zdać sobie sprawę z fatalnych skutków ew. próby zupełnej likwidacji uzbrojenia w skali kraju czy całego świata, m. in. z pozbawienia policji środków do skutecznego przeciwstawienia się bandytyzmowi.
Jako inny przykład neutralności narzędzia wymienię prawo zapewniające zatrudnienie czy przez utrzymywanie miejsc pracy o niskiej wydajności (kraje tzw. realnego socjalizmu), lub przez tworzenie niskopłatnych miejsc pracy (Japonia w 1-szej połowie XX w.). Otóż to prawo, w podanych dwu przykładach dało rezultaty na ogół zgodne z postulatami lewicy: rzeczywiście ogół otrzymał zapewnienie egzystencji. Jednak nastąpiło to nie w wyniku tego, iż owo narzędzie jest "lewicowe", lecz dzięki temu, że w obu przypadkach istniały warunki, w których użycie tego prawa dało wynik pozytywny. A chyba jest oczywiste, że - podobnie jak w uprzednim przykładzie użycia narzędzi do zabijania - w innych warunkach, np. obecnie w Polsce, forsowanie takiego przepisu spowodowałoby katastrofę państwa, na której wzbogaciłaby się grupa kombinatorów, a ogół popadłby w nędzę (to samo narzędzie, a skutki zupełnie inne).
Wracając do zasadniczego wątku:
Podatek liniowy, uwzględniający kwotę nieopodatkowaną, uprzywilejowuje najwyżej i najniżej uposażonych kosztem średniozarabiających. Jak dowodzą przykłady, wprowadzenie tego podatku w jednych przypadkach sprzyja powstawaniu nowych miejsc pracy, w innych ten wpływ jest minimalny. Tak więc nie ma sensu prowadzić sporu o to, czy ten sposób opodatkowania jest "lewicowy", czy nie. Sens ma jedynie dyskusja nad tym, czy w naszych warunkach spowoduje on spadek bezrobocia?
Nieco inna jest sprawa z regulacjami prawnymi dotyczącymi ciąży. W tym wypadku, w warunkach, gdy z góry wiadomo, że przy aktualnym składzie sejmu uchwalenie jakichkolwiek zmian z pewnością nie nastąpi, inicjatywa w tej sprawie, której brak interpretowano jako zaniedbanie realizacji programu, była po prostu narzędziem propagandowym, oddziałującym nie na stan prawa, a jedynie na sympatie obywateli obserwujących pyskówki sejmowe. Należy przy tym pamiętać, że w momencie ustalania programu wyborczego to uwarunkowanie nie było znane, co argument o odstąpieniu od realizacji obietnic wyborczych czyni wątpliwym. Itd. co do innych przykładów.
[powrót]

[2] Przykry dla mnie przykład daje stanowisko prof. Szyszkowskiej wyrażone w opublikowanej pt. "Straciłam nadzieję" w "DZIŚ" 4/05 rozmowie, gdy stwierdza ona: "... zapisałam się do partii ... ponieważ wierzyłam w Leszka Millera." To spontanicznie wyrażone przekonanie, że członkowie partii i jej program są tylko dodatkiem do lidera jest bardzo częste, o czym świadczą zarówno krytyczne uwagi pani profesor o atmosferze dyskusji na Kongresie na początku wspomnianej publikacji, postępowanie uciekinierów z SLD (Borowski i in.) itp.
[powrót]

[3] Np. zgłaszając w swoim kole wniosek o wymuszenie na władzach partyjnych honorowania uprawnień członków wynikających z art. 8 Statutu p. d), zauważyłem ogólne przekonanie o nieskuteczności tej inicjatywy, którą, popieraną przez jedynie kilka osób, bez żadnego ryzyka można przecież zlekceważyć. Zarazem, gdy próbowałem wyjaśnić, że wykorzystując zgromadzenie przedstawicieli kół w Radzie Miejskiej winniśmy zabiegać o poparcie w tej sprawie całej organizacji na terenie Gdańska (odpowiednio na wyższych szczeblach można mobilizować całe województwo, a nawet więcej!), co powinno zmusić naszych prominentów do zejścia z piedestału i podjęcia dyskusji, chyba nikt nie rozumiał, o co mi chodzi. Wymagająca - co trzeba przyznać - znacznego zaangażowania wspólna oddolna inicjatywa przekracza, jak sądzę, możliwości wyobraźni ukształtowanej przez wspomniane "wodzowskie" pojmowanie partii.
[powrót]

[4] Zakładam, że ten hipotetyczny egoista jest istotą rozumną w pełnym tego słowa znaczeniu, tzn. że los innych jest mu jedynie obojętny, że satysfakcjonuje go samo posiadanie, a nie świadomość zazdrości, upokorzenia, podległości itp. odczuwanych przez sąsiadów. Człowiek, którego dobre samopoczucie wynika przykładowo nie z własnego zdrowia, lecz z tego, że jego znajomy złamał nogę (przykład z Mark Twain'a "Człowiek, który skorumpował Hudleyborough"), jest w pierwszej kolejności nie samolubem, lecz głupcem; nie rozumuje racjonalnie.
[powrót]

[5] Pierwszym który zauważyłem przykładem, był fakt, że przez długi czas w żaden sposób nie mogłem się dowiedzieć szczegółów dotyczących przebiegu I Kongresu SLD, a gdy wreszcie na stronie internetowej RK SLD umieszczono odpowiednią informację, zawierała ona tylko teksty uchwał i przemówienia Millera oraz Janika. Jedyny ślad tego, że miały tam miejsce jakaś dyskusja i wybory można znaleźć w dwu urywkach z końcowego przemówienia Millera, które cytuję:
"Ważne, że na naszym Kongresie więcej było rozmowy o Polsce niż przemawiania. Szczególnie ważne że tak wiele miejsca poświęciliśmy w dyskusji kongresowej odpowiedzi na pytanie, jak zagwarantować realizację naszych celów."
oraz
"Gratuluję wszystkim wybranym. Gratuluję wszystkim, którzy ubiegali się o miejsce we władzach partii."
Z licznych innych zdarzeń podobnie wskazujących na brak poczucia odpowiedzialności władz partyjnych wobec ogółu członków wymienię jeszcze kwestię formowania tak istotnego dokumentu jak statut: nie znam sposobu na uzyskanie informacji o przebiegu tego procesu. Zauważyłem np., że w trakcie pierwotnej redakcji wprowadzono uzupełnienia w przybliżeniu zgodne z tym, co sam proponowałem, jednak ile i jakie oprócz mojego głosu odebrano, co zaakceptowano, a co i dlaczego trzeba było pominąć lub zmienić, kto i na jakiej podstawie podejmował decyzje, dowiedzieć się nie można. Widzę natomiast na stronie internetowej RK SLD, że w treści statutu co jakiś czas, znowu bez jakichkolwiek wyjaśnień, ktoś ingeruje, całkowicie lekceważąc moje i innych szeregowych członków partii uprawnienia i zobowiązania.
Należy co prawda przyznać, że w miarę zmniejszania się prestiżu SLD, poprawa następowała. Np. na stronie internetowej RK SLD mamy w sposób zadowalający przedstawiony przebieg konwencji z lipca 2004 i następnie grudniowego kongresu. Jednakże twierdzę stanowczo, że w dalszym ciągu władze partii zaniedbują swoje obowiązki wynikające z opisującego uprawnienia członków artykułu 8 p. 2 Statutu. Zwłaszcza dotyczy to pp.: a) - możliwości udziału w dyskusjach, c) - uzyskiwania informacji o działalności partii (wspomniana poprawa pod tym względem, to jednak bardzo mało!) i nade wszystko d) - nakładającego obowiązek konsultacji, sondaży itp.
Co do tego ostatniego, spotkałem się z twierdzeniem, że jakieś ankiety były przeprowadzane, ale w takim razie, jeśli to prawda, mieliśmy do czynienia z jeszcze jednym przykładem nierealizowania p-ktu c), gdyż fakt, oraz - co szczególnie istotne! - wyniki zostały zachowane wyłącznie do wiadomości wybranych osób. A cóż tu mówić o możliwości (p. a!) wypowiedzenia swojego, opartego na tym badaniu opinii, zdania!
[powrót]

[6] Co prawda należy stwierdzić, że od około roku widać pewną postępującą poprawę: strona internetowa RK SLD zawiera nieco więcej niż uprzednio informacji, wprowadzono tzw. "dyżury telefoniczne" prominentnych osób i coś tam jeszcze. Zmiany te są jednak mało istotne przez to, że w minimalnym stopniu powodują upodmiotowienie członków, nie wpływają na ich aktywność, nie przyczyniają się do rozwinięcia postulowanego dyskursu.
[powrót]

Powrót na str. główną



ROZWAŻANIA O KULTURZE I UCZESTNICTWIE W POLITYCE[IX 2004 r.]
Zaznaczoną część tekstu (bez początkowych akapitów) wydrukowano p.t. "Błędy SLD" w zeszycie nr 9/2004 miesięcznika "DZIŚ" w dziale "Debata o lewicy".

