DOBRZE JEST ZAJRZEĆ DO ARCHIWUM [XI 2016 r.]

W tym wypadku mam na myśli szczególnie zbiór prac zatytuowany "W hołdzie Karolowi Marksowi (w 175 rocznicę urodzin i 110 rocznicę śmierci)", gdyż ta lektura zmusza do refleksji, które w skrócie można ująć jako 1. wrażenie braku zakończenia i 2. niedosyt wywołany pominięciem ważnego składnika myśli marksowskiej wyrażonego hasłem "proletariusze wszystkich krajów łączcie się".

ad 1.

Pierwszą myślą po zakończeniu lektury było pytanie: to przecież jest wstęp, a gdzie jest dalszy ciąg prowadzący do podsumowania dyskusji? Mamy bowiem na początku zestaw referatów wprowadzających, czyli zestawienie sposobów postrzegania głównych przejawów istnienia marksizmu w 110 lat po śmierci jego odkrywcy (marksizm traktuję jakoprawidłowość kształtującą historię od poczatku istnienia ludzkości, podobnie jak metereologia przedstawia to, co reguluje dynamikę atmosfery). W dalszym ciągu następuje szereg wypowiedzi kwestionujących poszczególne stwierdzenia i na zakończenie polemikę z zarzutami, co formalnie może wyglądać na zamkniętą całość. Jednak takie jest, co widać choćby z tego, że w części zatytułowanej "odpowiedzi dyskutantom" zabrali głos tylko dwaj z autorów referatów wprowadzających, a w dodatku obydwaj zbytnio skupiają się na obronie swojego zdania i na nadmiernej obawie o urażone poczucie własnej godności ze szkodą dla merytorycznej zawartości polemiki, co szczególnie razi u Włodzimierza Lebiedzińskiego (np. w zdaniu "niektórzy dyskutanci prezentują marksizm z przeszłości", lub we fragmencie "... dra Lutego. Przyjmuję do wiadomości, że jest on jedynym prawdziwym marksistą. Jako pół, lub ćwierć marksisty pozwolę sobie jednak sformułować kilka nieśmiałych refleksji.").

Tak więc po zakończeniu lektury pozostaje czytelnik w przekonaniu, że nadal należy poszukiwać odpowiedzi na pytania np. o to, którym z wymienionych zagadnień manifestuje się istnienie marksizmu jako czynnika formującego życie polityczne? Czy jest to dialektyka indywidualizmu i kolektywizmu, czy skupienie się na praktyce na wzór wietnamski, czy łączenie teorii z praktyką dla oswojenia, w postaci akcjonariatu, budzącego niesnaski prawa własności, czy w syntezie tych, przecież niesprzecznych ze sobą stanowisk? I jestem zawiedziony tym, że w tekstach udostępnionych na stronach internetowych SMP nie dostrzegam śladu zainteresowania tym, co zostało zapisane w omawianej broszurze. Tu dodam, że przeglądając poruszone tematy najbardziej jestem zainteresowany uzyskaniem akceptowanej przez wszystkich opinii o istocie dyktatury proletariatu, o czym dodam w dalszej części swoich refleksji.

ad 2.

Pominięcie, w referatach przygotowanych na ważne dla marksizmu rocznice, kwestii jedności ludzi pracy wydaje się zarówno niezrozumiałe i symptomatyczne. Niezrozumiałe, gdyż jedność ta jest czynnikiem, który tak silnie wpływa na historię, że przez swoją wszechobecność stała się naturalnym, a przez to słabodostrzegalnym składnikiem zdarzeń, symptomatyczne, gdyż lewicowcy zajęci studiowaniem pism zapominają o niej. Marks o jedności nie pisał, on ją realizował jako Międzynarodówkę poświęcając temu lata, w których zawiesił prace nad teorią i ograniczył się do polemik i artykułów okolicznościowych. Ten zaś brak wzorca dla opisu jedności, na czym ona polega, czym się przejawia, jak wiąże się z innymi składnikami marksizmu, powoduje, że pisanie o niej nie jest zadaniem łatwym.

Najwyraźniej dostrzeganym przejawem jedności proletariatu jest stosunek marksizmu do wojny. Między utrzymującymi się z pracy najemnej członkami różnych narodów i państw nie ma rzeczywistych kwestii spornych, wojny więc powstają wyłącznie jako czynnik pobudzający rynek obrotów finansowych. a zarazem jako rozgrywki między konkurujacymi grupami biznesowymi, które dla załatwienia swoich interesów podsycają animozje nacjonalistyczne i napięcia wywołane ciężkimi warunkami, bezrobociem itp. Jedyny zaś realny konflikt dotyczący ludzi pracy wynika z przeciwstawnych interesów klasowych, jednak dysponują oni orężem tylko w postaci strajku, więc chociaż używamy nazwy walka klasowa, rozgrywanie tego konfliktu może przerodzić się w rozlew krwi tylko z inicjatywy klasy posiadaczy. Ta zresztą ma ograniczenie: póki automatyzacja nie osiągnie rozmiarów przekraczających to, co znamy, prowadzenie jakiejkolwiek wojny jest możliwe tylko rękoma ludzi pracy najemnej. Jeżeli więc jedność i świadomość klasowa stały by się - jak to zamierzała Międzynarodówka - powszechne, strajk ogarnął by zarówno robotników jak i wojsko narzucając środkami pokojowymi uzgodnienie warunków zmiany ustroju. Marksizm jest ze swej istoty nastawiony na zachowanie pokoju i również ze swej istoty dąży do jedności klasy robotniczej.

Tyle mam uwag ogólnych, natomiast dokładniej objaśnię wątpliwości związane z artykułem Jerzego Wiatra "MYŚL POLITYCZNA KAROLA MARKSA A PROBLEM DYKTATURY PROLETARIATU", nie mogę się bowiem zgodzić z niektórymi twierdzeniami Autora. Tak więc, o ile nie sposób zakwestionować tego, że "Marksizm nie jest religią i nie powinien być traktowany jako święta wiara, w stosunku do której każda rewizja jest herezją", a zwłaszcza że "o tym, czy dana koncepcja jest słuszna, nie decyduje jej «ortodoksyjność», jej zgodność z literą (a nawet «duchem») doktryny, lecz jej zgodność z faktami, a w wypadku doktryn proponujących określone rozwiązania - ocena skutków tych rozwiązań", to dalej mamy dowodzenia, które wyraźnie przeczą właśnie drugiemu z przytoczonych wyżej zdań. Chodzi mianowicie o sposób uzasadniania twierdzenia, iż dyktatura proletariatu, przynajmniej w jej rozumieniu przez Lenina, nie jest ani marksowska, ani marksistowska, a następnie o błędną w moim przekonaniu tezę, iż jakoby doświadczenie historyczne dowodzi jej nieuchronnego przejścia w totalitaryzm typu stalinowskiego.

Tak więc Autor stwierdza, że "Marks istotnie terminem tym [dyktatura proletariatu] się niekiedy posługiwał", jednak "leninizm był fundamentalną rewizją myśli politycznej Marksa i Engelsa". Przy tym z niektórych wyjaśnień wnioskuję, że przez rewizję fundamentalną prof. Wiatr rozumiał jedynie pojmowanie dyktatury proletariatu i tylko do tego ograniczę swoją polemikę. A w tej sprawie, gdy stwierdzamy: "jak się wydaje, Marks nie podzielał poglądu Saint-Juste'a, iż «nie ma wolności dla wrogów wolności»", to jest oczywiste, że "wydawanie się" przekreśla możliwość stawiania zarzutu o "fundamentalnej rewizji", orzekania o niemarksowskim pochodzeniu leninowskiej dyktatury proletariatu.
i dalej:
"dyktatura proletariatu była dla nich [bolszewików] nie paliatywem, lecz świadomie wybraną wręcz preferowaną formą państwowości w okresie porewolucyjnym" przyjętą nie ze względu to, że "dla bolszewików wątkiem rewolucji szczególnie preferowanym, traktowanym jako rewolucji najwyższe wzniesienie, były miesiące dyktatury jakobińskiej".

Inaczej przedstawił motywy tego postępowania Jarosław Ładosz w referacie nt. "Demokracja parlamentarna - republika rad - dyktatura proletariatu" w zdaniach:
"parlamentaryzm w kapitalizmie, .. jest on ostatecznie dyktaturą burżuazji i że kapitalizm nie może się bezeń obyć, ale też go zrealizować ... parlamentaryzm i trójpodział nie wykluczają uzależnienia każdej z władz od bogactwa, umożliwiają to, że każda z nich służy możnym tego świata." ... "w najbardziej wolnych wyborach w parlamentarnej republice w warunkach kapitalizmu ogromny wpływ na ich wyniki odgrywa bogactwo kapitalistów i skromne środki ludzi pracy", a gdy ten środek zawodzi, burżuazja łamiąc konstytucję stosuje przemoc.
a sprawę krótko w dyskusji podsumował Stefan Dziabała: "Ale przecież praktyka, zwłaszcza tzw. «czerwonego terroru» - była najczęściej wymuszona przez terror wszczęty i stosowany na wielką skalę przez siły kontrrewolucyjne.

