Powrót na str. główną




WYWIAD W KRYTYCE POLITYCZNEJ Z GRZEGORZEM SROCZYŃSKIM [I 2018 r.]

Krytyka Polityczna opublikowała kolejny wywiad - rozmowę z dość znanym publicystą.
Jak zwykle w KP mamy tam sporo trafnych uwag (przykładowo: "Żeby móc kogoś przekonać, nie możesz zaczynać od jesteście głupi, wszystko schrzaniliście, a w ogóle to najpierw przeproście”), jednak całość sprawia zawód. Mamy po prostu kolejny banał. Do zajęcia się treścią skłania mnie wrażenie, iż szczególnie zaciążyły nad nią obficie występujące komunały (czyli prawdy powszechnie znane i uznawane), oraz mniej liczne, lecz widoczne brednie. Mam zamiar opisać swoje zdanie o tych ostatnich.

Zacznę jednak od uwagi, że wymowa wywiadu wskazuje na dążność obu jego uczestników do uzyskania zaleceń polepszających zły stan naszej sceny politycznej. I tu koniecznym jest przypomnienie, iż "naprawianie świata zawsze należy zaczynać od siebie i od swojego podwórka", którym to podwórkiem w konkretnej sytuacji jest udzielająca swych łamów KP. Konieczność ta wynika z braku choćby śladu refleksji nad tym, czy jednak zarówno udzielający wywiadu, jak i gościnna redakcja, każde z osobna, nie ponoszą odpowiedzialności za powstanie omawianego zła, a przede wszystkim za jego utrwalanie? A co do tego nasuwają się wątpliwości.

Np. Grzegorz Sroczyński reklamuje swoją otwartość i koncyliacyjność. Stwierdził on mianowicie, że "Nawet, jak ktoś mi wyjeżdżał z antysemityzmem, starałem się tak kierować rozmową, żeby z tą osobą podyskutować, ale żeby zarazem ona odnalazła swoją godność, nie czuła się pouczana." Otóż, jeżeli to stwierdzenie jest prawdziwe, zastanawia brak refleksji nad widocznym w KP zupełnym brakiem zainteresowania nie tylko poglądami lecz nawet obecnością czytelników. Udzielający wywiadu zwraca się przecież nie tylko do pytającego redaktora. Jak czytający wywiad mają "odnaleźć swoją godność", jeżeli wiadomo, że przekaz myślowy na łamach KP odbywa się jednostronnie, odbiorcy nie tyle "czują się", lecz rzeczywiście są "pouczani" bez szansy nawet choćby zamanifestowania swojego istnienia. Jest to zresztą typowe dla polskiej lewicy. Np. w Przeglądzie Socjalistycznym jedyną wzmiankę o czytelnikach widzę w apelu o wspomożenie finansowe redakcji, której widocznie dochody ze sprzedaży czasopisma ledwie starczają na opłacenie druku i kolportażu. Czy pan Grzegorz tego braku nie dostrzega, czy jest to cena dopuszczenia do głosu na łamach periodyku, którego redaktorzy nie tolerują krytycznych względem siebie uwag?

Nie wiem, czy zdołałem przekonująco przedstawić (w dużym skrócie) popełnione w omawianym wywiadzie pominięcie podstawowej zasady obowiązującej wszystkich uzdrowicieli, mam jednak też wątpliwości co do rzetelności omawiania błędów już nie swoich i swojego podwórka, lecz cudzych. Zabierając głos w tej kwestii GS wspomina, że "adresat był jasny: środowisko ... liberalnej inteligencji". Otóż, jeżeli adresatem jest "środowisko", nie mamy "jasności". Uderza zwłaszcza to, że gdy mowa o "środowisku", z którym porozumienie uważamy za niemożliwe, GS posługuje się konkretem (Balcerowicz). Unikanie wskazania osoby jest typowe dla tzw. towarzystw wzajemnej adoracji. Pozwala zachować przyjemne uczucie zadowolenia zarówno krytykowi (przecież "odważnie" wypominałem błędy), jak i poszczególnym domniemanym "adresatom" (przecież mnie krytyczna opinia nie dotyczyła), gdyż ogólnikowo wskazane błędy zawsze popełniam nie ja, lecz czynią to inni. Operowanie ogólnikami jest zabiegiem czysto formalnym. Jeśli szczerze i poważnie zależy nam na konfrontacji poglądów, musimy zwrócić się do konkretnej osoby i zaskarżyć myśl wyrażoną w konkretnym zdaniu lub akapicie. Takie postawienie sprawy pozwala domagać się wyjaśnienia, a w jego braku publicznie napiętnować brak odpowiedzialności.

Mam również wątpliwość co do przedstawionej wyżej osobistej zdolności do dialogu. Z całej treści wywiadu widzę Grzegorza Sroczyńskiego jako typowego polskiego lewicowca, czy szerzej - demokratę. Do cech tej odmiany ludzkiej, oprócz wspomnianego braku spostrzegawczości i poprzestawaniu na bezpiecznej ogólnikowości, należy bowiem m. in. swoiste traktowanie dialogu. Wierzę, iż GS w opisany przez niego sposób rozmawia z osobami o przeciwstawnych poglądach, w takiej bowiem sytuacji powtarza się znane od lat argumenty i nie ma mowy o rzeczywistym szukaniu wspólnej platformy rozumowania. Inaczej, jak tego wielokrotnie doświadczyłem, wygląda jednak w tej grupie krytyka dokonana wewnątrz jednego obozu. W takiej bowiem sytuacji polski lewicowiec prezentuje postawę określaną powiedzeniem "ty sobie mów, a ja jestem zdrów", co nb. KP opanowała w stopniu doskonałym, a nie dostrzegam żadnych ze strony GS przejawów odmiennego traktowania otoczenia. W wywiadzie nie widać nawet śladu zainteresowania poglądami innych autorów lub czytelników. (Oczywiście nie dotyczy to "krytyki" operującej bezpieczną ogólnikowością).

Powrót do spisu artykułów