0.
Do rozpoczęcia dyskusji dotyczącej wybranego tematu, nazwanie i sprecyzowanie którego sprawia trudność, niezbędny jest pretekst, punkt zaczepienia, materiał pozwalający objaśnić sprawę przez odwołanie się do cytatów. W ten to sposób wykorzystuję część zawartości 6-go tegorocznego numeru "DZIŚ", którą odczytałem jako prowokację - być może, niezamierzoną (co jest bez znaczenia), pobudzającą czytelnika do zastanowienia się nad stanem psychicznym wielu ludzi określających swoje przekonania jako lewicowe. W trakcie lektury bowiem nasuwa mi się podobieństwo do zabiegu przedsiębranego wobec osoby, której "puściły nerwy", która w zdenerwowaniu straciła panowanie nad sobą, gwałtownie gestykuluje, podnosi głos do krzyku i nie jest w stanie kontrolować sensu swoich wypowiedzi. W takiej sytuacji podsuwamy zwierciadło, by wykrzykujący fobie ujrzał swą skrzywioną paroksyzmem twarz, prosimy, by zastanowił się nad bezładnie wyrzucanymi pretensjami i oskarżeniami i wreszcie ujmujemy za ramiona i potrząsamy mówiąc: "opanuj się i otrzeźwiej!".

Mam na myśli artykuły Michaela Alberta "Wizja antyglobalizmu", Krzysztofa Lubczyńskiego "«Weryfikacja» i wady ideologiczne SLD", oraz listy Wojciecha Kaźmierczaka, Janusza Jurewicza i Jerzego Dziekana. Wywołane lekturą tych tekstów opisane wrażenie zostaje dodatkowo spotęgowane zestawieniem z tym, co mają do powiedzenia w tym samym wydaniu miesięcznika np. Kołodko, Marek Ross, czy Jan Golec.

Przede wszystkim zdumiało mnie i zastanowiło to, co napisał M. Albert, którego artykuł wygląda jak przykład utopii uzupełniający poprzedzający tekst M. Rossa. W każdym bądź razie widzę tam pojmowanie sprawiedliwości jako kompletnej urawniłowki, a poza tym: sposób oceniania wartości pracy, wyobrażenie roli społecznej i definicji pieniądza oraz rynku, itp. - poglądy, które są dla mnie zupełnie niezrozumiałe i sprzeczne z tym, co w wyniku niezliczonych udanych i nieudanych prób zostało powszechnie uznane jako rzetelna wiedza. Ostatecznie z lektury wyniknęło przekonanie, że również poza naszym krajem, odczucie wszechobecności zła i bezsilności wobec braku upragnionych oznak radykalnej poprawy, wywołują frustrację prowadzącej do utraty zdolności trzeźwego myślenia i do ucieczki w krainę utopii.

U pozostałych czterech autorów oznaką tego, że "nerwy puściły" jest w pierwszej kolejności wyraźnie podbudowane emocją przyjmowanie fałszywych założeń. Przykładem tego jest m. in. przedstawienie zachowania rezerwy względem kleru jako jednej z zasad "dzięki którym ma się prawo do szyldu lewicy" (str. 151). Przecież napięcie istniejące między lewicą a kołami klerykalnymi nie należy do założeń podstawowych, lecz jest zjawiskiem wtórnym, wynikającym z uwikłania administracji kościelnej w szkodliwe społecznie gry polityczne i finansowe. Wynika ono nie z założeń ideowych i przebiegałoby podobnie względem jakiejkolwiek innej organizacji formalnie apolitycznej (może to w innych warunkach dotyczyć choćby stowarzyszenia ateistów), jeśli uzyskane wpływy społeczne będzie ona próbowała wykorzystać dla zdobycia władzy. Inna jest sprawa, że w przeszłości konflikt z Kościołem bywał zawiniony przez lewicę, gdy któraś z aspirujących do lewicowości partia przedsiębrała wrogie działania nieusprawiedliwione potrzebą zachowania porządku publicznego, a wielu socjalistów jest szczerze przekonanych, że rzeczowość lewicowych poglądów dotyczących społeczeństwa i ekonomii naprawdę obejmuje również dowodzenie o nieistnieniu świata nadprzyrodzonego. Tworzenie mitu o programowym ateizmie lewicy jest równie bezsensowne co przypisywanie chrystianizmowi (nie mylić z klerykalizmem!) tendencji totalitarnych w oparciu o wybrane teksty (głównie starotestamentowe) i zaszłości historyczne.

Inny z wielu tego typu przykład stanowi stwierdzenie na str. 216: "Polska Ludowa nie była bowiem krajem powszechnej szczęśliwości, jak chce tego p. Guz [dotyczy: Eugeniusz Guz "Najjaśniejsza, czy najsmutniejsza RP?" "DZIŚ" 2004 nr 3] RP natomiast nie jest kolonią karną i nie przymiera głodem. Taka retoryka zemściła się na nas ...". Jak wynika z cytatu autor popełnia dwa błędy: po pierwsze twierdzi, że E. Guz w swoim artykule gloryfikuje PRL i potępia stan obecny (w rzeczywistości autor polemizuje z zacytowaną przezeń tezą Gazety Wyborczej piętnującą PRL dowodząc - również w oparciu o cytaty prasowe - że obecnie pod wieloma względami nastąpiło pogorszenie, które to stwierdzenie nie jest przecież tożsame z gloryfikacją!), po drugie sugeruje, że tego rodzaju nieprawda była głoszona w SLD jako stały (programowy?) element retoryki w kontaktach z potencjalnymi wyborcami. Doprawdy nie mogę sobie wyobrazić, które wystąpienia, czy publikacje można uznać, że nadają sens postulatowi ze str. 217: "nie możemy wmawiać młodym, wykształconym ludziom, że żyjemy w państwie mroku i nędzy, a państwo słońca było za czasów rządów pierwszych sekretarzy". Np. o ile mi wiadomo, pomniki Gierka powstają wyłącznie z inicjatywy społecznej; władze partii ani nie popierały tego, ani nie przeciwdziałały, słusznie wychodząc z założenia, że nic im do poczynań osób, które (należąc, czy nie należąc do SLD) występują prywatnie, ew. reprezentują ogniwo organizacyjne działające w ramach uprawnień statutowych zgodnie z wolą większości swych członków.

I jeszcze, cytat ze str. 220: "... Unia ... musi mieć rząd i konstytucję, którą my odrzucamy" - przy tym zarzut odrzucenia bynajmniej nie jest skierowany do pp. Rokity, Leppera czy Giertycha, lecz do przedstawicieli aktualnego rządu(?!). Celem moim nie jest wypunktowanie i sprostowanie wszystkich twierdzeń fałszywych i wątpliwych, licznych w omawianych tekstach a podyktowanych - jak sądzę - emocjami. Po prostu: piszę, gdyż na marginesie właściwego tematu, który omawiam w następujących akapitach, chciałbym namówić sfrustrowanych niepowodzeniami naszej formacji lewicowców, by nie tracili zdrowego rozsądku, by zachowali w trudnej sytuacji zdolność trzeźwego myślenia. W tym sensie omawiane teksty są jedynie pretekstem, który wykorzystuję, gdyż w moim przekonaniu, przedstawiają one rozterki licznej grupy osób - prawdopodobnie większej części z tych, którzy decydują się na wystąpienie z partii, lub choćby przestają z nią sympatyzować. Przede wszystkim jednak, jak to już wyjaśniłem na wstępie, chcę poruszyć dwie sprawy wykraczające poza tak sformułowane zamierzenie.