Jednak sprawa nadal budziła wątpliwości, które wyraziła Barbara Zawadzka: "Państwo, które stworzył Lenin, tzn. mówimy o państwie od 1917 do Konstytucji z 1936 roku, nie było pogłębieniem parlamentarnej demokracji chociażby z tego prostego powodu, że było to państwo dyktatury proletariatu rozumianej jako przemoc właśnie i to nie tylko w okresie wojny domowej, kiedy każdy komandir każdego oddziału miał prawo rozstrzeliwania każdego, kto mu się wydał rozstrzelania godzien, ale także później, gdyż od razu po rewolucji zaczęły istnieć obozy, na które skazywano bez procedury sądowej."
- a Jarosław Ładosz, w replice nie zaprzeczył jej, lecz jedynie wyjaśnił, że "prof. Zawadzka przypisuje mi twierdzenie, iż Lenin stworzył państwo, które było pogłębieniem demokracji parlamentarnej, zaś Stalin pogłębienie to zmarnował i na powrót utworzył państwo klasycznego parlamentaryzmu. Nie ma u mnie takich twierdzeń. To nonsens. Przeciwnie, z całą mocą podkreślam (dosłownie, bo wytłuszczoną czcionką w tekście!) i dowodzę, że"
[i tu następuje zdanie, z którym nie mogę się zgodzić:]
"leninowska koncepcja republiki rad była przeciwstawna parlamentaryzmowi i że historia sfalsyfikowała traktowanie jej jako wyższego typu demokracji."

Nie można bowiem mówić o przeciwstawności, gdy jedna z zestawianych rzeczy jest korektą drugiej. Parlamentaryzm, czyli forma demokracji zwana przedstawicielską, nie wyczerpuje warunków koniecznych do urzeczywistnienia władzy ludu, jak to stwierdził JŁ w swoim referacie, a potwierdził SD. Nie są te warunki zagwarantowane nawet w demokracji bezpośredniej, czy tak zwanej demokracji partycypacyjnej, gdzie ograniczenia zawarte są w zależnym od kapitału udzielaniu i przyswajaniu informacji. Nie mniej, jeśli w toku walki klas obie strony przestrzegają demokratycznej konstytucji, dokonanie rewolucji w skali dostosowanej do rzeczywistych potrzeb i możliwości bardzo prawdopodobne. Jednak gdy jedna ze stron zastosuje przymus, druga albo musi skapitulować, albo odpowiedzieć tym samym stwarzając zarazem warunki sprzyjające powstania władzy autorytarnej, a ta jest jedyną formą przeciwstawną demokracji parlamentarnej. Jeżeli ograniczenie praw obywatelskich jest stanem jedynie tymczasowym, wymuszonym przez przeciwnika i ograniczonym do niezbędnego minimum, demokratyzm pozostaje nienaruszony. I właśnie stan takiego wymuszenia w przypadku stosowania przez prawicę nazywamy dyktaturą proletariatu.

Zakładającemu, że takie sformułowanie zostanie przez wszystkich zaakceptowane, pozostaje przyznać, że nie jest opracowany (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo) opis początków ZSRR pozwalający stwierdzić, czy Lenin prawidłowo ocenił stan zagrożenia i prawidłowo określił potrzebne działania. Np. nie wiadomo mi, czy i w jakiej mierze radziecka konstytucja z 1918 roku była "leninowską". Przecież Lenin nie był autokratą i aczkolwiek posiadał ogromny autorytet, sam o niczym nie decydował. Znane są liczne, udokumentowane wypadki, gdy dobrowolnie i w poczuciu odpowiedzialności podporządkowywał się uchwałom sprzecznym z własnym przekonaniem. Co więcej jestem przekonany, że poczynając od początków I-szej Międzynarodówki, nie tylko historia ZSRR, lecz cała nasza wiedza nazywana materializmem historycznym posiada luki uniemożliwiające prawidłowe interpretowanie i uaktualnianie marksizmu. Nie mniej uważam, że nie istnieją racjonalne przesłanki upoważniające do twierdzenia, iż Lenin wypaczał pojęcie dyktatury proletariatu, że jest odpowiedzialny za błędy stalinizmu.

Powrót do spisu artykułów



DEMOKRACJA BEZ DIALOGU [VI 2016 r.]

Po raz kolejny na lewicowych łamach Internetu mamy tekst autora cieszącego się renomą znakomitego intelektualisty (w tym przypadku prof. Janusza Reykowskiego "Konflikt i dialog w demokracji"), w treści swej ukrywający symptomy obezwładniających od lat naszą elitę: marazmu intelektualnego i wyobcowania. Stają się one jeszcze bardziej widoczne w zestawieniu ze współistniejącymi na tychże stronach "Kultury świeckiej" trzema innymi pracami (Janusza Reykowskiego "Czas dla lewicy", anonsowana w recenzji książka Andrzeja Ziemskiego "10 wyzwań dla lewicy" i Marii Szyszkowskiej "Wybory i stabilność władzy") oraz z serią artykułów "Po wyborach parlamentarnych" różnych autorów (dostęp ze strony TU), które to prace niezależnie od określonego tytułem tematu zawierają w podtekście ratowanie pogrążonej w niemocy polskiej lewicy (np. JR swoje rozważania o demokracji kończy wymownym "Sądzę, że lewica powinna dążyć do zmian tego ...").

Uderzające w tych tekstach jest to, co nazwałem wyobcowaniem. Autorzy nie przyjmują do wiadomości, że poza ich pisaniem istnieją opinie innych osób. Szczególnie zaś razi ich stosunek do czytelników, brak oznak zainteresowania nie tylko poglądami, lecz refleksjami towarzyszącymi lekturze, a nawet tym, czy w ogóle ktokolwiek coś zrozumiał? Wyraźnie to widać u JR, gdy zakończył on swój artykuł "Czas dla lewicy" wezwaniem do dyskusji nie podając jednak żadnych danych umożliwiających wypełnienie tej prośby i - mimo upływu znacznego czasu - nie zdradzając żadnych objawów zainteresowania ani odzewem, ani ew. jego brakiem. Przecież, gdyby Autor zdanie "Zwracamy się do Państwa o wzięcie w niej [w dyskusji] udziału" traktował poważnie, w jego późniejszych wypowiedziach można byłoby znaleźć choćby ślad refleksji nad wynikami proponowanej konfrontacji poglądów, lub nad przyczynami fiaska, jeśli wezwanie nie znalazło odzewu. A przecież każdy piszący, nawet bez wyraźnego apelu o dialog, powinien się poczuwać do jakiejś łączności z odbiorcami przekazanych myśli! Jeśli więc w jego następujących po wezwaniu wypowiedziach nie znajdujemy nawet błahej wzmianki dotyczącej tego, wyobcowanie staje się faktem - co podkreślę - widocznym w całej publicystyce polskiej lewicy! Na dodatek, jak to wspomniałem, widoczny jest w niej brak śladu zainteresowania również tym, co piszą koleżanki i koledzy po piórze, a nawet własnym tym, co sam napisał wcześniej! Nasi autorzy pozostają w uśpieniu. Budzą się jedynie na moment wypuszczenia kolejnej pisaniny, przy tym wyrwany ze snu nie ma w tej nawet chwili kontaktu ze światem rzeczywistym, a wkrótce zapada znowu w odrętwienie, zapominając zresztą także o tym, co przed chwilą stworzył.

Najbardziej widocznym przejawem tego, co nazwałem marazmem intelektu, jest widoczny u wszystkich autorów lewicowych całkowity brak zainteresowania dialogiem, którego w Polsce nie mamy. Np. JR pisząc o demokracji pomija fakt, że nie może ona funkcjonować w warunkach braku porozumienia władz ze społeczeństwem i bez jawności umożliwiającej wymianę informacji. Nie ma udziału ludności w zarządzaniu krajem bez dialogu społeczeństwa z politykami, ten zaś nie zostanie nawiązany, jeśli nie ma go w samym społeczeństwie, zarówno w partiach, w innych ugrupowaniach, jak i - szczególnie, bo to dotyczy samego JR i pozostałych autorów - między elitami intelektualnymi a publicznością. Nie można bowiem realizować tego w ograniczonym zakresie, przy pozostawaniu w bierności większości takich platform spontanicznie konstytuujących się wśród obywateli. Albo całe społeczeństwo ma rozwiniętą choćby w minimalnym stopniu potrzebę i umiejętność dialogu, albo staje się on niemożliwy na każdym wycinku bytu państwowego. I właśnie zupełny, widoczny w omawianych artykułach brak świadomości zarówno tej potrzeby, jak i własnej odpowiedzialności za powstanie i utrwalanie tego braku obciąża naszych autorów, świadczy o ich niesprawności intelektualnej.