1.
A więc po pierwsze - na str. 151 czytamy: "... w kierowniczych kręgach SLD wyhodował się snobizm na kontakty z biskupami Kościoła katolickiego. Wspólne spotkania, opłatki, uroczystości państwowe ...", a na stronie 220: "... Europa zaproponowała nam udział w tworzeniu wspólnej konstytucji. ... Rząd zmarnował tę szansę".

Aby wyjaśnić, o co chodzi mi tym razem, odpowiem na pytanie: kogo reprezentują władze tj. rząd, parlament itd. (przecież "kierownicze kręgi" partii rządzącej, to w znacznej części członkowie tych gremiów, lub przynajmniej osoby zbliżone)? Czy są depozytariuszami swej partii i swoich wyborców, czy też wszystkich obywateli, także tych, którzy popierają innych polityków i nie akceptują aktualnej władzy i jej programu? Zdecydowanie twierdzę, że to drugie. Fakt, że ta prawda jest niepopularna, jest moim zdaniem świadectwem braku kultury, w tym wypadku użyję określenia - kultury w polityce, oraz przejawem niezrozumienia istoty demokracji. Demokracja przedstawicielska, a taka jest jedynie możliwa w społeczeństwie składających się z tysięcy (a tym bardziej z milionów) osób wymaga, by kandydaci na reprezentantów stoczyli ze sobą walkę o uzyskanie poparcia większości, by przedstawiali swoje programy bezkompromisowo przekonując wyborców o wadliwości propozycji konkurentów. Jednak gdy wybór już został dokonany i niektórzy z nich zasiądą w sejmie, rządzie i gdzie tam jeszcze zostaną skierowani, stają się prezydentem, ministrami, wojewodami, posłami itd. "wszystkich Polaków". Od tej chwili nie ma prawa istnienia dla podziału na swoich i przeciwników, gdyż rywalizacja przedwyborcza jest jedynie narzędziem koniecznym do tego, by wybór w osiągalnym praktycznie stopniu pozbawić wady przypadkowości. Desygnowany na stanowisko winien wszystkich bez wyjątku traktować jako tych, którzy - w wyniku procedury zawierającej jako element składowy walkę o poparcie elektoratu - zlecili mu zawiadywanie wspólnym dobrem na warunkach, do jakich zobowiązał się kandydując i wobec których to zleceniodawców winien zachować postawę usługującego. Jeszcze raz podkreślam: zasadniczy sens władzy (nie tylko demokratycznej, lecz każdej władzy) polega na służeniu wszystkim krajanom, a rywalizację dopuszcza się jedynie jako narzędzie umożliwiające prawidłowy wybór osoby czy osób i programu. Utrwalanie podziału na swoich i obcych (a tym bardziej na przyjaciół i wrogów!) poza czas podejmowania decyzji, jest całkowitym tego zaprzeczeniem zgubnym dla porządku społecznego.

Koniecznym jest jednak zastrzec, że wymóg ten, podobnie jak wszystkie normy kultury nie jest możliwy do wyegzekwowania formułami prawnymi i środkami przymusu. Spełnienie go zależy wyłącznie od dobrej woli, od poczucia obowiązku i poziomu etycznego, jest probierzem tego, czy w osobie desygnowanego do pełnienia funkcji publicznej mamy do czynienia z człowiekiem kulturalnym, czy z pozbawionym tej cechy - krótko mówiąc - chamem. Kolejne wyjaśnienie: przyjmując uproszczoną, dychotomiczną kwalifikację kultura - chamstwo, oczywiście - jak w przypadku, gdy mówimy o kimś, że jest dobry czy zły, mądry lub głupi, przyjazny nam albo wrogi itd. - odnoszę podaną charakterystykę nie do osoby w ogóle, lecz do jej zachowania w konkretnej sytuacji. Człowiek jest zbyt złożonym tworem, by można go było jednoznacznie zdefiniować. Każdy z nas jest np. jedynie częściowo zły, po części zaś dobry, co objawia się na zmianę w różnych kolejno następujących sytuacjach. I jeszcze zastrzegam, że nie podałem definicji kultury w polityce, której nie można zawęzić do wyżej opisanej postawy reprezentanta - ta postawa jest po prostu jednym z licznych przejawów kultury.

Realizacja tak pojętej służebności (czy wg przyjętego z łaciny określenia - ministrantury) nie może oczywiście polegać na odstąpieniu od programu deklarowanego przed mianowaniem, czy w obsadzaniu stanowisk osobami nie akceptującymi tego programu. Może natomiast i powinna dotyczyć w stopniu ograniczonym innych, trudnych do dokładnego opisu sytuacji, a w pełni obowiązuje dla czynności o charakterze symbolicznym jak spotkania, uroczystości, nadawanie odznaczeń itp. W tym sensie członek rządu socjaldemokratycznego biorący udział w spotkaniu opłatkowym czy uroczystości kościelnej występuje nie jako osoba prywatna demonstrująca swoje przekonania czy preferencje, lecz jako władza, która tym sposobem manifestuje szacunek dla symboli poważanych przez część społeczeństwa, a tym samym wywiązuje się ze zobowiązań należnych w objaśnionym wyżej sensie obywatelom stanowiącym tą grupę. Z góry należy w tym momencie zastrzec, że nie biorę pod uwagę możliwości tego, iż poważanie okazane symbolom jednej grupy może znieważać przekonania innej. Jeśli mamy prawdziwą demokrację a nie jej atrapę, to idee i ich sposoby manifestowania albo są ustawowo uznane za społeczne szkodliwe, zabronione i sądownie karane, albo należy im się co najmniej tolerancja. Jakiekolwiek uznanie, że komuś "wolno mniej", odwoływanie się do prywatnego sądu w wyrokowaniu, że coś "obraża moje przekonania" itp. nie mieszczą się w pojęciu nie tylko demokracji, lecz w ogóle praworządności, jest zaprzeczeniem wspomnianego przejawu kultury. Oczywiście te uwagi nie dotyczą działań mających wymiar nie tylko symboliczny lecz również praktyczny, jak wspomniane przez K. L. na str. 151 "ofiarowanie bursztynowych przywilejów". Ten gest przypisywany Millerowi rzeczywiście, delikatnie się wyrażając, jest trudny do zrozumienia. Wreszcie mamy mnogość sytuacji niesprecyzowanych w obietnicach przedwyborczych, gdy mandatariusz społeczeństwa musi wyważyć proporcję między: 1-o wyinterpretowanym przez siebie zaleceniem wynikającym z programu, 2-o przekonaniem o tym, jakie działania są najkorzystniejsze dla ogółu, 3-o własnym wyobrażeniem o tym, jaka w rzeczonej kwestii jest wola większości. W takim razie jednoznaczne określenie prawideł postępowania nie jest możliwe i nieraz zdarza się, że powinniśmy zrezygnować z osądzenia decydenta, który wybrał np. domniemane wg swego rozeznania dobro publiczne z pominięciem pozostałych dwu wymienionych racji.

Natomiast nie mogę się zgodzić na to, że - jak to zacytowałem na wstępie niniejszego wątku - "rząd zmarnował tę szansę". Otóż nawet pomijając wzgląd na groźne praktyczne konsekwencje ew. zgody na proponowaną treść konstytucji (DZIŚ nr 2004/04 str. 193) i ograniczając się do kwestii zobowiązań moralnych, nie widzę podstaw do stwierdzenia, że rząd, a ściślej odpowiedzialni za negocjacje osobiście i w znacznej mierze niezależni wzajemnie od siebie premier i prezydent, mieli swobodę wyboru. Daruję sobie, zbędny wobec powszechnie znanych jednoznacznie wymownych faktów, opis skomplikowanej kwestii wyobrażenia większości obywateli polskich o treści europejskiej ustawy zasadniczej, stwierdzam natomiast, że nie zgłaszając zastrzeżeń (tak jak to miało miejsce, stonowanych i wyważonych stosownie do skomplikowanego ilościowego podziału obywateli na zwolenników różnych poglądów na sprawę), nasi reprezentanci wykazaliby lekceważenie dla swego suwerena, którym jest społeczeństwo. Uważam, że przedsięwzięte na forum europejskiej konstytuanty postępowanie polskich negocjatorów, w niewielkim jedynie stopniu możliwe było do modyfikacji bez zaprzeczenia opisanym wyżej wskazaniom. Przeciwne proponowanemu tekstowi konstytucji wystąpienia posłów opozycyjnych niezależnie od tego jakim poziomem kultury (względnie chamstwa) się odznaczają, należy traktować z poważaniem należnym wyborcom, a osądzając poddawanie się presji ich żądań też trzeba mieć wzgląd na tą okoliczność.

Brnąc dalej w wątek dodam, że - oczywiście - zasady obowiązują nie tylko władzę, lecz również pozostałych obywateli, którzy odpowiednio winni okazać szacunek wybranym z zachowaniem obowiązujących zasad osobom. Nie mniej w sprawach etyki i kultury zasada odwetu i dostosowania się do reszty jest nie do przyjęcia.

I tak przykładowo: jeżeli prymas absentując w inauguracji prezydentury Kwaśniewskiego okazał chamskie (stosuję przyjęte wyżej dychotomiczne rozróżnienie: kultura - chamstwo) lekceważenie - nie tyle zresztą osobie prezydenta, ile społeczeństwu, które legalnie on reprezentuje, błędem i zaprzeczeniem kultury byłoby, gdyby z kolei prezydent nie okazał szacunku Glempowi. Szacunku należnego nie ze względu na osobę chama, lecz przez to, że w człowieku tym - przynajmniej w momencie oficjalnej uroczystości - uosobiona jest godność wiernych kościoła, a więc części społeczeństwa, którego prezydent jest mandatariuszem. Nie zmieniłoby się nic w tym schemacie, gdyby okazało się, że chamami w przedstawionym sensie są wszyscy owi wierni. Jak wspomniałem, etycznych podstaw postępowania i kultury nie można uzależniać od poziomu ludzi, z którymi mamy do czynienia.

Tak więc, wracając do pierwszego omawianego jako przykład zdania, nie ma sposobu na to, by dowiedzieć się, czy np. Miller spotykając się z biskupami chciał się komuś przypodobać, czy kierowały nim względy odpowiedzialności urzędnika wobec wszystkich obywateli, niedopuszczalne jest przyjmowanie tylko jednej z wymienionych możliwych motywacji. Cytowane zdanie:
"... w kierowniczych kręgach SLD wyhodował się snobizm na kontakty z biskupami Kościoła katolickiego. Wspólne spotkania, opłatki, uroczystości państwowe ..."
jest więc fałszywe w tym, że bezpodstawnie eliminuje jedną z dwu wspomnianych możliwości. Czy rzeczywiście wskazane zdarzenia wyniknęły z "wyhodowanego snobizmu", czy były przejawem kultury politycznej, moglibyśmy poznać tylko odczytując myśli działającej osoby, a to jest przecież niemożliwe.

2.
Podejmując drugi z zapowiedzianych wątków zacznę od zacytowania fragmentów: ze strony 217 - "Kiedy jako młodzi działacze nieśmiało protestowaliśmy, nikt nie miał nawet czasu, żeby nas wysłuchać" i na stronie 219 - "pozbyłem się legitymacji SLD - bo nie należę do pozorantów, gdyż elita tej formacji absolutnie nie przylega do moich przekonań politycznych". Obydwa te zdania obrazują błędne - w moim najmocniejszym przekonaniu - pojmowanie uczestnictwa w organizacji z założenia demokratycznej, tzn. takiej, której kierownictwo czy wg użytego określenia elita pełni rolę służebną względem członków i kieruje realizacją przyjętego przez nich programu.

Otóż primo (przypominam, że zacytowane zdanie stanowi jedynie pretekst, a swoje uwagi odnoszę również do wielu innych znanych wydarzeń) - jeżeli zgłaszam wolę współdziałania w takim zespole, podejmuję zarazem ODPOWIEDZIALNOŚĆ za organizację - zarówno za kierownictwo jak i ogół. Polega to m. in. na tym, że jeśli widzę niezgodność działań któryś instancji partyjnych z programem, statutem, lub z zasadami etyki odniesionymi do skali społecznej (czyny nieetyczne w skali jednostkowej, jeżeli nie mają reperkusji odczuwanych przez ogół, chyba nie powinny być brane pod uwagę?) jestem obowiązany do podjęcia czynności w pierwszym rzędzie przewidzianych statutem, a dopiero wobec rażącego braku reakcji ew. jakieś - bez określenia szczegółowej sytuacji trudne do sprecyzowania - protesty ukierunkowane na skłonienie partii do przestrzegania założeń. Jeżeli nie wykonam tego, nie mam prawa mniemać, że nie jestem odpowiedzialny za powstałe zło.

Niezrozumiałe jest więc odejście w momencie, gdy podstawowe dokumenty przedstawiające rację istnienia organizacji zachowują niezmienione te treści, dla których zdobyłem członkostwo, a zmiana szyldu podbudowana jakimiś wynalezionymi w programie szczegółami jest po prostu hipokryzją. Czy można poważnie traktować człowieka, który ni z tego ni z owego wykrywa jakieś "nie do zaakceptowania" sprawy ukryte w uznawanych dotychczas przez siebie założeniach ideowych organizacji, po czym poprzestawszy na zgłoszeniu swych zastrzeżeń kilku mniej lub bardziej prominentnym członkom, bez szerszej dyskusji, bez próby uzyskania większościowego uznania dla zmian programu, "obraża się" na wszystkich i opuszcza towarzystwo? Postawa taka jest niezrozumiała, gdyż przyjmuję, że odpowiedzialny człowiek wstępuje do partii nie dlatego, że podobał mu się Miller czy kto inny, nie ze względu na korzystne wyniki sondaży, ani nie z domniemania iż ogół członków cechują pozytywne walory umysłowe i moralne, lecz ze względu na przekonanie o potrzebie ilościowego, czynnego poparcia programu, który wg posiadanego rozeznania daje największe szanse rozwoju naszemu krajowi. I jeżeli np. nie jestem usatysfakcjonowany poglądami i możliwościami intelektualnymi większości osób, z którymi stykam się w dyskusjach, na zebraniach itd., nie tworzę sobie iluzji, iż głosząc hasła o potrzebie "autentycznej lewicowości" inne ugrupowanie przyciągnie do siebie ludzi, którzy będą pod tymi względami różnić się zasadniczo od ogółu Polaków. Raczej powinienem realizować wspomnianą "odpowiedzialność", działać - przez udział w dyskusjach i głosowaniach - promując wyróżniających się, krytykując błędy kierownictwa i pobudzając ogół członków do podnoszenia swych zdolności do uczestniczenia w zabieganiu o dobro kraju.