Innym objawem świadczącym o wspomnianym marazmie jest całkowity brak sporów. Lewicowe elity tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji. Twór taki cechuje niepisana umowa unikania ocen krytycznych. Osoba będąca uznanym członkiem tego towarzystwa staje się w swoim środowisku świętą krową, która cokolwiek powie, czy napisze, nie podlega to ocenie. Dopuszczalne są jedynie słowa uznania. W wyniku, ponieważ najmądrzejszemu zdarza się palnąć głupstwo, gdy kolejny taki błąd nie zostaje wypomniany i naprawiony, delikwent po prostu głupieje i zaczyna pisać androny. Rezultat ten najwyraźniej jest widoczny we wspomnianym artykule Marii Szyszkowskiej, będącym bezładnym zbiorem pozbawionym rzeczowego uzasadnienia, biadoleń, bezsensownych, gdyż nie prowadzą do próby wskazania środków zaradzających opisywanemu złu. Można jedynie domyślać się, że Autorka zakłada istnienie wspólnej przyczyny tych zdarzeń, których ilość ma prawdopodobnie spotęgować wrażenie panoszących się niegodziwości. Brak w tym artykule natomiast próby pytania o przyczyny tak opisanej katastrofy i śladu szukania sposobów naprawy. Nie widać tam nawet refleksji nad widoczną w treści niewiedzą, rozważenia potrzeby szukania wyjaśnień u innych autorów lub u czytelników, i pytania o ew. własny udział w tworzeniu opisanego zła.

U pozostałych autorów bezsensowne biadolenie i brak konkretnych wniosków są mniej wyraźne, jednak - moim zdaniem - rzeczywiste. Np. JR pisząc o fatalnej kondycji lewicy potrafi jedynie radzić, że "Lewica nie stanie się rzeczywistą siłą społeczną, jeśli nie będzie miała do zaproponowania atrakcyjnych dla społeczeństwa kierunków zmian." Na czym jednak mają zasadzać się te "atrakcyjne kierunki zmian" nie wyjaśnia.

I podobnie w artykule wymienionym na wstępie niniejszego komentarza. Zapewne Autor ma słuszność twierdząc, że należy "dążyć ... do rozwijania i umacniania form kolaboratywnych i zastępowania form adwersaryjnych przez agonistyczne." Jednak wątpię, by kluczem było tu "przekształcenie sposobu myślenia o społecznej rzeczywistości, przezwyciężenie wiary, że stosunki rynkowe są prototypem wszelkich społecznych stosunków", ślady bowiem wskazanego myślenia można znaleźć nie u większości, lecz jedynie u zwolenników Mikkego i ew. Petru. A i te przypadki nie są tworem samoistnym, lecz produktem braku dialogu. Ten z kolei nie może ograniczać się do elit, jak to miało miejsce w podanych przez Autora przykładach (negocjacje palestyńsko-izraelskie, prace Komisji Konstytucyjnej, Okrągły Stół). Warunkujący rzeczywistą demokrację dyskurs winien obejmować całe społeczeństwo przez dialogowanie wewnątrz wszystkich składników państwa: nie tylko na szczytach władzy, lecz także w partiach, samorządach ..., między autorami poruszającymi podobne zagadnienia, a wreszcie między publicystą i jego czytelnikami. I w tych przypadkach, a szczególnie w dwu ostatnich, widzę pole działania dla Autora i jego odpowiedzialność. Mając możność publikowania rozważań o brakach demokracji, powinien głośno piętnować wyobcowanie polityków i samorządowców, a przede wszystkim nie wolno mu samemu praktykować takiego ustosunkowania się do czytelników i do koleżeństwa po piórze.

Powrót do spisu artykułów



KOMPROMITUJĄCY FELIETON [I 2016 r.]

Na łamach witryny internetowej kwartalnika "Przegląd Socjalistyczny" opublikowano (PS nie datuje tekstów) felieton pt. "Demokracja jako parawan" [http://przeglad-socjalistyczny.pl/opinie/felieton/1281-szyszkowska] zawierający niedopuszczalną ilość błędów. O ile przy tym autorkę, panią prof. Marię Szyszkowską, być może, tłumaczą jakieś okoliczności spowodowane np. wiekiem lub chorobą, to odpowiedzialność redakcji za przyjęcie tak obciążonego wadami tekstu jest niewątpliwa. A ponieważ sprawa dotyczy czasopisma reprezentującego myśl lewicową, jako zaangażowany zwolennik tej formacji ideowej nie mogę pozostać obojętnym i czuję się zmuszony do zaprotestowania przeciw tej kompromitacji. Wiem zarazem, że PS nie toleruje na swoich łamach ujawniania istnienia jakichkolwiek uwag dotyczących publikowanych u siebie treści, wobec czego staram się upublicznić swoje zastrzeżenia innymi dostępnymi sposobami.

Jeśli chodzi o błędy, to przede wszystkim w felietonie, Trybunałowi Konstytucyjnemu - który przecież ma jedynie orzekać o ustawach, czy ta, którą mu przestawiono, jest zgodna z literą Konstytucji - przypisano obowiązek rozstrzygania, czy którakolwiek uchwała parlamentu jest "słuszna" i "sprawiedliwa" przy całkowitej względności tych dwu kryteriów. Względność ta w sposób rażący wynika z podanych w felietonie dwu przykładów uchwał (podwyższenie wieku emerytalnego i przeprowadzenie funduszy z OFE do ZUS). Autorka wyraźnie stwierdza, że TK winien był obie uchwały zakwestionować, jednak jedynym uzasadnieniem tak kategorycznego wymagania okazuje się subiektywne przekonanie, gdyż np. znawcy zagadnienia jednogłośnie potwierdzają niezbędność pierwszej i poprawność drugiej.

Błędne jest również objaśnienie istoty demokracji i republikanizmu, przy tym, ten drugi przedstawiony jest jako chroniący prawa mniejszości. Przecież chyba nie o to chodzi, że w republice starożytnego Rzymu (historyczny wzorzec republiki) stanowiący mniejszość patrycjat miał zapewnione prawa wobec plebejuszy i niewolników? Razi zupełny bezsens stwierdzenia, że odczuwane we wszystkich ustrojach uprzywilejowanie ludzi bogatych lub powiązanych z władzą, dotyczy tylko demokracji.

Fałszerstwem jest również całe obszerne dowodzenie zakończone wnioskiem, iż "lęk przed PiSem nie ma uzasadnienia", okraszone na dodatek zachwytem nad martyrologiczno-powstaniowo-ksenofobicznym patriotyzmem propisowskiej prawicy. W dowodzeniu tym uderza szczególnie twierdzenie o jakoby urągającym neutralności światopoglądowej klerykalizmie (przcież karconej przez episkopat!) PO, gdy jednocześnie PiS, jeśli czyni w tym kierunku jakieś gesty, jest to po prostu ludzka wdzięczność - w domyśle zgodna z ideą świeckości państwa ponoć gwałconej przez PO.

Wyraźnego fałszerstwa dopuszczono się w omawianiu "odpolitycznienia poszczególnych instytucji" przeprowadzając wywód, w którym z powołaniem się na przykłady związane z niedoskonałością psychiki ludzkiej usiłuje się wmówić, że uniemożliwiające jawne kierowanie się względami koniunkturalnymi procedury powoływania na urząd są zbędne, a nawet szkodliwe.

Podobnie na jawnie fałszywym twierdzeniu, iż prawo, jeśli nie zapewnia stanu idealnego, jest bezwartościowe, opiera się teza wyrażona w zdaniu "równość formalnoprawna jest wartością pozorną w zestawieniu z równością materialną". Przecież np. z historii wiadomo, że samo tylko kolejne wprowadzenie w Anglii takich składników demokratycznej równości, jak równy dostęp do sądu (XVI w.?), czy w XIX wieku powszechne prawo wyborcze, powodowały natychmiastową wyraźną poprawę warunków ubogiej większości obywateli mimo istnienia ogromnego zróżnicowania majątkowego. Tym bardziej więc nie można określić jako "pozorne" działanie pełnego zestawu przepisów sprzyjających równaniu szans właściwych współczesnej demokracji! Zaś sprzyjająca powstawaniu nierówności korupcja nie jest przecież systemowo związana z ustrojem.

Poza tym uderza w felietonie nieodpowiedzialne ferowanie wyroków na podstawie pozorów, lub całkiem bez uzasadnienia. Tak więc "obrońcy demokracji" ponoć kierują się nie racjami rozumowymi lecz "modą". Równie bezpodstawne jest twierdzenie, że "w państwie demokratycznym są one [oczekiwania mniejszościowych grup] z reguły pomijane", albo że dokonywane "zmiany w edukacji" były tak jawnie "niekorzystne", że brak protestu wobec tych zmian kompromituje aktualny sprzeciw wobec łamania Konstytucji.