Secundo - należy pamiętać o tym, że partia to przede wszystkim założenia ideowe, statut i program, następnie członkowie, a kierownictwo jest jedynie instrumentem umożliwiającym sprawne działanie organizacji. Otóż dość ogólnikowe stwierdzenie "Kiedy jako młodzi działacze nieśmiało protestowaliśmy, nikt (z poprzedzających cytat zdań wynika, iż chodzi tu o "prominentów") nie miał nawet czasu, żeby nas wysłuchać" wskazuje, że grupa "młodych działaczy" dostrzegłszy problem wymagający rozwiązania zwróciła się do władz zaniedbując zdobycie większościowego poparcia dla swego poglądu. Jest to postępowanie poprawne, stosowane ze względu na oszczędność czasu, gdyż kierownictwo, jeśli zostanie przekonane o słuszności proponowanego rozwiązania, ma uprawnienie do wdrożenia pomysłu bez żmudnej dyskusji, głosowań na różnych szczeblach itd. Nie mniej, choć wspomniane kierownictwo odgrywa rolę w organizacji ważniejszą niż przysłowiowy ogon, który nie może machać psem, to jednak wskazany sposób postępowania jest jedynie uproszczeniem dopuszczalnym ze względów praktycznych, zaś właściwą ostateczną instancję decydującą stanowi w każdej demokracji gremium. Stąd wynika, w wypadku doznanego zawodu ze strony "prominentów", zarówno konieczność odwołania się do całości jak i bezsens "obrażania się" na partię w odwecie za błąd kilku osób. Sądzę, że autor cytowanego wyżej zdania ma skłonność do traktowania partii jako tworu "wodzowskiego", w którym podstawową sprawą jest wyłonienie przywódcy (ew. przywódczej elity), a wszelkie dyskusje, wybory i głosowania są jedynie sztafażem, formalnym dodatkiem o minimalnym praktycznym znaczeniu. Ten sposób rozumowania podpowiada, że żmudny wysiłek przekonywania i zdobywania poparcia dla swoich zastrzeżeń jest nieracjonalny, że jedyną drogą do naprawy jest wyselekcjonowanie nowej elity, "prawdziwej", nieobciążonej błędami. Przy tym mniemaniu proces dokooptowania szeregowych członków do nowoutworzonego centrum jest rzeczą wtórną; po prostu: kto ma właściwe rozeznanie, pójdzie za nami, a o pozostałych martwić się nie będziemy - sami są sobie winni.

Trochę inaczej rzecz się przedstawia, gdy zbuntowana grupa widzi wady nie tylko wśród elity, lecz krytycznie ocenia ogół członków. Może to mieć przykładowo formę następującą: kierownictwo jest kiepskie, a stan ten jest nie do naprawienia, gdyż w partii (organizacji, grupie itp.) przeważają ludzie bierni, niesprawni umysłowo i nastawieni na dostrzeganie wyłącznie bardzo bezpośrednio odczuwanych przez siebie korzyści (ew. dochodzi zdominowanie młodzieży przez pokolenie starsze). Jest oczywiste, że takich ludzi trudno przekonać racjonalnymi argumentami, skłonić do rzeczowej dyskusji, do aktywności. Te właśnie cechy środowiska tłumaczą znane fakty utrzymywania się osób skompromitowanych przez szereg lat na odpowiedzialnych stanowiskach (radnych, wójtów itd.). Również jednak i w tym przypadku wyobrażenie, iż przy tworzeniu nowego ugrupowania potrafimy dokonać selekcji, że skład członkowski będzie pod jakimkolwiek względem różnił się zasadniczo od tego, jaki istnieje w całym społeczeństwie, jest iluzją. Hasłami, deklaracjami, głoszeniem "prawdziwej lewicowości", nikt nie sprawi, że przyjdą do nas jedynie ludzie mądrzy i wolni od egoizmu. Żadne też formalne utrudnienia nie zatrzymają napływu członków pozbawionych tych zalet, jeżeli w ogólnym przekroju społecznym występuje ich obfitość. Cóż, społeczeństwo jest takie, jakie jest. Tak było dawniej i ideału nie osiągniemy nigdy. Więc jednak i w tym przypadku jedyne sensowne działanie widzę w sienkiewiczowskiej "pracy u podstaw": dyskusje, przekonywanie do wspólnego działania, domaganie się od wybranych przedstawicieli respektu wobec szeregowych członków itd.

W obydwu omawianych sytuacjach, jeżeli stwierdzamy, że "nie należących do pozorantów" jest znaczna ilość (a masowe odejścia na to chyba wskazują), z której przynajmniej co dziesiąty wykazałby się inicjatywą, jest niezrozumiałe, jak to się stało, że nie podnieśli wspólnego głosu, który zmusiłby przecież instancje władzy partyjnej do zareagowania. Stanowczo twierdzę, że rezygnujący po prostu wyobrażali sobie członkostwo jako formalność bez własnej odpowiedzialności, że wg nich "czarną robotę" utrzymania organizacji na poziomie koniecznym dla konstytuowania i nadzorowania władzy odrobią za nich inni. Prawda, że trudno w kole, w skali gminy, miasta, powiatu o działanie tak efektowne i satysfakcjonujące jak te dostępne dla uczestniczących we władzach. Należy przecież, by uzyskać posłuch chociażby w zarządzie niskiego szczebla, przekonać o swojej racji przynajmniej większość członków kilku kół, co wymaga długich i żmudnych dyskusji. Ale też demokratyczny porządek polega na współdziałaniu jednostkowych efektownych dzięki powadze urzędu działań władzy i niewidocznej, efektywnej wsparciem ilościowym presji wywieranej przez ogół. Jeżeli któryś z tych składników zawodzi, porządek zostaje zakłócony.

Jednakże określenie "jako młodzi działacze nieśmiało protestowaliśmy" może odzwierciedlać jeszcze jeden - trzeci rodzaj konfliktu: być może zakwestionowano któreś sformułowania statutu lub programu jako niezgodne z własnym wyobrażeniem lewicowości. Nie byłoby to zdradą, gdyż choć dokumenty te mają znaczenie podstawowe, określają charakter organizacji w sposób bardziej zasadniczy niż opinia większości a tym bardziej niż kierownictwo, to jednak nie można ich treści traktować jako nie podlegającej dyskusji, nie są dane raz na zawsze niezmienne. W takim wypadku znaczenia cytowanego urywku, warto na marginesie zauważyć, że w odróżnieniu do dwu poprzednich, mamy sytuację zupełnie nie mającą związku z konfliktem, który doprowadził do powstania utworzonego przez byłych prominentów SLD nowego stronnictwa. O ile bowiem jest możliwe, że młodzieżówka SLD została pozbawiona szans wyartykułowania swoich poglądów zarówno przez kierownictwo i przez miejscowe środowisko zdominowane przez wiekowych zasłużonych działaczy najniższego szczebla, to w stosunku do twórców SDPL nie mogło być o tym mowy, oni z pewnością mieli możność upowszechnienia swego odrębnego zdania, gdyby takie głosili. Na tej podstawie zdobywam przekonanie, że ew. zastrzeżenia do ideowych podstaw lewicy obu tych ugrupowań są różne podobnie jak oceny, na jakie zasługują ich postępowania.

Oczywiście tą kwestię poruszyłem jedynie mimochodem, gdyż chodzi mi jedynie o przedyskutowanie celowości separowania się w przypadku zakwestionowania niektórych sformułowań w dokumentach określających cele organizacji. A sprawa nie ogranicza się do jedynie "młodych działaczy", że wspomnę przykładowo fakt dystansowania się od SLD Polskiej Partii Socjalistycznej, oraz Związku Komunistów Polskich. W tym zatem wypadku nie stać mnie na sformułowanie sądu bez przyznania się do wątpliwości. Jedynie z pewnością mogę stwierdzić, że zarówno separowanie się mniejszości, oraz potępianie dysydentów przez reprezentujące większość kierownictwo, utrudniają tak samo uzyskiwanie dla świata pracy najemnej zdobyczy socjalnych i politycznych, jak też możliwość prowadzenia dyskusji czyli przekonywania o swoich racjach całego środowiska lewicowego. No i oczywiście - powtarzam - trudno mi uwierzyć w szczerość zapewnień o istnieniu różnic zapatrywań, które w ciągu dwu miesięcy objawiają się i okazują swój charakter "nie dających się rozwiązać w ramach istniejącej organizacji". (Ten ostatni przykład oczywiście nie ma odniesienia do wspomnianych na wstępie tekstów z "DZIŚ".)

3.
Powyższe rozważania nad jednym z przejawów kultury w polityce polegającym na służebności władzy wobec społeczeństwa, oraz nad odpowiedzialnością wynikającą z członkostwa, ogólnie dotyczą relacji władza - społeczeństwo i dają na zakończenie okazję do sformułowania kilku wniosków praktycznych. Chodzi mianowicie o wskazanie błędów, które w pewnej mierze przyczyniły się do obecnej zapaści SLD, a które wynikają z niewłaściwego rozumienia istoty demokracji wewnątrzpartyjnej, z nieuświadomienia sobie zależności i związków między kierownictwem a ogółem członków, a w konkluzji o próbę sformułowania sposobów naprawy.

Wyjaśnienie: od tego miejsca tekst został wydrukowany w "Dziś" pt. "Błędy SLD"

Wina i powód do zastanowienia się szeregowych członków polega więc, jak wspomniałem, na potraktowaniu partii jako dodatku do grona "prominentów". Przejawia się to głównie biernością, brakiem zainteresowania pracą kierownictwa i problemami przez nie rozwiązywanymi. Np. nie spotkałem się z tym, by ktokolwiek (poza mną) dopominał się od swych delegatów na zjazd o zdanie sprawy z wykonania podjętej funkcji przedstawicielskiej. Również stanowczo zbyt mało czytelników mają biuletyny i prasa lewicowa, na zebraniach kół brak dyskusji problemowych, a roztrząsa się głównie sprawy personalne częstokroć nasuwające podejrzenie, iż są echem jakiś rozgrywek między osobami czy grupami. Inny, wspomniany wyżej przejaw tego błędu, to lekceważenie roli ogniw pośrednich w przekazywaniu sygnałów i postulatów kierownictwu. Widoczna jest wśród naszych rodaków nadmierna skłonność do relacjonowania swych problemów bezpośrednio kierownictwom najwyższego szczebla. Wynika niestety ona częściowo z doświadczonej niesprawności ogniw pośrednich tworzących "drabinę kompetencyjną", która - działając w sposób należyty - winna być skutecznym narzędziem komunikacji między "dołami" a "górą". Wspomniana skłonność nie byłaby powodem nieszczęścia, gdyby pamiętano, że przecież istnieje żmudna, wymagająca zabiegania o poparcie większościowe na kolejnych szczeblach, droga przekazywania uchwał i postulatów do kolejnych wyższych instancji. Przecież jest rzeczą oczywistą, że kierownictwo kilkudziesięciotysięcznej organizacji otrzymuje tak dużą ilość sygnałów, że musi dokonywać ich selekcji, przy której nie da się uniknąć błędów, że istnieje objaśniona wyżej droga "służbowa" choć - trzeba przyznać - wymaga ona wiele czasu i zaangażowania, a powszechne na wszystkich poziomach rozgrywki frakcyjne i personalne powodują, iż prominentom nie starcza czasu na zajmowanie się sprawami nie dotyczącymi ich własnego interesu.

Z kolei, gdy przechodzę do wypomnienia grzechów różnych rang kierownictwa SLD, w pierwszym rzędzie krajowego, ale również w mniejszej - stosownie do kompetencji - mierze wojewódzkich i powiatowych, przede wszystkim należy im wypomnieć, że - moim zdaniem - zamknęły się we swoim gronie i zaniedbały komunikację z ogółem członków ograniczając się do bardzo wąskiego kręgu osób. Zabrakło bowiem jakichkolwiek poczynań dla poprawy opisanego w poprzedzającym akapicie braku przekazywania informacji, a znane mi próby zwrócenia uwagi na ten problem zostały skwitowane milczeniem. Podobnie m.in. nie zadbano o należyte informowanie "dołów partyjnych" o sukcesach, niepowodzeniach i trudnościach.

Przykładowo: Miller w swoim expose z 2001 roku zapowiedział zdawanie sprawy z realizacji po 100 dniach i potem w każdą rocznicę inauguracji. 100-dniowy raport został wygłoszony w sejmie i na tym się skończyło. W stosunku do sejmu szkody nie było, gdyż opozycja nie miała w ogóle zamiaru wysłuchiwać sprawozdań, natomiast strata, jaką z tego względu ponieśli niedoinformowani szeregowi członkowie partii jest oczywista.

Inne przykłady: nie znam żadnych prób objaśnienia okoliczności dymisji pani Piwnik (obecnie nabrałem przekonania, że Miller wówczas miał moralny obowiązek zrezygnowania z przewodzenia skompromitowanemu przez ten incydent SLD), dymisji Kołodki, niepowodzenia proponowanej abolicji podatkowej, czy nieudanego programu budowy autostrad i wielu innych zdarzeń znanych mi wyłącznie z relacji prasy i TV raczej nieprzychylnych względem lewicy oraz - niekiedy - z lakonicznych wzmianek w "DZIŚ". Nie znam również żadnych poprzedzających marzec (być może luty?) br. prób dotarcia do mas (motłochu) z wiadomościami o dyskusjach toczących się między np. pp. Millerem, Borowskim, Celińskim, gdy tymczasem "wieść gminna", której ani zaprzeczyć ani potwierdzić nie sposób, głosiła, że ci państwo dużo istotnych spraw rozstrzygali w swoim gronie.

Nie jest także praktykowane zdawanie sprawy przez delegatów na zjazdy i konwencje. Przecież w moim imieniu osoby wybrane przeze mnie (na szczeblu powiatu/miasta) lub pośrednio przez moich przedstawicieli (na wyższym szczeblu) brały udział w wyborach, natomiast dowiedzieć się, jak głosowali i czym kierowali się w wyborze, nie mogłem mimo przedsięwziętych usiłowań. Z drugiej zaś strony mam pretensję do kierownictwa, że nie próbowało zaradzić marazmowi i bierności widocznych wśród szeregów partyjnych, co skrótowo omówiłem wraz z błędami zawinionymi przez ogół członków.

Z tak sformułowanych tez i wynikających z nich zarzutów wobec ogółu członków z jednej i kierownictwa z drugiej strony, można wyprowadzić wskazania na przyszłość. Dla szeregów partyjnych żadnego nie da się wymyśleć zalecenia poza apelem o aktywność, czynne nadzorowanie pracy przedstawicieli, głębsze zainteresowanie zdobywaniem wiedzy o problematyce politycznej przez czytelnictwo oraz udział w dyskusjach nad programem i jego realizacją. Natomiast kierownictwo - nie tylko centralne, lecz każdego szczebla - winno poprawić wymianę informacji ze szczególnym zwróceniem uwagi na jaknajściślejszy kontakt z kołami i poszczególnymi członkami. Należy w tym celu wykorzystać możliwości stwarzane przez Internet. Zorientować się, ilu członków ma możność odbierania i wysyłania listów i regularnego odwiedzania stron internetowych. Propagować przekonanie o potrzebie regularnego odczytywania wiadomości ze strony Rady Krajowej, oraz swego województwa i zadbać, by strony te zawierały istotne treści. Przeprowadzić wywiad pozwalający uzyskać informację o tym, w jak licznej części kół możliwe jest, by przynajmniej jeden członek zapoznawał się z wiadomościami rozprowadzanymi w sieci i informował pozostałych na zebraniu. Werbować współpracowników do segregowania poczty i opracowywania skrótowych sprawozdań, do sygnalizowania potrzeb (głównie chodzi mi o tzw. "gorące tematy" i związane z nimi materiały do dyskusji), zbierania wiadomości itd.