Itd. itd, Nie ma jednak konieczności objaśnienia wszystkich błędów zawartych w felietonie. Natomiast muszę wyrazić swą obawę o to, że mamy kolejny objaw staczania się opanowanej marazmem intelektualnym lewicy na coraz niższy poziom irracjonalności. Przypomnę, że nieraz zarówno pisałem o tym marazmie, jak i sugerowałem działania uzdrawiające i dowodziłem, że marazm ten jest przyczyną klęski polskiej lewicy, że bez odbudowania lewicowego intelektualizmu nadal będzie postępowało zanikanie tej formacji także w polityce i w życiu społecznym. Duże nadzieje na poprawę w tej sprawie wiążę z powstaniem partii RAZEM, choć na razie, widoczne w jej funkcjonowaniu zainteresowanie głębszym analizowaniem i przemyślaniem występuje jedynie w postaci zalążkowej.

Powrót do spisu artykułów



NA MARGINESIE SPORU O PREKARIAT [IV 2015 r.]

Marksizm jako nauka, czy metoda diagnozowania stanu, w jakim znajduje się społeczeństwo, nie zmienia się. Zmieniają się natomiast warunki, od których zależy całość stosunków społecznych, co głównie dotyczy sposobu produkcji, panującego ustroju i natężenia sprzeciwu wstecznictwa. Wartość, trafność wniosków praktycznych uzyskanych przez zastosowanie metody zwanej marksizmem, głównie zależy od zgodności tej diagnozy z rzeczywistością. Podstawą są tu dane statystyczne i opisy zdarzeń. Gromadzenie i ocena ich związku z rzeczywistością nie wymagają znajomości marksizmu, który decyduje o prawidłowości wyniku dopiero na etapie ich segregacji i interpretacji. Sprawia to, że korzystając z opracowań mających na celu opis zjawisk społecznych wykonanych przez źle pojmujących marksizm, a tym bardziej przez niemarksistów i zwłaszcza przeciwników marksizmu, można uzyskać cenny wkład do wspomnianej diagnozy jedynie pod warunkiem krytycznego ich oglądu.

T. Kochan podjął próbę takiego omówienia dwu prac* poświęconych hipotezie wyodrębnienia klasy nazwanej prekariatem. Obawiam się, że sam także nie uniknął błędów spowodowanych jego skłonnością do ortodoksji traktującej poszczególne wnioski Marksa jako dogmaty. Dotyczy to m. in. widocznego w niektórych zdaniach przekonania o tym, że "prawdziwą" walką klas jest wyłącznie konflikt zbrojny, co powoduje potępienie usiłowań reformatorskich jako zdrady. W rzeczywistości zarówno z metody marksistowskiej jak i ze zdrowego rozsądku wynika, że forma walki klas zależy wyłącznie od napotkanego oporu wstecznictwa. Silny opór wymaga mocnego działania, umiarkowany sprzeciw pozwala na ograniczenie ilości ofiar i łagodzenie metod wywierania presji. Doświadczenie historyczne zaś (terror jakobiński, stalinizm itp.) dowodzi, że zaostrzanie walki znacząco ponad minimum konieczne do przełamania oporu, prowadzi do klęski.

Inny błąd, który przypisuję T. Kochanowi polega na traktowaniu marksizmu jako ruchu filantropijnego, ukierunkowanego na likwidowanie niesprawiedliwości społecznej. W rzeczywistości metoda marksistowska wskazuje na niedopasowanie warunków społecznych (ustrój + obyczaje czyli mentalność definiowana przez memy) do sposobu produkcji, jako na czynnik hamujący rozwój społeczeństwa ludzkiego. Z kolei wspomniane niedopasowanie jest przyczyną m. in. odczuwania niesprawiedliwości, a także powstania ucisku, zbrodni i tp.. Stąd dopiero wynika, że dążenie do osiągnięcia sprawiedliwości, odpowiednio ukierunkowane, może stanowić cenną pomoc dla zmniejszania wspomnianej podstawowej przyczyny wyzysku i wojen. Analiza marksistowska wskazuje cel, którym jest zmiana ustroju. Wszystko inne, są to pozytywne efekty uboczne wynikające z osiągnięcia tego celu, oraz/lub są środkami, które ułatwią jego osiągnięcie, jeżeli zostaną prawidłowo użyte (np. dążenie do sprawiedliwości społecznej użyte bez świadomości wskazanego nadrzędnego celu często zostaje wykorzystane przez siły wsteczne i powoduje powiększenie niesprawiedliwości).

Ogólne wnioski czytelnika obu esejów są chyba zgodne z intencją Autora. Jest sprawą wątpliwą, by hipoteza istnienia klasy zwanej prekariatem została zaakceptowana, natomiast cenne jest poruszenie tej kwestii. Dało ono bowiem nagromadzenie wiedzy o faktach, a postawione w toku dowodzenia tezy są kolejnym krokiem metody prób i błędów poznawania struktury klasowej zglobalizowanego społeczeństwa, niezwykle skomplikowanej w porównaniu z tym, co stanowiło podstawę dla wnioskowania dla Marksa.

* Tymoteusz Kochan. Prekariat - nic nowego! - o książce Guya Standinga "Prekariat - nowa niebezpieczna klasa" i Tymoteusz Kochan. Urbański, walka bez klas... i bez walki - o książce Jarosława Urbańskiego "Prekariat i nowa walka klas"[powrót]

Powrót do spisu artykułów



Krytyka "listu otwartego do partii" Sławomira Sierakowskiego [IX 2011]

Gdańska świetlica Krytyki Politycznej zapowiedziała na 22 września b. r. (2011) "debatę przedwyborczą o systemie parlamentarnym i scenie politycznej". Sprawa zainteresowała mnie ze względu na to, że jako materiał wprowadzający do tematu zaproponowano "List otwarty do partii" Sławomira Sierakowskiego, który to tekst - jak sądziłem - zasłużenie został pogrzebany w niepamięci.

Z tego, że moje przekonanie okazuje się mylne, że są jednak oprócz Autora inni, którzy poważnie traktują wyrażone tam myśli, wynika konieczność wyjaśnienia, czym wg mnie "List ..." zasłużył sobie na owo pogrzebanie? Krótko wyrażając się, artykuł ten jest typowym (jednak bardzo zgrabnie a zarazem z dużym nakładem pracy), powtarzanym do znudzenia w mediach i poza nimi jałowym biadoleniem: jest źle, będzie jeszcze gorzej, dokonanie naprawy jest poza ludzkimi możliwościami, możemy liczyć tylko na cud.

Zarazem, ponieważ w owych biadoleniach, a więc także w artykule Sierakowskiego, powtarzane są słuszne spostrzeżenia, warto zastanowić się nad tym, jakie przyczyny powodują blokadę myślenia niedopuszczającą do tego, by z prawdziwych danych zostały wyprowadzone sensowne wnioski. Jak to się dzieje, że prawidłowy opis zjawisk nie skutkuje równie prawidłową diagnozą pozwalającą określić warunki naprawy? Z tego względu sądzę, że należy zastanowić się nad treścią Listu, tym bardziej, że biorąc pod uwagę jego wspomnianą typowość, komentarz da się zastosować do wielu tekstów z rodzaju wspomnianego biadolenia, więcej - stwarza możliwość wysnucia wniosków dotyczących przyczyn fatalnej kondycji całej polskiej lewicy.

Zastanówmy się nad kilku wybranymi zdaniami: „partie nie piszą już programów, nie podejmują żadnej pracy intelektualnej albo społecznej, ...”, a następnie: „... zrzucamy w tym celu balast jakiejkolwiek idei politycznej ...”. Z tych zdań, a także z zestawienia całości wynika, że widoczny w życiu politycznym (niestety, nie tylko! – ale to już poza tematem), wspomniany w 1-szym cytacie, marazm intelektualny polega (przynajmniej w głównej mierze) na braku idei. Można byłoby się zgodzić z tym zdaniem, gdyby Autor wyjaśnił, co to konkretnie jest owa idea, czego w całym tekście dopatrzyć się nie potrafię. Przecież ideą nie są fragmentaryczne i okazjonalne czy to hasła w rodzaju „ograniczenie wpływu kleru na rządzenie państwem”, czy propozycje regulacji progresji podatkowej, ulgi dla emerytów itp., które są wymieniane w znanych mi dyskusjach. Nie jest nią również postulat uchwalenia ustawy zmieniającej niewiadomym sposobem „dramatyczny spadek czytelnictwa Polaków, i boom edukacyjny, w którym jakość zamieniono w ilość”. Nie jest przy tym prawdą, że „partie nie piszą już programów”. Wprost przeciwnie. Nie tylko bowiem twórczość w tej dziedzinie wprost poraża swoją obfitością, lecz zarówno w tych programach jak i w statutach i deklaracjach pełno jest pięknych haseł (równość szans, powszechność edukacji, obrona praw itd.), którym określenie „idea” można mimo uderzającej ogólnikowości przypisać, a powtarzają te hasła (czy raczej frazesy?) również media, wśród nich także i „Krytyka Polityczna”. W sumie, muszę stwierdzić, że Autor, wykazując godną uznania wrażliwość i dobre chęci, nie wie, o co mu konkretnie chodzi.