To co podałem, to zaledwie zarys. Możliwości są ogromne i trudno je wyczerpująco omówić. Natomiast muszę wspomnieć o ogromnej roli wymiany informacji dla wytworzenia i podtrzymania świadomości uczestnictwa we wspólnym dziele, oraz poczucia odpowiedzialności, dla zwalczania wspomnianego wcześniej marazmu, bezwładu intelektualnego i - szczególnie w odniesieniu do kierownictwa - dla uzyskania orientacji w nastrojach i problemach nurtujących społeczeństwo. Przy tym poczucie uczestniczenia we wspólnocie zanika, gdy rozpowszechnia się i utrwala przekonanie o braku więzi, o tym że szeregowy członek organizacji, czy obywatel kraju znajduje się w stosunku do kierownictwa w pozycji przysłowiowego dziada przed obrazem. A powstaje w ludziach takie frustrujące otępienie, gdy - z jednej strony - wysyłający swoją opinię nie mają przeświadczenia, że sygnały wysyłane przez "doły" są odbierane "na górze", - z drugiej zaś - gdy "góra" nie stara się poinformować o trudnościach (zwłaszcza dotyczących komunikacji z "dołami"), czy o tym jakie ma oczekiwania i wymagania względem ogółu. Jest niedopuszczalne, by listy pozostawały bez odpowiedzi, choćby zbiorowej (np. w formie sprawozdania z wymiany korespondencji), by kierownictwa wszystkich szczebli nie informowały systematycznie o sukcesach, porażkach i problemach do rozwiązania (a pod tym względem wykorzystanie biuletynów, prasy, czy Internetu przez SLD przedstawia się rozpaczliwie!). Przy odbiorze korespondencji, ustnie sformułowanych uwag na spotkaniach itp. nie można poprzestawać na zdawkowym zapewnieniu, że ktoś tam "zapoznał się z cennymi uwagami", lecz konkretnie wyjaśnić, co i w jaki sposób zostało przyjęte, co korespondent sformułował zbyt rozwlekle lub niezrozumiale, a wreszcie podjąć dyskusję nad tym, czego nie można zaakceptować. Przy tym dla pobudzenia aktywności, a szczególnie jeśli mamy niedostatek stałych pracowników, należy - jak to już wspomniałem - werbować chętnych do współpracy (co jest szczególnie łatwe w Internecie).

Powrót na str. główną



MARKSIZM A LEWICOWOŚĆ[V 2004 r.]
Tekst został wydrukowany w zeszycie nr 5/2004 miesięcznika "DZIŚ" w dziale "forum czytelników".

W publicystyce ma miejsce dyskusja dotycząca lewicowości. Formułowane są oskarżenia o zdradę ideałów, o przejście na stronę prawą, jednak udokumentowanie tych oskarżeń z reguły jest nieprzekonywujące - po prostu ze względu na brak określonych kryteriów. Przy tym wielu autorów deklaruje swoje poglądy jako lewicowe, lecz wczytując się w treść ich wystąpień nie mogę znaleźć nawet śladu odniesienia do marksizmu, którego tezy, jeśli nawet nie stanowią podstawy (to wg mnie jest probierzem lewicowości), to przynajmniej powinny być dla lewicowca materiałem pomocniczym. Jeśli ten warunek nie jest spełniony, moim zdaniem przypisywanie sobie lewicowości jest fałszerstwem.

Odnoszę więc wrażenie, że nasi lewicowcy swoje ideowe zaangażowanie rozumieją jako rodzaj nastawienia filantropijnego [1], że przystępując do rozważania wybranego tematu nie dokonują charakterystycznej dla podejścia marksistowskiego dogłębnej analizy wszystkich okoliczności związanych z podnoszonym szczegółowym problemem, a poprzestają na czysto emocjonalnym odczuciu: jako lewicowe ogłaszają to rozwiązanie, które wydaje się im sprawiedliwe. W znanych mi aspirujących do lewicowości enuncjacjach z reguły nie mogę dopatrzyć się śladu próby rozpatrzenia, czy istnieją szanse realizacji i jakie są możliwe konsekwencje wskazanego postulatu, bez refleksji - nawet choćby inspirowanej nie teorią marksowską, lecz doświadczeniem historycznym i realiami sytuacji międzynarodowej i wewnątrzkrajowej. Nie tyle więc chodzi mi o kwestionowanie poszczególnych, napotkanych przy lekturze haseł jak np żądanie likwidacji bezrobocia, domaganie się równego dostępu do oświaty (oświaty bezpłatnej), czy występowanie przeciw Unii Europejskiej, ile o to, że nie widzę śladu krytycznego ich przemyślenia. Zwłaszcza dotyczy to wykorzystania jako narzędzia analizy marksizmu, którego poszczególne twierdzenia można kwestionować, jednak nie można zanegować go w ogóle, i nie można lekceważyć jego metody rozpoznawania i rozwiązywania kwestii społecznych.

Otóż takie nastawienie i motywacja, charakterystyczne dla socjalizmu utopijnego, po Marksie stało się dla lewicowca nieracjonalne i jedynie jego elementy pozostają jako relikty i dają się zauważyć w pracach tych działaczy, którzy nie są w stanie zrozumieć sensu podstawowych zasad materializmu historycznego i dialektycznego pojmowania rzeczywistości jako ciągłego ruchu i konfrontacji przeciwieństw.

Żeby nie być gołosłownym, posłużę się jako przykładem wypowiedzi dotyczących kwestii zjednoczenia europejskiego na stronie internetowej www.lewica.pl. Otóż wszystkie znane mi teksty z tego źródła głoszą przekonanie o szkodliwości działań prounijnych dla świata pracy najemnej. Być może jest to pogląd słuszny (jestem przeciwnego zdania, ale przecież mogę się mylić!), przeraża jednak brak rzeczowego uzasadnienia, brak śladu refleksji nad historycznymi doświadczeniami, którą przed wygłoszeniem tego sądu należało przeprowadzić i brak śladu wykorzystania podstawowej znajomości nauk społecznych - moim zdaniem, w pierwszym rzędzie marksizmu. A przecież nawet dla dyletanta, jakim jestem, widoczna jest konieczność zastanowienia się w tej kwestii nad dwoma pytaniami.

Pierwsze dotyczy przekonania wyrażanego przez wszystkich autorów wspomnianych wypowiedzi, iż zjednoczenie jest korzystne dla klasy posiadaczy, co ma decydować o jego szkodliwości dla pracobiorców. Przecież zarówno Marks, jak i niezależnie od niego doświadczenie historyczne wskazują, że niejednokrotnie interesy burżuazji i klas wyzyskiwanych są zbieżne (w najbliższej historii dotyczy to np. udziału w koalicji antyhitlerowskiej, czy w popieranej przecież przez finansjerę USA dekolonizacji). Oczywista że w każdym przypadku takiego współdziałania należy zdawać sobie sprawę z ograniczonego i tymczasowego charakteru tego sojuszu, ale to nie przekreśla zasadniczej idei.

Drugie pytanie wynika z faktu, iż w omawianych tekstach podstawową formą działania przeciw unii jest rozbudzanie wrogości między narodami, widoczne - w tym wypadku - nie ze strony kół klerykalnych i nacjonalistycznych, ale wyraźnie akcentowane przez autorów omawianych tekstów, którzy deklarują swoją lewicowość. Przebija w wielu wypowiedziach przekonanie, że konflikt klasowy jest drugorzędny wobec narodowościowego, że kapitalista polski jest lepszy od obcego, że jest nieprawdą, iż nie ma rzeczywistych sprzecznych interesów między ludźmi pracy najemnej o różnej przynależności państwowej. Otóż doświadczenie historyczne (szczególnie faszyzm, 2-ga wojna światowa) dowodzi, że wzbudzanie antagonizmów narodowościowych jest najskuteczniejszym sposobem przeciwdziałania jedności klas wyzyskiwanych i skanalizowania protestu wyzyskiwanych w kierunku korzystnym dla rozgrywających swoje potyczki kapitalistów. Jak dalece są fałszywe te proksenofobiczne założenia, dowodów jest mnóstwo. I tak Hitler wmówił robotnikom niemieckim, że jedyną drogą do poprawy bytu jest wytępienie Żydów i zniewolenie Słowian - tymczasem okazało się przecież, że dobrobyt osiągnięto po przegraniu rozpoczętej w imię tych celów wojny. Francuski rząd socjalistyczny w imię dobrobytu swych obywateli prowadził walkę o utrzymanie kolonii, a wysoka koniunktura nastąpiła jako efekt dekolonizacji. Itd. itd. Tak więc oczywista jest konieczność postawienia sobie pytania, czy współdziałanie we wzbudzaniu antagonizmów na tle narodowościowym nie okaże się zgubnym?

Wracając do właściwego tematu: jakież to marksowskie zasady typuję jako probierz współczesnej lewicowości?

Główną - jak sądzę - zasługą Marksa, mimo upływu czasu i zmiany warunków zachowującą w pełni aktualność, jest wykazanie, że podstawą dla działań skierowanych na poprawę egzystencji ludzi nie może być filantropijne roztkliwianie się nad niedolą ludzi i dążenie do zmiany bezpośrednio widocznych tej niedoli przyczyn. Że racjonalne dążenie do uzyskania tej poprawy wymaga: 1-sze - rozpoznania aktualnego trendu przemian, czyli rozpoznania aktualnego stanu bazy i nadbudowy, 2-gie - określenia działań wspomagających ten trend i wreszcie 3-cie już w sferze nie teorii jak poprzednie dwa etapy, lecz w praktyce - realizację uzyskanych wniosków połączoną z nieustanną krytyczną, opartą na analizie obserwowanych skutków oceną zarówno poprawności szczegółów poprzednich etapów, jak i bieżącej zmiany uwarunkowań. Dodać tu jeszcze trzeba jeden warunek: wystrzeganie się dogmatyzmu!

Jest to praca żmudna, wymagająca gruntownych studiów metodologicznych, historycznych itd., wykluczająca stawianie wniosków ad hoc (co właśnie widzę w postulatach głoszonych przez nasze lewicowe ugrupowania), na podstawie wrażeń uzyskanych jedynie z bezpośredniej obserwacji. Takie postawienie sprawy odżegnujące się od wszelkiej amatorszczyzny i spontaniczności uzasadnia określanie marksizmu poglądem naukowym. Charakterystyczne jest przy tym, że stosowanie opisanych zasad częstokroć wymaga angażowania się w przedsięwzięcia sprzeczne ze wspomnianym "filantropijnym" (utopijno-socjalistycznym) dążeniem do poprawy doli warstw upośledzonych. Przykładem może być - co np. Marks wyraźnie stwierdził - że w wielu przypadkach klasa robotnicza winna w swoim interesie działać wspólnie z burżuazją w rozwijaniu systemu kapitalistycznego i odwrotnie, wiele działań skierowanych przeciw kapitalistom (np. wywołane rozpaczą niszczenie maszyn w XVIII wieku w Anglii) daje skutki niekorzystne dla ogółu, a więc szkodliwe nie tylko dla właścicieli.

Dla dobitniejszego zilustrowania, jak pojmuję różnicę między marksizmem a współczesnymi formami socjalizmu utopijnego, spróbuję dokonać swego rodzaju analizy sytuacji w fazie przejścia od wspólnoty pierwotnej do niewolnictwa np. na terenie na którym po wspomnianych przemianach powstało państwo Egipt. Nastąpiło tam wyodrębnienie klasy panów, którzy podporządkowali sobie większą część ludności ograniczając jej wolność (prawdopodobnie w Egipcie wystąpiła bardzo specyficzna forma ustroju niewolniczego nieco przypominająca europejski system zależności feudalnej). Zarazem nastąpił ogromny (niektórzy historycy oceniają, że kilkadziesiątkrotny!) wzrost gęstości zaludnienia, gdyż z jednej strony silna, scentralizowana władza umożliwiła zintensyfikowanie upraw, z drugiej, ta sama władza ograniczyła walki międzyplemienne i zwykły rozbój. Zarazem powstały warunki do dalszego rozwoju bazy i nadbudowy, co zgodnie z prawami materializmu historycznego stworzyło perspektywy dalszego udoskonalania warunków bytowych ludności.

Spróbójmy zgadnąć, jak socjalista-filantrop przeniesiony z naszej teraźniejszości ustosunkowałby się do omawianego konfliktu? Byłby zwalczał niewolnictwo wspierając z całej siły walczących o utrzymanie stosunków gwarantujących każdemu wolność (wg współczesnych nam pojęć najwyższe dobro), chroniących przed wyzyskiem i wszelką niesprawiedliwością. Na argumentację, że sprzeciwianie się obiektywnie istniejącemu trendowi daje korzyści iluzoryczne, gdyż brak władzy uniemożliwia wydajną uprawę i pozbawia ochrony przed rozbojem, odpowie, że przecież można zorganizować spółdzielczość, demokratyczne wybory i uzyskać ten sam rezultat unikając nieszczęść. Pozostałby głuchy na dowodzenie, że zależność bazy od nadbudowy i ogólniej całość procesów historycznych mają charakter obiektywny, że tych zależności nie da się zmienić przez dekretowanie. Inaczej rzecz ujmując, "przeskoczenie" kolejnych faz rozwoju jest trudne do przeprowadzenia i z reguły bardzo kosztowne. Wspomógłby naszego hipotetycznego socjalistę-filantropa podobnie przeniesiony w czasie Jan Paweł II, potępiając marksistów za odrzucenie mounierowskiego personalizmu, za traktowanie człowieka jako pozbawionego wolnej woli i duchowości, słusznie nauczając, że przecież gdyby ludzie posłuchali mądrych nauk i zapłonęli miłością jedni ku drugim, wówczas wszystkie problemy dałoby się rozwiązać. I z pewnością, ów hipotetyczny egipski JPII miałby - podobnie jak jego rzeczywisty wzorzec - stuprocentową słuszność, z jednym jednakże zastrzeżeniem: chodzi o to słowo "gdyby". Piękne idee, na bazie których nastąpiło w mojej opowiastce - zapewne szokujące dla wielu - spotkanie papieża z naszym socjalistą utopijnym, dałyby się urzeczywistnić, gdyby prawa rządzące zjawiskami powstającymi w wyniku działania nie pojedynczych ludzi, lecz zbiorowości liczących tysiące (lub więcej) jednostek, były złudzeniem. Głoszenie zgody, wzajemnej miłości itp. mają i miały w każdej epoce historycznej zbawienne skutki w skali jednostkowej i zawsze pozostaje godnym najwyższej pochwały i wspomagania. Jednak podejmowanie w imię tych szczytnych idei działań niezgodnych z aktualnym trendem zmian w skali makro jest zawsze szkodliwe dla wszystkich i bogatych i biedaków, mimo iż w zacieśnionej perspektywie czasu i okoliczności może się wydawać inaczej.

Zgadzam się z tym, że można mieć zastrzeżenia do zasady głoszącej, iż ważne jest jedynie, czy działanie jest zgodne z aktualnym, obiektywnie istniejącym trendem przemian społecznych i ekonomicznych, oraz że, jeśli ta zgodność będzie zachowana, warunki bytowania ludzi ulegną poprawie w sposób niejako automatyczny, jako konsekwencja tak ukierunkowanych poczynań. Jest psychologicznie zrozumiałe, że np. doświadczenia ZSRR mogą zachwiać przekonanie o bezwzględnie obowiązującej prawdziwości tej podstawowej tezy. Jednak nie sposób zaprzeczyć, że posiada ona na tyle solidne ugruntowanie w analizie przeszłych dziejów, że konieczne jest użycie jej przy wyborze sposobu rozwiązywania problemów przynajmniej jako narzędzia pomocniczego.

Poza tym, co wyżej nazwałem główną zasługą Marksa, należy:
- przypomnieć, że marksizm pretenduje do miana nauki, że nie jest Prawdą Objawioną i z tego względu nie można twierdzić, iż bezwzględnie prawdziwe jest każde zdanie wypowiedziane przez Marksa, czy któregoś z jego uznanych za autorytet następców.
- że twierdzenia nauk traktujących o społeczeństwie powstają w konkretnych okolicznościach ulegających w miarę upływu czasu zmianie i z tego względu podlegają modyfikacji czy aktualizacji.
- że wszelkie sugestie dotyczące wprowadzenie zmian należy traktować jedynie jako materiał do dyskusji.
I wreszcie - że przy rozwijaniu jakiejkolwiek teorii należy specjalnie wnikliwie badać jako podstawę do wnioskowania wszelkie udane czy nieudane próby realizacji. W przypadku marksizmu chodzi zwłaszcza o doświadczenia ZSRR, Chin i państw satelickich.

[1] Np. stanowisko wielu środowisk lewicowych zwalczających jakiekolwiek zmiany w przepisach dotyczących rent, emerytur i podobnych świadczeń, lub filipiki przeciw Unii Europejskiej w witrynie www.lewica.pl. [powrót]

Powrót na str. główną