Należy dodać, że dla wyjaśnienia, jak Autor rozumie odrzuconą przez partie ideę, można by podać przykład pozytywny organizacji, której tego braku zarzucić nie można. I tu narzuca się pytanie: czy jest nią zespół Krytyki Politycznej, którego członkiem, a raczej przywódcą jest Sierakowski? Z pouczającego, wręcz moralizatorskiego brzmienia artykułu wynika, że Autor powinien mieć przynajmniej wizję działania, by stan ten na swoim terytorium uzyskać. Ostatecznie widzę, że Autor ani nie wyjaśnił, czego to naszym partiom brakuje, ani nie podał kryteriów wg których można by wskazać istniejącą, lub wyimaginowaną organizację nieobarczoną tym brakiem, ani nie potrafię w tekstach publikowanych przez KP dopatrzeć się czegoś, co można by nazwać ideą, a czego partiom nie dostaje.

Być może chodzi Autorowi o brak nie idei, lecz o brak „pracy intelektualnej albo społecznej” (powinno być nie „albo” lecz „i”, gdyż tylko intelektualizm sprzężony ze społecznikostwem – i vice versa – mają sens w polityce)? w czym ma zupełną rację. Marazm intelektualny społeczeństwa polskiego, a w szczególności jego części określającej siebie jako lewica, jest - moim zdaniem - stwierdzonym faktem o tragicznych skutkach, a posługując się artykułem Sierakowskiego jako precedensem, w pierwszej kolejności o tym marazmie i jego przyczynach chcę wnioskować.

Tu konieczne jest wyjaśnienie: o ile prawica bazuje na emocjach i fundamentalnie traktowanych, trudnych do zdefiniowania pojęciach takich jak sprawiedliwość, honor, patriotyzm, prawo naturalne, itp., lewica albo jest racjonalna, albo nieautentyczna. Prawica może funkcjonować bez „pracy intelektualnej albo społecznej”, lewica zaś w takich warunkach wyrodnieje, co widzimy właśnie w Polsce (szerzej o tym w artykule pt. „"Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej”).

I właśnie, jeżeli zgadzamy się, że brakuje nam społecznie czynnego intelektu, to musimy stwierdzić, że zarówno sam Sierakowski, jak i Krytyka Polityczna walnie się do tego braku przyczyniają, co dotyczy zresztą wszystkich gremiów skupiających lewicowych intelektualistów. Całe bowiem to środowisko cechują, świadczące o jałowości i ją warunkujące braki: zainteresowania cudzymi poglądami, więzi ze społeczeństwem i realizmu. Lewicowi intelektualiści tworzą izolowane wzajemnie i w stosunku do otoczenia grupki o charakterze „towarzystwa wzajemnej adoracji”. W grupach tych, które można określić jako kolegia redakcyjne, utrzymywana jest sztucznie absolutna jedność polegająca albo na „niedostrzeganiu” rzeczywistych różnic, albo na odsuwaniu nieprzestrzegających rytuału ograniczania sporów do niewidocznych z zewnątrz gabinetowych dyskusyjek, oraz obowiązują: 1-o brak zainteresowania innymi podobnymi grupkami, 2-o traktowanie czytelników – zarówno istniejących jak i potencjalnych, czyli całego społeczeństwa – jako biernych odbiorców, 3-o obojętność wobec tego, że głoszone nauki (nb. w większości pozbawione konkretu ogólniki) nie mają szans na urzeczywistnienie nie tylko współcześnie, lecz również w dającej się przewidzieć przyszłości.

Ponieważ sprawę dokładniej opisałem w wyżej przywołanym artykule, dodam jedynie kilka uwag dotyczących „Listu”. To, że – o ile mi wiadomo - nie został on zauważony przez witryny i czasopisma lewicowe, nie dziwi mnie, gdyż, jak to wspomniałem, w mediach tych obowiązuje ignorowanie wszystkiego, czego nie napisał nikt z zaufanego grona. Zastanawia jednak milczenie uczestników KP. Potwierdza ono moje podejrzenie, iż każdy z autorów zna jedynie własną twórczość, a jeśli przeczyta wypociny kolegi, to grzecznościowo, mechanicznie, bez próby doszukania się w tekście wartościowych myśli czy spostrzeżeń. Zdaje się temu przeczyć fakt, że po kilku miesiącach ktoś przyjmuje List jako fundament debaty. Nie jestem jednak przekonany. Gdy poza sferą nauk ścisłych, w których na ogół można odwołać się do eksperymentu, pojawia się myśl nowatorska, lub przynajmniej jej oryginalna interpretacja, wywołuje to serię pytań, wątpliwości, a w przypadku rewolucyjnych idei – nobilitujący autora gwałtowny sprzeciw. Jeżeli jednak, tak jak to jest z Listem, w zespole KP, czyli w gremium, które z założenia winno go przeczytać, nikt nie odczuwa potrzeby wymiany na szerszym forum polekturowych spostrzeżeń, oznacza to, że albo artykuł nie zawiera nic wartego uwagi, albo owo czytanie miało charakter czysto formalny, albo działa jakaś niejawna cenzura. Ostatecznie podejrzewam, że zapowiedź debaty odwołuje się do Listu wyłącznie dlatego, że Autor jest znaczącą osobą w tym towarzystwie.

Inne refleksje wywołuje postawa Autora. Zakładam, że Sierakowski przystępując do pisania był przekonany, że ma coś ważnego do przekazania. W takim razie niezrozumiałe jest milczenie wobec uwag, nawet tych – jak sądzę – jedynych, zredagowanych w postaci tzw. forum, w którym wszystkie wpisy prezentowane są natychmiast, bez korekty. Uważam, że jeśli decydujemy się na taką formę dyskusji, brak choćby krótkiego podsumowania jest przejawem zarazem i braku zainteresowania rezultatem swojej pracy i lekceważenia zabierających głos, co można odczuć jako arogancję. Jest obawa, że Autor nie stawiał sobie żadnego celu poza uzyskania samozadowolenia z czynności, która ma go uwierzytelniać jako intelektualistę.

Wyjaśniam zarazem, że nie mam zamiaru znęcać się nad wybranym artykułem, do którego mam więcej zastrzeżeń, niż to opisałem. Uwagi swoje mające zaczepienie w treści Listu dotyczą całej publicystyki lewicowej, na tle której ten artykuł wręcz wyróżnia się dodatnio przynajmniej pod względem warsztatu pisarskiego i erudycji, a właściwiej - opisują fatalną kondycję całej lewicy cierpiącej na marazm intelektualny. Zarazem spodziewam się, że moja pisanina stanowi materiał pozwalający określić działania uzdrawiające, wśród których wyróżnię dwa: skończyć z samozadowoleniem i izolacją. Jeżeli zależy nam na poprawieniu kondycji lewicy, musimy zacząć otwarcie i odpowiedzialnie rozmawiać o naszych błędach i o sukcesach zarówno swoich jak i cudzych. Lewica potrzebuje dyskusji szczerej do bólu i nie ograniczonej względami towarzyskimi, powiązaniami środowiskowymi i rangą sukcesu środowiskowego czy sprawowanego urzędu.

Powrót do spisu artykułów



Uwagi do eseju o wartościach moralnych. [11.06.2009 r.]

Sprawa dotyczy dokonanego na stronie wadowickiej SLD i nast. streszczenia publikacji Andrzeja Wasilewskiego pt. „Czy Rzeczpospolita ma szanse na normalność” Wydawnictwo COMANDOR; Wydanie 1; Warszawa 2008. Ten wartościowy tekst posiada bowiem istotne braki, które należy uzupełnić.

Po pierwsze zamieszczony w nim opis przyczyn powodzenia "Solidarności" nie uwzględnia perfidnie wykorzystanego przez demagogów z "S" (Wałęsa wyraził się, - jak zapamiętałem - że "gdy będą wolne wybory, wybierzemy oczywiście najlepszych i oni pokierują gospodarką w sposób zapewniający powszechny dobrobyt") przekonania, że widoczna różnica zamożności krajów tzw. zachodu w porównaniu z blokiem "komunistycznym" wynika wyłącznie z różnic ustrojowych. W swojej naiwności, będącej odmianą skłonności ludzkiej do tzw. "wishfull thinking", nasi rodacy nie przyjmowali do świadomości sprzecznego z tą utopią istnienia nędzy i to przecież nie tylko w większości kapitalistycznych państw Ameryki Łacińskiej, Azji i Afryki, lecz również wśród znacznej części obywateli USA (dzielnice slumsów w większości tamtejszych aglomeracji miejskich, oraz głodowe obszary w rejonie Apallachów i tak zwanego "Rural South" czyli "Wieśniaczego Południa"). Równie zresztą jest nierozumny brak wiedzy o tym, że wspomniana różnica zamożności wynikała nie tyle z wadliwego gospodarowania, ile z XIX-wiecznego opóźnienia rozwoju, zniszczeń wojennych, narzuconego wyścigu zbrojeń i ze stosowanej przez wzbogacone na kolonialnym wyzysku kraje (od lat 80-tych działającej oficjalnie jako tzw. "sankcje ekonomiczne") blokady ekonomicznej.

Pominięto również, cyniczne wykorzystanie prawa międzynarodowego. M. in. mam na myśli kłamliwe, oparte na formalnym braku w programie "S" żądań politycznych (oficjalnie chodziło tylko o wolność związków zawodowych i prasy, o "socjalizm z ludzką twarzą"), powoływanie się na prawo do apolitycznej działalności społecznej, gdy w rzeczywistości (np. W. Bereś i K. Burnetko "Marek Edelman" wyd. Świat Książki W-wa 2008 str. 333 "... właściwy strajk solidarnościowy, nie o sto złotych i nie o Walentynowicz, tylko o zmianę ustroju", a podobnie czysto polityczny był sens dokumentu zatytułowanego "Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej") nie chodziło o "poprawę bytu", lecz dążono do zmiany ustroju i sojuszu wojskowego. Tak więc oszukańcza wersja oficjalna zamierzeń związku potrzebna była nie tylko do zwodzenia ludzi, lecz również do szykanowania PRL na forum m-narodowym za utrudnianie "działalności społecznej" obywateli i do legalizacji udzielania finansowanej głównie przez CIA "pomocy" od związków zawodowych i organizacji religijnych.

Z kolei w omówieniu przyczyn powstałego po 2001 r. sukcesu propagandy prawicowo-nacjonalistycznej pominięto błędy popełnione przez lewicowe elity władzy. Chodzi tu głównie o dyktatorskie poczynania wszystkich liderów, którzy w swoich ugrupowaniach nie zachowywali (i nadal tak postępują) jawności działania władz partyjnych, uniemożliwiają niepozorowaną dyskusję nad programem i innymi zagadnieniami wewnątrzpartyjnymi doprowadzając tym do wyjałowienia intelektualnego życia naszej formacji. A przecież wyjałowienie to jest wyraźne: przejawia się ono m. in. brakiem zainteresowania lewicową prasą i wydawnictwami, brakiem świadomości sensu członkostwa, oraz fasadowością oficjalnych działań partyjnych pozbawionych (poza przygotowaniem wyborów) rzeczywistego wpływu na sprawy zarówno kraju jak i samej organizacji, w sytuacji gdy istotne decyzje powstają wyłącznie w gabinetach i kuluarach. Najbardziej spektakularne i brzemienne w skutkach były pod tymi względami dokonania Leszka Millera, który jako przewodniczący SLD blokował dopływ informacji do ogółu członków, demonstracyjnie lekceważył ich zdanie i uniemożliwiał upowszechnianie opinii powstających poza kręgiem swoich zaufanych. Szczególnie wyraziście widoczne są te praktyki w "aferze Rywina" czy we wciągnięciu Polski do awantury irackiej. Niestety, jeśli chodzi o innych byłych i aktualnych przywódców ugrupowań lewicowych, to obraz ich działania, jako bardziej w porównaniu z M. zgodnego z założeniami socjaldemokracji, wynika głównie z minimum możliwości spowodowanego przez nikłą liczebność kierowanych przez nich partyjek, z małego zainteresowania mediów i z braku realnego wpływu na zarządzanie państwem. Sytuacja jest alarmująca, o czym pisałem niejednokrotnie, a ostatnio w artykule p.t. Niezwykła notatka na stronie internetowej Zarządu SLD.

Powrót do spisu artykułów



Uwagi nt. "Odkłamana historia Związku Radzieckiego" [2008-09-02]
(autor Peter Kenez, tłum. Aleksandra Górska, wyd. "Bellona" 2008)

O ile bez zastrzeżeń zgadzam się z wyrażoną w tytule książki tezą, że dzieje ZR są w naszej publicystyce ujmowane tendencyjnie, niezgodnie z wymaganym od historyków bezstronnym przedstawianiem dokumentów i opisów zdarzeń, to sam autor nie odstępuje daleko od tej tradycji. Już w rozdziałach poświęconych początkom istnienia ZSRR uderza nadmiar wstawek interpretacyjnych nie popartych faktami.

Razi nieporadność autora w opisie odbywającego się spontanicznie formowania władzy. Proces ten zapoczątkowany rewolucją lutową odbywał się jako ciąg następujących kolejno zdarzeń, które posiadają przecież swoją logikę. Tymczasem o ile na str. 31 czytamy, że - "Drugie centrum władzy, które miało zdominować ... stanowiła Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych ... [w której] ... największy wpływ mieli przywódcy eserowców i mieńszewików." - to opis procesu kształtowania się wpływów bolszewickich zastępują frazesy w rodzaju - "Brakowało im [przeciwnikom b.] tego PRAGNIENIA WŁADZY, które Lenin miał w nadmiarze." (str. 33). Wprawdzie na str. 40 mamy udokumentowane poprzedzającym wywodem stwierdzenie, że "z końcem maja strategia leninowska cieszyła się już także poparciem klasy robotniczej", ale już na stronie 41 autor natchniony nie wiadomo czym, wskazał "rzeczywistą" przyczynę kierującą wypadkami i "prześwietlił" umysł Lenina odgadując jego myśli: "Włodzimierz Iljicz po prostu MIAŁ SZCZĘŚCIE. Sprzeciwiał się wojnie dla ZASADY. PRAGNĄŁ rewolucji i UPIERAŁ SIĘ PRZY RADYKALIZMIE głównie Z POWODU SWEGO CHARAKTERU." Dlaczego ten "charakter" Lenina nie ujawnił się w wielu jego wystąpieniach potępiających nieuzasadniony radykalizm, tego nie wyjaśniono, natomiast jest dla autora z niewiadomych powodów oczywiste, że dyrektywy proponowane przez niego wynikały nie z przesłanek rozumowych, ale z fantazji, a ich pozytywny, zgodny z przewidywaniem wynik, to po prostu "szczęśliwy" zbieg okoliczności ("miał szczęście").

Z kolei na str. 42 mamy poprawnie przedstawiony proces narastania wpływów bolszewickich w Radzie Piotrogradzkiej, ale następne strony pełne są kuriozalnych stwierdzeń w rodzaju "leninowcom UDAŁO SIĘ ZACHOWAĆ POZORY legitymizacji" (autor nie wyjaśnia, jakich procedur zapewniających „rzeczywistą” legitymizację wymaga od bolszewików) i "... [bolszewicy] MIELI MENTALNOŚĆ, która umożliwiła im szybkie przedzierzgnięcie się z rewolucjonistów w administratorów, z bojowników o wolność w prześladowców". W drugim cytacie, niezależnie od wątpliwości co do wspomnianego jako zaszłego niezależnie od wypaczeń stalinizmu "przedzierzgnięcia się", zwraca uwagę brak wyjaśnienia, czy ta "mentalność" wynika z genotypu (należy wówczas przyjąć, że bolszewicy stanowią odrębną rasę), czy jest produktem jakiegoś "prania mózgu", którego wykonanie - jeśli to autor ma na myśli - należało chyba uwzględnić w książce jako ważny fakt historyczny? Dalej, na stronie mamy poprawny, choć bardzo uproszczony opis "rozpędzenia" konstytuanty, a skomplikowany proces delegalizacji eserowców i zaniku frakcyjności w partii ograniczono do krótkich wzmianek.

Również upraszcza autor sprawę kształtowania kolejnych programów i ogólniej - sposobu kierowania partią, ograniczając się do frazesów w rodzaju "NARZUCIŁ [Lenin] swoje poglądy KRNĄBRNYM kolegom" (str. 47).

Nie są to wszystkie mankamenty zauważone przeze mnie w początkowych rozdziałach. Jest tam jeszcze kilka innych fragmentów, w których autor wbrew zasadom obwiązującym rzetelnego historyka pomija omówienie dokumentów, a za to obficie informuje czytelnika o jakoby posiadanej wiedzy o tym, co "naprawdę" myśleli i do czego dążyli bolszewicy, a szczególnie skandalicznie przedstawia się pod tym względem opis tzw. kwestii narodowościowej. W sumie, na podstawie lektury 100 stron, twierdzę, że omawiana książka bynajmniej nie zrywa z prawicową modą tworzenia bajek o złych z natury i zbrodniczych bolszewikach, marksistach, socjalistach itp.

Powrót do spisu artykułów



Refleksje związane z książką Piotra Żuka. [V 2008]

Opublikowane na stronie http://www.lewica.pl/?id=16384 fragmenty książki Piotra Żuka "Struktura a kultura" w moim odczuciu są kolejnym przejawem odradzania się marksowskiego sposobu myślenia, który uważam za najcenniejszą część przekazu, jaki otrzymaliśmy od twórcy marksizmu. Nie chodzi mi przy tym o doktrynę, ideologię, czy filozofię, lecz o metodę traktowania rzeczywistości społecznej, o racjonalną selekcję i interpretację faktów historycznych, wyciąganie wniosków, oraz ich krytyczne zestawienie z realiami współczesności. Jestem bowiem zdania, że o ile wskazania szczegółowe Marksa, w obecnych warunkach wymagają korekty, to sposób w jaki otrzymywał on wskazówki do działania, pozostaje aktualny. Przecież wspomniane wskazania, wyprowadzane w konkretnej sytuacji, zmieniającej się i to nawet kilkakrotnie w ciągu jego życia, za każdym razem powodują potrzebę modyfikacji dostosowującej. Nie wymaga natomiast żadnego uwspółcześnienia marksowski racjonalizm [1], którego bardzo nam brakuje. Szczególnie, co ma fatalne następstwa, nie potrafię się dopatrzyć jego przejawów u polskich lewicowców, którzy nawet, gdy usiłują korzystać z doświadczeń marksizmu, czynią to bezrefleksyjnie kopiując przypadkowo wybrane niegdysiejsze myśli i hasła.

Wspomniane wypiski nie są całkowicie wolne od woluntaryzmu i naiwności cechującej naszych społeczników. Wskazuje na to już tytuł ("O problemach z budowaniem oporu w społeczeństwie rynkowym"), sugerujący, że autor wyboru całkowicie skupił się na fakcie zaniku "ducha rewolucji", a zaniedbał podstawowe pytanie o rozpoznanie warunków bazowych określających naszą współczesność. O ile bowiem bezbłędne sądy wyrażono we wstępnym fragmencie opatrzonym cytatem z Marksa, iż "ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie ..." i dalej rozwiniętym w opis oddziaływania rynku na świadomość, to przy dalszej lekturze powstają wątpliwości. Np. niezrozumiałe jest następujące w dalszej treści przejście do omawiania działań państwa, co sugeruje, że przyczyn powstania wspomnianego w tytule problemu należy szukać w mankamentach władzy państwowej. Może to i prawda, lecz przecież chodzi nam nie o to, by zgadywać, lecz wiedzieć, określić najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie, co bez rozpatrzenia warunków bazowych (stosunki produkcji, ogólny stan świadomości zglobalizowanego społeczeństwa itp.) jest bardzo trudne. Brakuje mi więc w konkluzji choćby zastrzeżenia, że przedstawiona analiza nie pretenduje do czegoś więcej niż fragmentaryczny przyczynek do przyszłej całościowej analizy. Pozbawiony tego, drobnego z pozoru, uzupełnienia tekst wpisuje się w - jakże obfity - szum wywołany objawieniami się proroków wieszczących wśród nas powstanie kolejnego, oświeconego "prawdziwie lewicowym" poglądem ugrupowania.

Podobnie, jakżeż prawdziwe stwierdzenie o konieczności "wejścia klas ludowych na poziom ponadnarodowy", może prowadzić do nieporozumień, gdy zaniedbamy fakt, że określenia "klasa" i "lud" mają teraz nieco inne znaczenia niż w XIX stuleciu, a na dodatek sens tych słów zależy od tego, czy rozpatrujemy sytuację globalnie, czy upraszczamy sobie sprawę ograniczając się w sposób sztuczny do obszaru Unii Europejskiej, lub do naszego wyizolowanego kraju. Np. całkowicie pominięty jest fakt, że Polacy, jako całość, należą do uprzywilejowanej społeczności krajów rozwiniętych i trudno jest oczekiwać u nich rewolucyjnego, autentycznego poczucia solidarności z doświadczającymi nędzy ludami Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Trzeźwa ocena wskazuje, że maksimum, czego możemy u nas oczekiwać, to typowa drobnomieszczańska filantropia, bowiem uwarunkowania bytowe sytuują mentalnie przeciętnego Polaka bliżej liberałów, którzy wolą rozprawiać nie o głodzie, lecz o wolności prasy, "godności człowieka" itp. sprawach pozwalających zapomnieć o prawdziwej niedoli, przy zachowaniu poczucia bycia "sprawiedliwym", "miłosiernym" itp. I ta mentalność sytego człowieka, a nie "strach przed ewentualnymi represjami wobec buntowników", który "jest dość skutecznym straszakiem", stanowi przypuszczalnie bardziej istotną przyczynę mizerii naszej lewicy. Jakże słuszne stwierdzenie, że "w społeczeństwie rynkowym XXI w. pułapką dla emancypacji staje się zanik wspólnej przestrzeni społecznej" i wyprowadzone z niego ad hoc wnioski zawiodą nas w ślepą uliczkę, jeżeli nie uzupełnimy go na wzór Marksa wiedzą o strukturze klasowej społeczności globalnej oraz o uwarunkowaniach ekonomicznych i obyczajowych dla możliwych do podjęcia działań naprawiających system.

Uzyskanie tej wiedzy jest zadaniem trudnym ze względu na sytuację dużo bardziej złożoną niż była ona w XIX-tym stuleciu, co jednak nie zwalnia nas z obowiązku poszukiwania, którego wartościowym elementem może być zarówno omawiany tekst, jak i inne publikowane przez lewicowe media, pod warunkiem uzupełnienia ich krytyczną (z pozycji marksowskich) analizą, do udziału w czym gorąco namawiam. Nie jest bowiem możliwe dokonanie tego bez sporów, bez dyskusji falsyfikującej wysuwane hipotezy, bez kolejnych modyfikacji sądów.

Z krytycznych uwag o drobnomieszczańskich skłonnościach społeczeństw w krajach rozwiniętych bynajmniej nie wynika twierdzenie, że lewicowość, masowe współdziałanie ukierunkowane na uwspółcześnienie stosunków produkcji (ze zmianą ustroju włącznie), są w tych społeczeństwach niemożliwe do osiągnięcia. Ani ludzie cierpiący najgorszy wyzysk nie są wyzbyci egoizmu jednostkowego i związanej z nim żądzy posiadania (Marks i Lenin pod tym względem przejawiali skłonność do idealizowania współczesnego sobie proletariatu), ani pozostający we względnym dobrobycie nie są pozbawieni świadomości o zagrażających im konsekwencjach kapitalistycznej pogoni za zyskiem. U tych pierwszych sprzeciw wobec panujących stosunków wyraża się na ogół "duchem rewolucji", w społeczności sytych więcej zrozumienia znajdują hasła reformatorskie, a gradacja, istnienie stanów pośrednich i nakładająca się na to różność obyczajów sprawiają, że warunki działania partii lewicowej w każdym kraju są inne. Przekonanie o istnieniu jakiegoś wyidealizowanego proletariatu, czy społeczeństwa jest urojeniem.

Realistyczne przekonanie o takim zróżnicowaniu bynajmniej nie świadczy o braku świadomości wspólnoty. Nie wynika z niego zaprzeczenie tak silnie akcentowanej przez klasyków potrzeby jedności działania globalnego, czy jedności w skali regionalnej. Nie jest prawdą, że nasi reformatorsko nastawieni działacze nie sympatyzują z poczynaniami radykałów z Ameryki Łacińskiej i że to poczucie uzupełnione rzeczową, zorganizowaną (jest to podstawowe zadanie dla partii) i dyskursywną argumentacją nie prowadzi do konsolidacji. Natomiast jest faktem, że prowadzące do wspólnego celu działania (dokonywane w każdym kraju z osobna) muszą być dostosowane do lokalnych warunków. Rewolucji nie można ani zadekretować, ani importować, ani wtłoczyć do umysłów metodami Pol-Pota, czy choćby uporczywą perswazją, a załamywanie rąk z powodu braku "ducha rewolucji" jako substytut racjonalnej analizy stanu świadomości społeczeństwa i uwarunkowań ekonomicznych, jest bez sensu. Forma działania musi być dostosowana do ludzi, a nie odwrotnie.

[1] dodałem do słowa "racjonalizm" określenie "marksowski", by uniknąć niezrozumienia, wątpię jednak w istnienie racjonalizmu "niemarksowskiego", gdy sprawa dotyczy zjawisk społecznych, tzn. obejmujących duże grupy ludzi. Próby opisu wydarzeń historycznych czy to z pozycji religijnej, narodowej, rasowej, czy lewicowo-filantropijnej, wychodzącej z oderwanego od warunków bazowych żądania sprawiedliwości, wolności itp., bywają bardzo piękne i wzniosłe, ale z racjonalnością nie mają nic wspólnego.

Powrót do spisu artykułów




Uwagi o rozmowie … [X 2005]

Na stronie www.racjonalista.pl/kk.php/s,4418 Zdzisław Słowik przedstawił swoją rozmowę z prof. Leszkiem Nowakiem zatytułowaną "Krajobraz po transformacji". Przeczytanie tego tekstu uważam za niezbędne każdemu, kto chce w sposób świadomy i odpowiedzialny uczestniczyć w życiu społecznym, co powinno być obowiązkiem moralnym każdego obywatela.

Aczkolwiek obydwaj rozmówcy nie kryją swoich zapatrywań, czytelnik nie otrzymuje gotowych przepisów na wyrobienie sobie "prawidłowego" poglądu na trapiące nas problemy, ani gotowych recept ich rozwiązania. Mowa jest głównie o stawianiu pytań i o trudnościach napotkanych przy poszukiwaniu odpowiedzi na nie.

Większe wrażenie zrobiła na mnie 1-sza połowa wywiadu poświęcona sprawom podstawowym, dotyczącym nie tylko Polski. W drugiej, nie wydzielonej wyraźnie z całości tekstu, części Autorzy już znacznie więcej miejsca poświęcają patologiom naszego zaścianka, co - ponieważ dotyczy spraw, jak sądzę, oczywistych - nie pobudza czytelnika do sprzeciwu, stawiania pytań, wyrażania wątpliwości.

Nie wszystko w tekście jest dla mnie zrozumiałe. Np. zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, co prof. Nowak rozumie przez - jak wspomina, błędnie prognozowaną - "totalitaryzację kapitalizmu", lub co ma na myśli mówiąc o "wpływach między-społecznych (przykład polski, reformizm Gorbaczowa)". Być może, terminy te są wyjaśnione w jego książkach, o których obaj rozmówcy wzmiankują.

Nie zgadzam się z zarzutem postawionym przez profesora kapitalizmowi w zdaniu "moralnie jest to system dla mnie nieakceptowalny, bo promujący złe ludzkie skłonności". Przecież każdy system, ponieważ podstawowym jego zadaniem jest określenie warunków kreowania władzy, daje wyodrębnionej grupie silniejszą pozycję w społeczeństwie, co z kolei jest często perfidnie wykorzystywane dla celów indywidualnych. Dotyczy to zarówno wspólnoty pierwotnej, niewolnictwa, feudalizmu, kapitalizmu i dyktatury proletariatu - czy jak to się powinno zwać, i wszelkich ustrojów, jakie wymyślą ludzie w przyszłości. Stosowanie kryteriów etycznych czy moralnych do oceny systemu, który pełni rolę korzystną dla ogółu lub wsteczną (zależy to wyłącznie od poziomu sił wytwórczych i rozwoju cywilizacyjnego społeczeństwa), jest bez sensu. Gdy mówimy nie o motywacji jednostek, lecz o grupach ludzi liczących miliony indywidualności, zgodnie z podstawowymi tezami materializmu historycznego, mamy do czynienia z postawami egoistycznymi. Twierdzenie, że przeciętny uczestnik rewolucji francuskiej XVIII, czy przemian dokonywanych w Rosji w XX wieku, postępował natchniony altruistycznym pragnieniem uszczęśliwienia wszystkich, jest nieprawdziwe. Taki stan ducha mógł jedynie w skali masowej występować okazjonalnie, w trwających najwyżej kilka dni okresach wielkich uniesień. Poza tym każdy jederman pozostaje egoistą liczącym na osobistą korzyść. Trwałe świadome zaangażowanie o wysokim standardzie etycznym dotyczy jedynie jednostek wyróżniających się intelektualnie i moralnie, stanowiących drobny procent tłumu. Poza tymi wyjątkami, każdy przeciętny uczestnik wydarzeń historycznych dąży do spełnienia swoich osobistych pragnień bez oglądania się na innych w sposób "promujący złe ludzkie skłonności", co znalazło w historii swój wyraz w okrucieństwie i innych patologiach towarzyszących każdej przemianie społecznej.

Podobnie w zdaniu: "Rzecz jednak w tym, iż z samej solidarności moralnej niewiele wynika dla najlepszego dla ludzi obrotu spraw na tym padole - taka jest podskórna intencja liberalizmu, i liberalizm ma rację." Otóż dotyczy to nie tylko liberalizmu. Tak niewolnictwo, jak i komunizm i inne systemy, jeśli usiłujemy je realizować w warunkach, gdy baza dla jego powstania nie istnieje, obraca się przeciw dobru społeczeństwa.

Wydaje się zresztą, że krytykowane przeze mnie zdania nie wyrażają w sposób pełny poglądu Autora, są jedynie epizodami, gdyż dalej w trakcie wywiadu znajduję dotyczące tego samego tematu fragmenty, które inaczej, lepiej niż sam to wyżej przedstawiłem, wyrażają istotę oddziaływania idei na społeczeństwo. Np.:

"... jak powiadał niesłusznie zapomniany dziś klasyk (Fr. Engels w Anty-Dühringu) «w oburzeniu moralnym, nawet najbardziej uzasadnionym, nauka nie może widzieć dowodu, lecz tylko symptom». Otóż to. Czyż likwidacja społeczności indiańskich przez Stany Zjednoczone ludzi białej rasy nie była oburzająca moralnie? I to jak! A któż nie powie, że w ówczesnych warunkach Europy, skostniałej w feudalizmie i pogrążonej w niewoli i nędzy (Irlandia, Polska, Włochy), akurat te same Stany Zjednoczone dawały jedyną szansę na wolne i w miarę dostatnie życie milionowym rzeszom białych Europejczyków? Lecz stąd wynika przecież, że m.in. właśnie hekatombie Indian dzisiejsi Amerykanie zawdzięczają może ułomną, ale jednak demokrację. I to demokrację nienajgorszą, skoro np. w naszym kraju może być ona stale tylko marzeniem."

lub:

"chrzest Polski w X w. umożliwił nam «wejście do Europy» i że nie było dla Polski wówczas innej alternatywy. I równie chętnie puszczamy w niepamięć, iż chrześcijaństwo wykorzeniło wiarę i zbezcześciło świętości naszych praszczurów siłą przemocy państwowej... Nie przypominam sobie, żeby niepokoiło to sumienia polskich biskupów, w każdym razie w niedawnym uznaniu win Kościoła polskiego prymas na ten temat milczał. Tak to jest na tym świecie - realizuje się interesy: własne, swojej klasy, Kościoła, narodu, swojej cywilizacji czy płci a wartości nie nękają nas zbyt mocno, zwykle zresztą przystrzyga się je do aktualnych interesów."

Z kolei prof. Nowak stwierdza:

"... gdyby nie-Marksowski materializm historyczny pozwalał na budowę modelu globalnego kapitalizmu, w którym by się wykazało, że tendencja ta zachowuje się - a może zgoła wzmacnia. Niestety, nic takiego twierdzić nie można z tego prostego powodu, iż nikt takiego modelu nie zbudował (dodam, że sam od kilkunastu lat pracuję w innej zupełnie dziedzinie filozofii). W każdym razie, kiedy pojawia się kolejna prognoza kresu, autorowi poprzedniej - zmuszonemu właśnie naporem faktów do jej odwołania - trudno o entuzjazm, raczej ma skłonność do poznawczego sceptycyzmu... A już na pewno nie wolno lekceważyć neoliberalizmu, łącznie z neoliberalną koncepcją globalizacji: że światowy kapitalizm powtórzy sukces kapitalistycznych rynków narodowych i na dobrobycie "wyższych" skorzystają też "niżsi".

Uważam to stwierdzenie za trafne i szczególnie aktualne dla pochopnie wytykających "zdradę przekonań lewicowych", z zastrzeżeniem co do wzmianki o sceptycyzmie sugerującej postawę biernej rezygnacji wobec zamętu pojęciowego. Wręcz przeciwnie: widzę potrzebę rozwijania wiedzy o prawach rządzących przemianami społecznymi. Rozwój - jak zawsze - wymaga odrzucenia twierdzeń, które albo stały się nieaktualne ze względu na zmianę warunków, albo okazały się błędne w swojej istocie. Nie mniej sądzę, że podstawy marksizmu, a szczególnie marksowski sposób traktowania materiału, który dostarcza nam historia, zachowują swoją wartość i w naukach traktujących o społeczeństwie należy z nich korzystać co najmniej jako z narzędzia pomocniczego.

A sytuacja w tej dziedzinie bardzo się skomplikowała. Przecież o ile w połowie XIX wieku można było jeszcze otrzymać sprawdzające się w praktyce wnioski ograniczając badania zjawisk społecznych do części Europy i USA, traktując resztę świata jako nie mającą wpływu na kształtowanie się świadomości klasowej tej odizolowanej, zaawansowanej w odejściu od porządku feudalnego część globu, obecnie jest to niemożliwe. Do tego podział na klasy stał się bardziej złożony. O ile dowodzenie Marksa o zdolności XIX-wiecznej klasy robotniczej do przeprowadzenia rewolucji jest przekonywujące i sprawdziło się w latach 1905 i 1917, to stanowczo twierdzę, że w warunkach panujących obecnie jest nieaktualne. Obawiam się, że określenie, na czym polegają dzisiejsze sprzeczności istniejącego systemu, które grupy społeczne i według jakich wskazań zdolne są do zrealizowania zmian i na czym te zmiany mają polegać, wymaga nowego i większego nakładu pracy, niż to było konieczne 150 lat temu. Jeżeli jednak nie chcemy zdać się na czysto żywiołowy rozwój wydarzeń, jeżeli chcemy podjąć próbę takiego wpływania na rozwój wypadków, który zmniejszy cierpienia i straty towarzyszące przemianom, nie można poprzestać na sceptycznym stwierdzeniu, że jest trudno i z góry zakładać, że nie damy rady.

Omówiłem tu oczywiście jedynie kilka wyrwanych z całości wywiadu zdań, które szczególnie zwróciły moją uwagę, zaś gorąco namawiam do zapoznania się z całą treścią artykułu.

Powrót do spisu artykułów